- Pani Katarzyno, nie ma już wolnych miejsc w dormitorium.
Pielgrzymi śpią nawet na dziedzińcu, lecz nie znalazłem wolnychsienników. Ja mógłbym przespać się w klasztorze, ale co będzie z tobą?
- Ze mną? To nie ma znaczenia. Prześpię się na dziedzińcu razem zinnymi. Zresztą, bracie Euzebiuszu, czas najwyższy, abym wyznała ciprawdę. Nie powrócę z tobą do Montsalvy. Wraz z innymi pielgrzymamiwyruszę jutro do Composteli. Nic nie może mi w tym przeszkodzić. Proszęcię o wybaczenie za kłopoty, jakie będziesz miał z mojego powodu. Opat...
Szeroki uśmiech rozpromienił okrągłą twarz brata Euzebiusza. Spodsutanny wyciągnął zwój pergaminu i podał go Katarzynie.
- Nasz czcigodny opat - przerwał - kazał mi przekazać ci tendokument, pani Katarzyno. Miałem ci go oddać, kiedy spełnisz swojeślubowanie. Czy to uczyniłaś?
- Uczyniłam.
- Oto dokument.
Katarzyna wzięła zwój z wahaniem, zerwała pieczęć i rozwinęła go.
Zawierał tylko parę słów, ale przeczytawszy je, poczuła ogromną radość.
Odejdź w spokoju - napisał opat Bernard de Calmont - i niech Bóg Cię prowadzi. Będę czuwał nad Twym dziecięciem i nad Montsalvy. Spojrzała z radością w stronę brata furtiana. Szczęśliwa, ucałowałapodpis na liście, który następnie wsunęła do sakiewki, a potem wyciągnęłarękę do swego towarzysza podróży.
- Tak więc rozstajemy się. Wracaj do Montsalvy, bracie Euzebiuszu,i powiedz czcigodnemu opatowi, że wstyd mi, iż nie okazałam muzaufania, ale mu dziękuję. Oddaj też muły, nie będą mi potrzebne.
Przebędę drogę na piechotę wraz z innymi.
Potem odwróciła się i odeszła na drugą stronę ulicy, gdzie kołysał siępiękny szyld przedstawiający pielgrzyma w wielkim kapturze, z kosturemw ręku. Był to szyld sklepiku mistrza Croizata z artykułami niezbędnymi wczasie pielgrzymki.
* * *
Na pielgrzymkę wyruszało około pięćdziesięciu mężczyzn i kobietprzybyłych z Owernii, z Franche-Comte i nawet z Niemiec. Grupowali sięregionami, ale kilka osób pozostawało samych, decydując się na własnetowarzystwo.
Katarzyna wysłuchała wraz z nowymi towarzyszami mszywielkanocnej. Zobaczyła przechodzącego kilka kroków od niej królaKarola VII, który zajął wysoki fotel, ustawiony dla niego w prezbiterium.
Rozpoznała również stojącą obok króla rosłą sylwetkę Artura deRichemonta. Konestabl Francji w czasie Wielkanocy odzyskiwał oficjalnieswoją rangę i przejmował obowiązki. Widziała, jak w jego mocnychrękach lśni wielki miecz ozdobiony złotymi liliami burbońskimi. Widziałarównież królową Marię, a wśród ludzi Richemonta rozpoznała wysokąpostać Tristana Eremity. Miała wielką chęć przerwać otaczający ją,milczący krąg i podejść do nich.
Nie, nie należała już do tego połyskującego, kolorowego,zbytkownego świata. Między nimi a nią było teraz wczorajsze ślubowanieoraz biała szata duchownego celebrującego mszę w oświetlonymprezbiterium. Katarzyna nie chciała przerywać tej niewidzialnej barierydzielącej ją od dworu, do którego jeszcze formalnie należała. Przyszłośćbyła gdzie indziej i Katarzyna starała się ukryć za plecami swych towarzyszy, brodatego, śpiewającego donośnym głosem chwata oraz chudej,bladej kobiety z fanatyzmem wpatrującej się w lśniący ołtarz. Katarzynaspoglądała na nią jednocześnie z litością i odrazą, powątpiewając, czy tanajwyraźniej chora i zanosząca się suchym kaszlem kobieta będzie wstanie znieść trudy pielgrzymki.
Co do niej, któż mógłby rozpoznać księżnę de Montsalvy, pięknąwdowę z Chinon, w kobiecie odzianej w lnianą koszulę, suknię z grubejwełny, solidne buty i grubą opończę mającą ochronić przed deszczem iwiatrami? Na głowie miała wielki, czarny, pilśniowy kapelusz. W zawieszonej u pasa sakiewce znajdowały się złoto i sztylet Arnolda, wiernytowarzysz trudnych i niebezpiecznych chwil. W prawej ręce dzierżyła znakpielgrzyma, słynny pielgrzymi kostur - długi kij, na którego końcuuczepiona była okrągła manierka... Nie, nikt nie rozpoznałby tak odzianejKatarzyny, i to jej odpowiadało. Była tylko pielgrzymem pośród wieluinnych. .
* * *
Ceremonia dobiegała końca. Poważny głos biskupa życzyłodchodzącym szczęśliwej drogi. Teraz poświęcił kostury pielgrzymie,które uniosły się w jednakowym geście. Księża z wielkim, procesyjnymkrzyżem, mający odprowadzić pielgrzymkę aż do bram miasta, podnieślisię z miejsc. Katarzyna spojrzała po raz ostatni na króla, konetabla orazbogato ubrany dwór, chroniony przez żołnierzy. W dali, nad ich głowami,połyskiwał przeklęty diament Garina, leżący u stóp małej Madonny.
Brama otwarła się i ukazało się bladoniebieskie, zachmurzone niebo.
Stojąc na progu, Katarzyna nabrała w płuca powietrza. Miaławrażenie, że bramy otworzyły się ku nieskończoności i ku nadziei.
Za mnichami wysypali się pokrzykujący radośnie pielgrzymi. Po obustronach ulicy tłoczyli się ludzie przyglądający się odchodzącym.
Niektórzy wykrzykiwali życzenia, inni słowa pożegnania skierowane doczłonków rodzin i przyjaciół.
Po przekroczeniu murów obronnych, na których powiewałykrólewskie proporce, ostatnia eskorta opuściła pielgrzymów. Ichprzywódca, potężny zuch o płomiennych oczach, zaintonował mocnymgłosem pieśń marszową, zawsze dodającą odwagi pielgrzymom znużonymdługą wędrówką, dziwną, starą pieśń w dawnym języku.
E ul treia (A ponadto), E sus eia (A na dodatek), Deus aia nos (Bóg nam pomaga).
Prosty i rytmiczny śpiew wspierał ich w marszu. Biegł poprzezszeregi pielgrzymów niczym zapalający się proch.
Katarzyna również włączyła się do śpiewu. Czuła się lekko ispokojnie, przepełniała ją większa niż zwykle energia. Za jej plecamidzwony znikającego już miasta rozbrzmiewały z całą siłą. Ich zwycięskiton przytłumił straszne wspomnienie dzwonu z Carlat, które od tak dawnawzbudzało trwogę w jej sercu. Przepełniona wiarą równie silną jak ta,która prowadziła niegdyś krzyżowców na podbój Ziemi Świętej, była terazpewna, że na końcu otwartej przed nią drogi któregoś dnia odnajdzieArnolda. I gdyby musiała iść na koniec świata, aby go odnaleźć, a nawetumrzeć dla niego, zrobiłaby to bez wahania.
Na szczycie stromego wzgórza pielgrzymów przywitała fala zimnegowiatru z deszczem. Katarzyna opuściła głowę, aby się przed nim ochronić,i wsparta na kosturze szła mu naprzeciw. A ponieważ nie chciała siępoddać siłom natury zaraz przy pierwszym zetknięciu, zaczęła śpiewaćgłośniej niż zwykle. Wiejący wiatr był wiatrem z południa. Zanim dotarłdo niej, przemierzył nieznane ziemie, do których dzień po dniu zbliżała sięcoraz bardziej, aby odnaleźć utraconą miłość.
Sprzyjał jej.