Oczywiście, pomijając utratę dóbr materialnych, to samo dało się {powiedzieć o niej. Dlatego nie chciała, by przeszukiwali dom oddzielnie. Żadne z nich dwojga nie było dziś w dobrej formie. Z drugiej strony mieli mało czasu i musieli go maksymalnie wykorzystać.
Kiedy Harry zaczął wchodzić po schodach, Connie niechętnie podeszła do drzwi po prawej stronie. Nacisnęła klamkę. Cichuteńki szczęk zamka. Popchnęła drzwi.
Szybko, szybko do środka, bo w drzwiach było zawsze najniebezpieczniej. Przesunęła się w lewo, trzymając broń w wyciągniętych rękach. Plecami prawie dotykała ściany. Usiłowała przebić wzrokiem głęboką ciemność. Nie mogła przecież zapalić światła.
Zaskakująco dużo okien w trzech pozostałych ścianach – więcej niż było ich na zewnątrz budynku – w nieznacznym stopniu rozpraszało mrok. Za szybami jak mlecznoszara woda falowała lekko fosforyzująca mgła. Connie ogarnęło uczucie, że znajduje się w batyskafie na dnie oceanu.
Dziwny pokój. Coś w nim było nie tak. Nie wiedziała co, lecz wyraźnie to czuła.
Dziwna była też ściana, do której przywarła plecami. Zbyt gładka i zimna.
Szkło. Ściana ze szkła… Nie może to być okno, bo w takim razie wychodziłoby na korytarz.
Przez chwilę Connie zdezorientowana myślała nad tym gorączkowo, macając ręką za sobą. Potem zdała sobie sprawę, że to lustro. Jej palce prześliznęły się po pionowej spoinie na drugą wielką lustrzaną taflę. Ściana była wyłożona lustrami. Od podłogi do sufitu. Tak jak korytarz.
Gdy spojrzała do tyłu, na ścianę, wzdłuż której tak ostrożnie się skradała, zobaczyła odbicie okien wypełnionych mgłą. Nic dziwnego, że w pomieszczeniu widziała ich zbyt wiele. Dwie sąsiednie ściany również składały się z luster, więc większość tych okien była tylko odbiciem.
Uświadomiła sobie, co jeszcze wzbudziło jej niepokój. Posuwając się cały czas w lewo, nie dojrzała między sobą i szarawymi prostokątami szyb konturów żadnych mebli. Nie wpadła też na nic pod ścianą, wzdłuż której się skradała.
Ująwszy znów oburącz broń, przesunęła się ostrożnie na środek pokoju pełna obawy, że coś przewróci i narobi hałasu. Lecz centymetr za centymetrem, krok za krokiem, przekonała się, że przed nią nic nie ma.
Lustrzany pokój był pusty.
Gdy dotarła na środek pokoju, dostrzegła mimo gęstego półmroku niewyraźne odbicie swojej sylwetki w lustrze na lewo. Jak duch przesuwało się na tle szarego od mgły okna.
Tiktaka nie było.
Cały tłum Harrych skradał się korytarzem na piętrze. Uzbrojone bliźniacze postacie w brudnym, wymiętym ubraniu, o nie ogolonych twarzach, na których malowało się napięcie, sunęły dwoma szeregami. Ich niezliczona armia w swej matematycznej symetrii i idealnym zgraniu ruchów stanowiła apoteozę porządku, a jednak nawet widziana kątem oka rozpraszała i Harry zahaczając o nią wzrokiem czuł zawrót głowy.
Obie ściany korytarza na piętrze, łącznie z drzwiami wiodącymi do pokoi, były od podłogi po sufit wyłożone lustrami, które odbijając jego postać w sobie nawzajem powielały ją w nieskończoność.
Wiedział, że powinien zajrzeć po drodze do wszystkich pokoi i nie zostawiać za sobą nie sprawdzonego terenu. Jedyne światło na piętrze było jednak przed nim, padało z otwartych drzwi, i istniały duże szansę, że monstrum, które zamordowało Ricky’ego Estefana, tam właśnie przebywa.
Był tak zmęczony, że zawodził go wzrok, szumiało mu w uszach, serce biło jak na alarm. Postanowił wbrew rutynie nie przeszukiwać wszystkich pomieszczeń po drodze. Ruszył wprost ku otwartym drzwiom.
Zanim przekroczy próg i wejdzie do środka, nieodwracalnie zamykając sobie odwrót, w zwierciadlanej ścianie na wprost zobaczy część pokoju. Zatrzymał się przy drzwiach, przylgnąwszy plecami do chłodnego lustra, i patrzył z ukosa na trójkątny wycinek wnętrza, odbity nieco dalej w przeciwległej ścianie.
Widział tylko chaos czarnych płaszczyzn i załamań, różne faktury, wydobywane z mroku przez blask lampy, czarne kubistyczne kształty na czarnym tle. Nie dostrzegł żadnej innej barwy. Ani Tiktaka.
Nagle dotarło do niego, że widzi tylko fragment pokoju, a ktoś stojący w niewidocznej części może patrzeć w lustra pod takim kątem, że widzi jego nieskończone odbicia, skaczące od ściany do ściany.
Szybko wsunął się w drzwi, trzymając rewolwer w wyciągniętych rękach. Dywan kończył się na progu. Podłoga sypialni wyłożona była czarnymi kafelkami, na których jego buty wydawały metaliczny, szurający odgłos. Zamarł po trzech krokach, z rozpaczliwą nadzieją, że nikt go nie słyszał.
Następny ciemny pokój, dużo większy od pierwszego, pewnie salon. Okna z połyskującą za nimi perłowo mgłą i liczne odbicia okien.
Connie przywykła już do tego i straciła tu mniej czasu niż w poprzednim pomieszczeniu. Trzy pozbawione okien ściany wyłożono lustrami. W tym pokoju również nie było mebli.
Wielokrotne odbicia jej postaci na tle ciemnych płaszczyzn poruszały się w rytmie doskonale zgranym z jej ruchami, jak inne wcielenia Connie w równoległych światach, które na krótko weszły w ten wymiar i stały się widzialne.
Tiktak bez wątpienia lubił na siebie patrzeć.
Ona też z chęcią na niego popatrzy, lecz gdy będzie martwy.
Cicho wróciła na korytarz i ruszyła dalej.
Duża spiżarnia za kuchnią była wyładowana po brzegi ciastkami, cukierkami, iryskami, czekoladą wszelakich gatunków, landrynkami, czerwoną i czarną lukrecją, puszkami herbatników, różnymi rodzajami ciast z całego świata, torbami prażonej kukurydzy z serem i z karmelem, chrupkami kukurydzianymi, chrupkami ziemniaczanymi, chrupkami kukurydzianymi o smaku serowym, precelkami, puszkami orzeszków pistacjowych, migdałów, orzeszków ziemnych, mieszanki orzechowej, a także milionami dolarów w gotówce, ułożonymi ciasno w paczkach dwudziesto – i studolarowych banknotów.
Bryan błądząc wzrokiem po zapasach, próbował zdecydować, na co ma największą ochotę. Co wzbudziłoby największą dezaprobatę babki? Mimochodem wziął paczkę studolarówek i przesunął kciukiem po sztywnych brzegach banknotów.
Po zabiciu babki zatrzymał świat za pomocą swej Największej Tajemnej Mocy i wchodził bez wysiłku do skarbców, gdzie za stalowymi drzwiami, zamkniętymi bramami, pod ochroną systemów alarmowych i uzbrojonych strażników trzymano duże ilości pieniędzy. Brał, ile tylko chciał, i śmiał się z umundurowanych durni z ich pistoletami i marsowymi minami, którzy nie mieli pojęcia o jego obecności.
Wkrótce jednak zdał obie sprawę, że pieniądze nie są mu do niczego potrzebne. Dzięki swej mocy mógł wziąć wszystko, nie tylko gotówkę, mógł również wprowadzić zmiany do ksiąg rachunkowych i urzędowych akt, by uczynić się tego pełnoprawnym właścicielem. Zresztą gdyby ktokolwiek śmiał go o coś podejrzewać, wystarczyło tylko zlikwidować takiego idiotę i zmienić jego akta, by uniknąć dalszego dochodzenia.
Przestał gromadzić gotówkę, lecz wciąż lubił słuchać suchego szelestu banknotów, lubił ich zapach i czasem się nimi bawił. Jakie to wspaniałe uczucie wiedzieć, że pod tym względem też różni się od innych ludzi – jest wyższy ponad troski.materialne. Zabawnie wyobrazić sobie, że gdyby tylko chciał, zostałby najbogatszym człowiekiem świata, bogatszym od Rockefellerów i Kennedych, mógłby gromadzić sterty pieniędzy, zapełniać nimi kolejne pokoje, a gdyby chciał – zbierać szmaragdy, diamenty i rubiny jak dawni piraci w swych kryjówkach pełnych nieprzebranych skarbów.
Rzucił paczkę banknotów z powrotem na półkę. Z drugiej strony spiżarni, gdzie trzymał jedzenie, wyjął dwa pudełka kruchych ciastek z orzeszkami ziemnymi i dużą torbę hawajskich chrapek ziemniaczanych, które były dużo bardziej tłuste niż zwykłe chrapki. Babka nie posiadałaby się z oburzenia na samą myśl o jedzeniu takiego świństwa.
Читать дальше