– Jeśli nas dostanie, nie będziecie mieli na to szans – odparła Connie.
Harry obrócił się i spojrzał w ciemny tył samochodu.
– Tak jest. Zacznie, się zastanawiać, jak wpadliśmy na jego ślad. Gdy nas zabije, od razu zrobi następną pauzę, żeby sprawdzić, co się z wami dzieje, i dojdzie prawdy. Jeśli do was trafi, będziecie o tym wiedzieli, bo w kilka sekund później, już w normalnym czasie, jeden z jego golemów pojawi się przed wami, najpewniej w tym wozie.
Sammy zamrugał niepewnie. Oblizał spękane wargi.
– No to, na litość boską, zróbcie wszystko, żeby go zabić.
Harry cicho otworzył drzwiczki, Connie wysiadła z drugiej strony. Pies prześliznął się między przednimi siedzeniami i wymknął na dwór.
Harry próbował złapać kundla, gdy ten przemykał koło jego nóg, lecz nie zdążył.
– Woofer, nie! – wyszeptał.
Pies jakby nie słyszał. Odbiegł za samochód.
Harry ruszył za nim.
Pies przyspieszył. Harry zrobił za nim parę kroków, lecz kundel był szybszy i zniknął w gęstej mgle, kierując się w stronę, gdzie z autostrady skręcało się do domu Drackmana.
Harry zaczął kląć pod nosem. Podeszła do niego Connie.
– On nie może tam pójść – szepnęła.
– A to dlaczego?
– Jeżeli obudzi Tiktaka…
Harry spojrzał na zegarek. Druga trzydzieści cztery.
Być może, mieli jeszcze kilkanaście minut, a nawet jakieś pół godziny. A może już było za późno.
Stwierdził, że nie ma co się przejmować psem.
– Pamiętaj, strzał w głowę. Szybko i z bliska. To jedyny sposób – przypomniał Connie.
Kiedy doszli do Phaedra Way, obejrzał się za siebie. Furgonetka znikła we mgle.
Nie boi się. Nie. Nie boi się.
Jest psem, ma mocne, ostre zęby, jest silny i szybki.
Czołga się koło grubego pnia oleandra. Był tu już kiedyś, niedawno. Dom. Białe ściany. Ciemne okna. Wysoko u góry mały kwadracik światła.
Zapach czegoś, co zabija, unosi się we mgle. Jak wszystkie zapachy we mgle, jest niewyraźny, trudny do tropienia.
Żelazny parkan. Ciasno. Przecisnąć się… Już.
Uważać na rogu. Zła istota była tam ostatnio, na dworze, z torbami jedzenia. Czekolada. Galaretki w cukrze. Chrupki ziemniaczane. Pies nic nie dostał. I o mało nie dał się przyłapać. Tym razem ostrożnie wysuwa nos za węgieł. Wącha, wącha, wącha. Potem wychyla całą głowę, żeby się rozejrzeć. Ani śladu złej istoty. Była, teraz jej nie ma, na razie jest bezpiecznie.
Pies biegnie na tył domu. Trawa, ziemia, kilka płaskich kamieni, które ludzie lubią kłaść na ziemi. Krzewy. Kwiaty.
Drzwi. A w nich małe wejście dla psa.
Ostrożnie. Węszy. Zapach złej istoty, bardzo mocny. Nie boi się. Nie, nie, nie, nie, nie. Jest psem. Dobry pies, dobry.
Ostrożnie. Wsuwa głowę do środka i podnosi klapę. Klapa wydaje słaby skrzyp. W domu pachnie skądś jedzeniem. Ciemno. Ciemno.
Hyc do środka.
Lekko fosforyzująca mgła rozpraszała każdy promyk światła na Phaedra Way, rzucany przez niskie mlecznobiałe lampy w kształcie grzyba, stojące wzdłuż chodnika przed jednym z domów. Zdawała się rozjaśniać mrok, lecz to zmienne amorficzne oświetlenie było złudne – niczego nie ujawniało, a kryło wiele.
Harry prawie nie widział mijanych domów. Były duże, pierwszy z nich nowoczesny, jego geometryczne zarysy majaczyły tu i ówdzie we mgle; pozostałe robiły wrażenie starszych budynków w stylu śródziemnomorskim z bardziej wdzięcznej epoki niż obecna. Ocieniały je sędziwe palmy i fikusy.
Ulica Phaedra Way ciągnęła się w głąb wysuniętego w ocean przylądka. Według słów niewidomej kobiety z “Pacific View” dom Drackmana stał na samym końcu cypla, nad urwiskiem.
Harry tyle razy ostatnio czuł się mimowolnym bohaterem jakiejś ponurej baśni, że nie byłby wcale zaskoczony, gdyby na krańcu półwyspu zastali mroczny las, pełen wielkookich sów i skradających się wilków, a w środku lasu posępne zamczysko, siedzibę złego olbrzyma, czy też chatkę czarownicy.
Niemalże miał nadzieję, że właśnie taki okaże się dom Drackmana. Byłaby to jakaś konsekwencja, objaw porządku, logiczne zakończenie ciągu niezwykłych wydarzeń.
Lecz kiedy dotarli na miejsce, tylko upiorny welon mgły przypominał tradycyjną scenerię. Dom w niczym nie był podobny do strasznej chatki w strasznym lesie, którą Harry pamiętał z wielu baśni.
Jak na innych posesjach, od frontu był wąski trawnik i rosły palmy. Na jednej ścianie widać było przez zasłonę mgły masę pnączy bugenwilli, wpełzających na czerwoną dachówkę dachu. Dywan opadłych kwiatów zaścielał podjazd. Lampa z boku drzwi garażu oświetlała numer domu. Jej blask odbijał się w kroplach rosy na czerwonych kwiatach, tak że lśniły jak klejnoty.
Wszystko tu wyglądało zbyt ładnie. Harry poczuł irracjonalny gniew na tę ładność. Nic nie było takie, jakie być powinno. Rzekłbyś, że nadzieja na powrót jakiegokolwiek ładu minęła bezpowrotnie.
Szybko sprawdzili boczne ściany domu. W dwóch oknach paliło się światło.
Jedno z nich było na piętrze. Pojedyncze, niewidoczne od frontu. Mogła to być sypialnia.
Tiktak musiał ocknąć się ze swojej drzemki albo w ogóle się nie położył. Chyba że… niektóre dzieci wolą spać przy zapalonym świetle, a Tiktak pod wieloma względami był dzieckiem. Dwudziestoletnim, obłąkanym, złym, okrutnym dzieckiem.
Drugie światło paliło się w narożnym pomieszczeniu na parterze. Zajrzeli do środka i zobaczyli bielusieńką kuchnię. Pusto. Od stołu ze szklanym blatem odsunięto jedno krzesło, jakby ktoś tu niedawno siedział.
Druga trzydzieści dziewięć.
Oba oświetlone okna wychodziły na tył budynku, więc nie próbowali dostać się z tamtej strony do wnętrza domu. Jeśli Tiktak był w pokoju na piętrze, to czy spał, czy nie, łatwo by ich usłyszał.
Nie usiłując nawet otworzyć żadnego z okien, skierowali się wprost do drzwi frontowych. Były masywne, dębowe, z mosiężną kołatką. Zamek również wyglądał na solidny, lecz w ciemności trudno było rozróżnić typ.
Po obu stronach drzwi były dwa małe, ukośne okienka. Harry zajrzał do jednego z nich. Przyłożył czoło do szyby. Widział przedsionek i ciemny korytarz w blasku sączącym się z nie domkniętych drzwi w głębi, gdzie musiała być kuchnia.
Connie wyjęła zawiniątko z wytrychami, lecz przed zabraniem się do pracy postąpiła jak każdy rasowy włamywacz – nacisnęła klamkę. Drzwi nie były zamknięte na klucz.
Uchyliła je, wcisnęła wytrychy z powrotem do kieszeni sztruksowej kurtki, nie fatygując się zwijaniem futerału. Wyciągnęła rewolwer.
Harry też dobył broni.
Zdziwił się, że Connie jeszcze nie wchodzi do środka, lecz w tej chwili zauważył, że otworzyła bębenek rewolweru i nie patrząc sprawdziła, czy tkwią w nim wszystkie naboje. Usłyszał cichuteńki trzask, gdy go zamknęła, najwyraźniej upewniwszy się, że Tiktak nie spłatał im znowu jakiegoś figla.
Pierwsza przeszła przez próg, bo była bliżej. Wszedł za nią.
Stali długą chwilę w wyłożonym marmurową posadzką przedsionku, zupełnie nieruchomo, nasłuchując. Rewolwery trzymali oburącz, mierzyli tuż poniżej linii wzroku, Harry zabezpieczał lewą stronę, Connie prawą.
Cisza.
Zamek Króla Gór. Gdzieś w środku śpiący potwór. Albo i nie śpiący. Może już na nich czeka.
Hali. Niewiele światła, tyle co zza nie domkniętych drzwi kuchni. Lustra po lewej stronie, ciemne odbicia ich obojga, niewyraźne zarysy przedmiotów. Po prawej były drzwi do schowka lub pracowni.
Читать дальше