Kiedy zginęła jej matka.
Dlaczego jej nie pamięta? Miała przecież pięć lat, więc powinna mieć jakieś wspomnienia. W jej pamięci pozostały tylko mgliste obrazy, czuła odległe emocje, poczucie szczęścia, ale nic w tym nie było pewnego. Od innych Billi wiedziała, że Żelazna Noc tak naprawdę była dwunastoma dniami grozy. Templariuszy ścigały ghule, które najpierw zaatakowały mistrza, później Wyrocznię i pozostałych rycerzy. Po dwunastu dniach ocalał tylko Arthur i kilka innych osób. Arthur stał się mistrzem, będąc wcześniej tylko skromnym sierżantem, ale zapłacił za to straszną, cenę. Kilka ghuli, które przetrwały atak Arthura, odnalazło jego dom i zamordowało żonę. Może było to tak okropne przeżycie, że Billi po prostu wymazała je z pamięci.
– Co tam znalazłeś, Art? – zapytał Percy.
Arthur pokazał im kilka zdjęć. Billi spojrzała. Ślady ugryzień na szyi.
– Nasi bracia szpitalnicy zrobili je zeszłej nocy. Przed nocnym klubem Auto de Fe zemdlała dziewczyna. Pomyśleli, że to nas zainteresuje.
Arthur i inni nadal nazywali swoich ludzi w pogotowiu Świętego Jana – szpitalnikami. Pomimo że zakon Świętego Jana nie brał już udziału w walkach, to dzięki szpitalnikom templariusze mieli informacje na temat „niecodziennych" ataków i ran. Takich jak na przykład te ugryzienia wampira.
„Palikiem przez serduszko”, pomyślała Billi. Oby tylko sama nie musiała się tym zajmować. Ostatnia rzecz, na jaką miała ochotę, to marnowanie nocy w poszukiwaniu Ukrytej Bestii, na jakimś zrujnowanym cmentarzu. Nieodwołalnie musiała się już uporać z matematyką, bo jeśli tego nie zrobi, będzie zostawała po lekcjach aż do świąt. Percy spojrzał na zdjęcia.
– Czy dziewczyna żyje?
– Ledwie. – Arthur potoczył wzrokiem wokół stołu. – Trzeba to zdusić w zarodku.
Percy podał zdjęcia Gwaine'owi. Seneszal przeglądał je powoli.
– Przydałaby się nam pomoc – powiedział. – Mam ludzi, którzy doskonale by się nadawali…
– Nie – warknął Arthur. Mężczyźni wpatrywali się w siebie i Billi zauważyła, jak Gwaine nieświadomie dotknął noża od chleba. – Chcesz coś dodać, Gwaine? – zapytał ojciec.
Seneszal gwałtownie pokręcił głową.
Billi spojrzała na Kaya, pewna, że myślą to samo.
„O co tu chodzi?!”.
– Czy domyślasz się, gdzie się ukrywa? – wtrącił się Percy, przerywając groźną ciszę.
Arthur pokręcił głową.
– Nie, ale chcę, żebyście go odszukali, ty i Gwaine. Jeszcze tej nocy – odpowiedział Arthur i zwrócił się do Billi. – Teraz, kiedy Kay wrócił, rozpoczniesz naukę obrony przed mocami nadnaturalnymi – rzekł i spojrzał na chłopaka. – Czy możecie zacząć jutro?
– Idealnie, proszę pana.
– Świetnie. O ósmej, Finsbury Park. Wiesz, dokąd ją zabrać, prawda, Kay?
„Obrona przed mocami nadnaturalnymi z Kayem? Czy był aż tak dobry?”.
– Ale, tato, ustaliliśmy przecież, że po Próbie mam wolne trzy wieczory, żeby nadrobić szkolne zaległości – zaprotestowała Billi. Nie prosiła o wolny czas na rozrywki. O nie, przyjemności nie należały do reguły templariuszy.
– To nie jest ważne. Jutro masz ćwiczyć z Kayem. – Arthur zebrał wycinki i wsunął je do koperty. – Czy ktoś ma jeszcze jakieś sprawy?
Gwaine lekko się skrzywił, Balin bezgłośnie poruszył ustami, natomiast Percy podniósł się energicznie.
– Dwie rzeczy, Art. – Wzniósł swój kubek. – Po pierwsze, witamy w domu, Kay. Życie bez ciebie było niezmiernie nudne. Nie mogę się doczekać, kiedy opowiesz mi o tym, co wydarzyło się w Jerozolimie.
Billi zauważyła, w jaki sposób wszyscy spojrzeli na Kaya. Oto mądra i potężna Wyrocznia. To doprawdy zaskakujące, że w uwielbieniu nie padli przed nim na kolana. Żałosne. Teraz Percy uśmiechnął się do Billi.
– Proponuję wznieść toast za nowego członka Zakonu. Ma ledwie piętnaście lat i – proszę wybaczyć mój potoczny język – totalnie upiorny z niej gnojek. Ale nie minie wiele czasu, i będziemy zwracać się do ciebie „mistrzu”.
Tutaj rozległo się prychnięcie Gwaine'a, całkowicie zignorowane przez Percy'ego.
– Za Bilqis SanGreal!
Dobry, stary Percy. Zawsze troskliwy. Wiele razy żałowała, że nie jest jej prawdziwym ojcem, tylko chrzestnym. Pozostali podnieśli się, Gwaine na końcu. Nawet Arthur wzniósł swój kubek z herbatą.
– Za Billi!
Potem ojciec zamknął laptop i położył na nim kopertę z wycinkami.
– Cóż, jeśli to wszystko, to zostawiam was z waszymi obowiązkami.
Po czym zabrał swoje rzeczy i wyszedł. Balin i Gwaine pożegnali się chwilę później, a Percy został, by pomóc Billi i Kayowi posprzątać po kolacji.
– Co miał na myśli Gwaine, mówiąc, że „ma ludzi”? – spytała Billi.
Percy odstawił stos talerzy, a potem odpowiedział:
– Gwaine uważa, że nasze zasoby są za małe.
– Cóż, ma rację – odparła Billi.
Oczy Percy'ego się zwęziły.
– Ale on chce znaleźć posiłki wśród Czerwonych Rycerzy.
Billi przestała ustawiać talerze. Czerwoni Rycerze nie byli niczym więcej jak grupą zbirów, którzy używali religii jako pretekstu do bicia imigrantów. Uważali się za naturalnych spadkobierców templariuszy, walczących w obronie chrześcijaństwa, ale cały ich program polegał po prostu na sianiu strachu. Gwaine spróbował posłużyć się nimi rok temu w polowaniu na wampira. Połowa uciekła, druga połowa została zjedzona żywcem.
– Nie ma mowy, żeby do tego doszło. Nie, dopóki Arthur jest mistrzem – dodał Percy, co zabrzmiało niemal tak, jakby próbował sam siebie przekonać. Wzruszył ramionami i wetknął do ust ostatnią kiełbaskę. Potem pochylił głowę, którą prawie dotykał sufitu, i spojrzał na dwójkę giermków.
– Bawcie się grzecznie, dzieciaki – rzucił i na moment zatrzymał wzrok na Billi, a potem wyszedł.
Kay zaczął zbierać niebieskie porcelanowe filiżanki, Billi stała bezczynnie.
– No to co, będziesz uczył mnie teraz sztuczek Jedi? – zaczęła.
– Słyszałaś, co powiedział twój ojciec. Nie przejmuj się, nie będzie trudno. Kiedy skończymy, mogę pomóc ci w lekcjach, jeśli będziesz chciała.
– Prawdę mówiąc, nie, dziękuję. – Nie miała zamiaru niczego mu ułatwiać.
Tak bardzo za nim tęskniła.
Na stacji Finsbury Park mżyło. Studzienki zapchane mokrymi liśćmi tworzyły rozdęte kałuże po obu stronach ulicy. Billi włożyła kaptur i dostrzegła Kaya stojącego pod wiatą przystanku autobusowego. Czarną wełnianą czapkę nasunął głęboko na oczy, ale mimo to jego srebrzyste włosy wydawały się fosforyzować w mroku.
– Spóźniłaś się – powiedział.
– Znowu musiałam zostać po lekcjach – odpowiedziała Billi. Wzruszyła ramionami. – Nie odebrałeś mojej wiadomości? – Postukała się w głowę. – Naprawdę bardzo intensywnie myślałam: „Kay, spóźnię się, Kay, spóźnię się".
– Uważasz, że to zabawne? – Kay podniósł kołnierz kurtki. – Rusz się. I tak zmarnowałem już dużo czasu.
Szli główną ulicą, przy której znajdowało się mnóstwo sklepów schowanych za kratami i metalowymi żaluzjami, pokrytymi graffiti. Jedynym otwartym miejscem był monopolowy. Przy jego drzwiach stał łysol z wytatuowanymi ramionami splecionymi na imponującym brzuchu, z warczącym pitbulem przy nodze. Kiedy przechodzili, pies zaczął ujadać i mężczyzna pociągnął ciężki łańcuch zawieszony na szyi zwierzęcia.
Skręcili i Billi zobaczyła przed sobą „Bazar Elaine" – napis oświetlony lampą uliczną. Mieścił się tu lombard – w tym samym miejscu od stu lat. Farba odpadała z trzech złotych kul wiszących nad wejściem. Grube metalowe pręty zasłaniały zakurzone okna wystawowe, w których wystawiono sprzęt muzyczny, odtwarzacze DVD, chromowe sztangi, dziecięcy rowerek – żałosne pozostałości po bankructwach i łupach komornika.
Читать дальше