Posuwali się tunelem przynajmniej przez kilometr i przez całą drogę ze wszystkich stron otaczał ich lód. Tunel był wystarczająco szeroki, by mogły nim jechać obok siebie dwa, a nawet trzy rovery i miał niski strop. Lód dokoła nich był czystobiały, suchy lód tylko lekko porysowany smugami uwarstwienia. Podróżnicy przebyli dwie śluzy powietrzne tunelu, a w trzeciej Michel i Kasei zatrzymali łaziki, otworzyli własne komory powietrzne i wysiedli. Maja, Nadia, Sax, Simon i Ann wydostali się z roverów i podążyli za nimi tunelem, który nagle się otworzył. Wówczas wszyscy się zatrzymali, zadziwieni, ale i uspokojeni widokiem, który się przed nimi rozciągał.
Nad głowami podróżników znajdowała się ogromna kopuła z połyskującego białego lodu. Skojarzyła im się z gigantyczną przewróconą czarą. Miała wiele kilometrów średnicy i przynajmniej kilometr wysokości, może nawet więcej. Wznosiła się niemal pionowo w górę, a jej środek był łagodnie wklęsły. Światło pod nią było rozproszone, ale dość mocne i podróżnicy mieli wrażenie, że stoją na powierzchni Marsa w pochmurny dzień; światło zdawało się pochodzić z samej białej jarzącej się kopuły.
Ziemia pod kopułą łagodnie połyskiwała czerwonawym piaskiem. W zagłębieniach rosła trawa, sporo było tu też wysokich bambusów i sękatych sosen. Z prawej strony znajdowały się małe pagórki, a na nich — mała osada. Jedno — i dwupiętrowe budynki, pomalowane na białobłękitno, otoczone wielkimi drzewami. W grubych konarach ukryto bambusowe pomieszczenia i schody.
Michel i Kasei ruszyli ku wiosce, a kobieta, która wprowadziła ich pojazdy do śluzy tunelu, pędem pobiegła przed nimi, krzycząc bez końca:
— To oni, nareszcie przyjechali, nareszcie są tutaj!
Na drugim krańcu pokrytej kopułą przestrzeni znajdowało się jezioro z lekko parującą wodą. Jego jasną, biało połyskującą powierzchnię marszczyły fale, które załamywały się przy brzegu. Dalej stał ogromny niebieski rickover; odbijał się błękitnie w białej wodzie jeziora. Porywy zimnego, wilgotnego wiatru szczypały podróżników w uszy.
Michel niebawem wrócił po przyjaciół, którzy dotą4.stali nieruchomo jak posągi.
— Chodźcie ze mną, tu przecież jest chłodno — powiedział z uśmiechem. — Na kopule znajduje się warstwa wodnego lodu, toteż musimy przez cały czas utrzymywać ujemną temperaturę powietrza.
Z osady zaczęli się wylewać ludzie. Wszyscy okrzykami radości witali przybyłych. Na dole, przy małym jeziorze, pojawił się nagle młody człowiek. Biegł ku nim, sadząc wielkimi susami po wydmach plaży. Mimo że przedstawiciele pierwszej setki spędzili tak wiele lat na Marsie, człowiek biegnący po powierzchni planety nadal wyglądał dla nich jak postać ze snu. Minęła długa chwila, zanim Simon chwycił mocno za ramię Ann i krzyknął:
— To Peter! To nasz Peter!
— Peter… — powtórzyła cicho Ann.
I nagle znaleźli się w tłumie ludzi. Wszędzie wokół otaczali ich młodzieńcy, dziewczęta, a także dzieci; nieznajomi, ale o swojskich twarzach. Zjawili się również Hiroko, Iwao, Raul, Rya, Gtene, a po chwili dotarł do nich również Peter i z radosnym okrzykiem otoczył ramionami Ann i Simona. W tłumie byli też Wład, Ursula, Marina i wiele innych osób z Acheronu. Wszyscy cisnęli się, aby ich przywitać i uściskać.
— Co to za miejsce? — zawołała nagle Maja.
— To dom — odparła Hiroko. — Tu zaczniemy wszystko od początku.
Podziękowania
Pragnę podziękować: Lou Aronice, Victorowi R. Bakerowi, Paulowi Birch, Donaldowi Blankenship, Michaelowi H. Carrowi, Peterowi Ceresole, Robertowi Craddockowi, Martynowi Foggowi, Jennifer Hershey, Fredericowi Jamesonowi, Jane Johnson, Damonowi Knight, Aleksandrowi Korzeniewskiemu, Christopherowi McKay, Beth Meacham, Rickowi Millerowi, Lisie Noweli, Stephenowi Pyne, Garry’emu Snyderowi, Luciusowi Shepardowi, Ralphowi Vicinanzy i Tomowi Whitemore.
Specjalne podziękowania składam po raz kolejny Charlesowi Sheffleldowi.
sic