Sax odchrząknął.
— Wiedziałaś, że jest płynna?
— Tak przypuszczałam, ale dopiero teraz wiemy na pewno.
Sax wywołał na ekran obraz z lewej bocznej kamery. Czarna sycząca woda, szary gruz, roztrzaskany lód, głazy narzutowe jak wielkie spadające kości do gry. Stojące fale zamarzały w miejscu, załamywały się i przewalały w chmurach zmrożonej pary… Hałas wzrósł znowu do poziomu startującego odrzutowca.
— Nie chciałem, żeby to tak wyglądało, naprawdę! — krzyknął Sax.
Ann popatrzyła na niego. Intensywnie wpatrywał się w ekran.
— Wiem — odparła. Znowu zmęczyła się rozmową, zmęczyła się jej bezużytecznością. Teraz uzmysłowiła sobie to wyraziściej, niż kiedykolwiek przedtem: jałowe szepty na tle wielkiego ryku żywego świata. Ledwo siebie słyszący ludzie, o wiele mniej zrozumiali niż ten świat.
Najszybciej jak mogli przejechali przez Bramę Dover, następnie podążyli Rampą Calais, jak Michel nazywał ten taras. Posuwali się denerwująco powoli. Przeprawa roverem nad skalnym obrywem przykrywającym ten wąski taras była prawdziwą walką; wszędzie leżały głazy narzutowe, a powódź zalewała ląd po ich lewej stronie, w widoczny sposób zwężając taras. Kamienne obsuwy spadały ze ścian urwiska, upadały przed i za pojazdem, a co jakiś czas kawałki skał uderzały w dach łazika. Na ten odgłos wszyscy pasażerowie podskakiwali. Istniało ryzyko, że nagle i bez ostrzeżenia jakaś większa skała spadnie na nich i zmiażdży ich jak pluskwy. To stale istniejące zagrożenie przytłaczało wszystkich. Tylko Ann nie przejmowała się niebezpieczeństwem. Nawet Simon odszedł od niej, włączył się w działania nawigacyjne i zaczął wychodzić na wycieczki zwiadowcze z Nadią, Frankiem albo Kaseiem. Pewnie jest szczęśliwy, myślała, że może znaleźć wymówkę, aby się ode mnie uwolnić. A właściwie dlaczego miałby wciąż przy niej siedzieć?
Posuwali się zaledwie po kilka kilometrów na godzinę. Podróżowali przez całą noc, a potem przez cały następny dzień, mimo że mgła przerzedziła się tak bardzo, iż pojazd można było dostrzec z satelitów. Nie mieli jednak wyboru.
Wreszcie udało im się przejechać przez Bramę Dover i znowu wjechali w Coprates. Tu mieli więcej swobody, ponieważ powódź skręcała o parę kilometrów na północ.
O zmroku, po jakichś czterdziestu godzinach jazdy stawali, przeciągali się, kręcili po pokładzie, a potem ponownie usiedli i zatrzymali się. Wysiedli i zaczęli się kręcić po okolicy, a potem wrócili do łazika i zjedli wspólnie podgrzany w kuchence mikrofalowej posiłek. Maja, Simon, Michel i Kasei byli w dobrych nastrojach, cieszyli się, że mają już za sobą Bramę, Sax zachowywał się tak samo jak zawsze, a Nadia i Frank byli trochę mniej niż zazwyczaj ponurzy. Powierzchnia powodzi zamarzła na chwilę i wreszcie można było mówić, nie zdzierając sobie gardeł, wreszcie słyszeli się nawzajem. Jedli więc i mówili bezładnie wszyscy naraz.
Ann milczała. Pod koniec posiłku rozejrzała się ciekawie po towarzyszach, nagle przerażona spektaklem, który rozgrywał się przed jej oczyma, a który potwierdzał łatwość przystosowania się człowieka do każdej sytuacji. Jak gdyby nigdy nic, jedli teraz kolację i rozmawiali na tle basowego grzmotu z północy; idealnie udawali wesoły nastrój biesiadny. Mogło się to dziać wszędzie i o każdej porze, a ich zmęczone twarze promieniały satysfakcją wspólnego sukcesu albo po prostu wyrażały zadowolenie ze spożywanego razem posiłku. A jednak istniała pewna znacząca różnica — tuż za ścianą łazika rozlegał się ryk rozpadającego się świata, a obryw skalny mógł ich unicestwić w każdej chwili. Ann uświadomiła sobie nagle, że często podczas katastrof lub powszechnego chaosu ludziom wydaje się, że najprzyjemniejszym i najbezpieczniejszym pomieszczeniem jest jadalnia. Jedząc, człowiek zapomina o swoim otoczeniu, o katastroficznym tle powszechnego chaosu; takie chwile spokoju są jednak kruche i krótkotrwałe jak bańki mydlane i mogą prysnąć równie szybko jak powstały. Grupki przyjaciół, wspólne pomieszczenia, ulice, lata spokoju, nic z tego nie może trwać, pomyślała Ann, bowiem iluzję stabilności tworzy się poprzez zgodny wysiłek ignorowania chaosu, w którym się tkwi. Tak czy owak, jedli, rozmawiali i cieszyli się swoim towarzystwem. To był ich, ludzi, sposób na kłopoty — zarówno w jaskiniach i na sawannach, jak i w mieszkaniach, okopach i kulących się pod bombardowaniem miastach.
I wtedy, w tym właśnie momencie burzy Ann Clayborne postanowiła się przełamać. Wstała i ruszyła do stołu. Wzięła talerz Saxa, który pierwszy wyrwał ją z odrętwienia, potem podniosła talerze Nadii i Simona. Zaniosła je do małego zlewu z marsjańskiego magnezu. Zmywając naczynia poczuła, że jej sztywne gardło się porusza. Wy krakała niezrozumiale kilka słów jako swój udział w rozmowie i próbowała na własny, niewiele znaczący sposób wspomóc tę ludzką iluzję spokoju.
— Burzliwa noc! — powiedział do niej Michel. Stał koło niej, wycierał talerze i uśmiechał się. — Naprawdę burzliwa noc!
Następnego ranka Ann obudziła się jako pierwsza i popatrzyła w twarze śpiących towarzyszy, doskonale widoczne w dziennym świetle. Ich oblicza były zmęczone, włosy rozczochrane, miny ponure, twarze zapuchnięte i posiniałe od odmrożeń, usta otwarte. Grupa ludzi, którzy zasnęli z wyczerpania. Wyglądali jak martwi. A Ann w żaden sposób im nie pomagała — wręcz przeciwnie! Była dla nich kulą u nogi; za każdym razem, kiedy wracali do pojazdu, natykali się na szaloną kobietę, która leżała na podłodze, nie odzywała się do nich i często płakała wstrząsana gwałtownymi spazmami rozpaczy. Kogoś takiego z pewnością nie potrzebowali w swoim towarzystwie!
Ann zawstydzona wstała i w milczeniu skończyła sprzątać główne pomieszczenie i kabinę kierowców. Później tego samego dnia zluzowała kogoś przy prowadzeniu pojazdu. Po sześciogodzinnej zmianie poczuła się fizycznie zupełnie wykończona, ale udało jej się przewieźć ich daleko na wschód od Bramy Dover.
Jednak ich kłopoty wcale się nie skończyły. To prawda, że Coprates nieco się rozszerzyły, a południowa ściana wciąż się trzymała. Ale w tym rejonie znajdowało się długie pasmo, które teraz stało się wyspą i które opadało do samego środka kanionu, dzieląc go na kanały północny i południowy. I, na nieszczęście, południowy kanał był niższy od północnego, toteż fala powodzi spływała w dół i przyciskała ich silnie do południowej ściany. Szczęśliwym trafem jednak warstwowy taras sprawiał, że znajdowali się jakieś pięć kilometrów między powodzią i właściwą ścianą. Ponieważ jednak potop mieli blisko po lewej stronie, a strome urwiska po prawej, nigdy nie przestawało im zagrażać niebezpieczeństwo. A niemal ciągle musieli podnosić głos, jeśli chcieli rozmawiać. Ryk fal wydawał się atakować ich głowy i utrudniał koncentrację, postrzeganie i w ogóle myślenie.
Pewnego dnia Maja uderzyła pięścią w stół i krzyknęła wsciekle:
— Czy nie moglibyśmy poczekać, aż to wyspowe pasmo się oderwie?
Po kłopotliwej chwili ciszy odpowiedział jej Kasei:
— Jest długie na sto kilometrów.
— Cóż, cholera… może moglibyśmy po prostu… przeczekać powódź? To znaczy, chodzi mi o to… jak długo może jeszcze trwać?
— Parę miesięcy — odparła Ann.
— Nie możemy czekać tak długo?
— Mamy za mało żywności — wyjaśnił jej Michel.
— Musimy jechać dalej — warknął Frank. — Nie bądź głupia. — Maja popatrzyła na niego i odwróciła się, wyraźnie rozgniewana. Rover nagle wydał jej się o wiele za mały, jak klatka, do której wrzucono kilka tygrysów i lwów. Simon i Kasei, czując narastające napięcie, ubrali się w skafandry i wyszli, aby sprawdzić teren przed pojazdem.
Читать дальше