Sax przez cały ten czas tkwił w swoim fotelu, pochłonięty migotaniem na ekranie. Kiedy pracował, mamrotał — do nikogo w szczególności — o tym, jak wiele wody się ulotniło, czy też raczej zamarzło i wyparowało. Mruczał, że to morze jest mocno nasycone dwutlenkiem węgla i słone, ale w końcu spadnie w postaci zmieszanego z pyłem śniegu w zupełnie innej części planety. Atmosfera uwodni się tak bardzo, że będzie często padał śnieg albo nawet pojawią się stałe cykle opadu i sublimacji. Wówczas woda z powodzi rozdzieli się dość równomiernie na całą planetę, z wyjątkiem może najwyższych szczytów. Albedo wzrośnie dramatycznie i trzeba je będzie obniżać, przypuszczalnie poprzez rozmnażanie śnieżnych glonów, które stworzyła grupa z Acheronu. (Nie ma już Acheronu, odpowiedziała mu w myślach Ann.) Czarny lód będzie topniał za dnia i zamarzał w nocy. Sublimacja i opad. Będą więc mieli wodę: zbierające się strumienie i stawy, woda pędząca potokami w dół, woda zamarzająca i wypełniająca skalne rozpadliny, parowanie, śnieg, topnienie i znowu płynąca woda. Przeważnie zlodowaciała lub błotnista, ale jednak: woda.
I wtedy powoli roztopi się każda, nawet najdrobniejsza cząstka pierwotnego ukształtowania Marsa, pomyślała Ann. A wówczas Czerwony Mars przestanie istnieć.
Leżała na podłodze przy oknie i cicho płakała, jak gdyby poprzez własne łzy chciała się połączyć z tą powodzią. Ponad zaporą w postaci jej własnego nosa pędził strumień kropli, aż jej prawy policzek, ucho i cała prawa strona twarzy zrobiły się zupełnie mokre.
— To nam trochę utrudni zjazd w dół kanionu — odezwał się Michel z nieznacznym galijskim uśmieszkiem, na co jadący w następnym aucie Frank głośno się roześmiał. W gruncie rzeczy wyglądało na to, że w żaden sposób nie przejadą choćby pięciu kilometrów. Drogę kanionową bezpośrednio przed nimi zasypały odłamki skalne i była teraz niemal całkowicie niewidoczna. Rumosz był rozdrobniony i niestabilny; z dołu podmywała go woda, z góry zagrażały mu kolejne obsuwy.
Przez długi czas przyjaciele dyskutowali, czy w ogóle powinni próbować się przedostać. Musieli mówić głośno, aby się usłyszeć ponad rykiem powodzi, który brzmiał jak odgłos pracującego silnika odrzutowego. Woda przelewała się wokół nich i nic nie zapowiadało, że potop może się skończyć lub choćby osłabnąć. Nadia uważała zjazd ze zbocza za samobójstwo, ale Michel i Kasei byli przekonam, że potrafią znaleźć drogę, i po całodziennym, pieszym rekonesansie zdołali ją przekonać, że trzeba spróbować. Takie było zdanie wszystkich. Toteż następnego dnia, niewidoczni dla ewentualnych obserwatorów dzięki powszechnej burzy pyłowej i powodziowej parze, wsiedli w pojazdy i ślizgając się, zaczęli powoli zjeżdżać ze stoku.
Przed nimi leżała nierówna masa żwiru i piasku, gęsto usiana głazami narzutowymi. W pobliżu tarasu znajdował się jednak obszar stosunkowo równy i płaski. Ta strefa była ich jedyną szansą na przejazd. Posuwali się więc teraz zupełnie odkrytą drogą, przypominającą coś w rodzaju kiepsko stwardniałego betonu. Objeżdżali głazy eratyczne i omijali pojawiające się od czasu do czasu rozwarte wgłębienia. Michel kierował pierwszym pojazdem śmiało i pewnie, z uporem, który graniczył z szaleńczą brawurą.
— Desperacki przejazd — oznajmił w pewnej chwili wesoło. — Czy możecie sobie wyobrazić, że przejeżdżamy po tej ziemi w normalnej sytuacji? To byłoby zupełne szaleństwo.
— To i tak jest szaleństwo — odparła kwaśno Nadia.
— A co innego możemy zrobić? Nie możemy zawrócić ani się zatrzymać. Bywają chwile, w których trzeba udowodnić, że się jest mężczyzną.
— Kobiety jednak radzą sobie świetnie…
— To był tylko cytat. Dobrze wiesz, co miałem na myśli. Po prostu nie mamy możliwości powrotu. lus zostanie zalany od ściany do ściany. A wiecie, że w pewnym sensie czuję się szczęśliwy? Czy byliście kiedykolwiek przedtem tak całkowicie pozbawieni jakiejkolwiek możliwości wyboru? Przeszłość nie istnieje, została wymazana, liczy się jedynie to, co się dzieje teraz. Teraźniejszość i niedaleka przyszłość! A przyszłość to leżące przed nami pole kamieni. I wiecie co? Zdaje mi się, że człowiek nigdy naprawdę nie przywołuje całej swojej siły… do czasu, gdy ma pewność, że nie istnieje już droga powrotna i że można się posuwać tylko naprzód.
Jechali więc naprzód. Optymizm Michela znacznie się zmniejszył, kiedy drugi pojazd wpadł w dziurę, ukrytą pod stosem otoczaków. Z pewnym wysiłkiem zdołali otworzyć przedni luk śluzy i wyciągnąć Kaseia, Maję, Franka i Nadię. Nie mieli jednak możliwości wydostania rovera z zagłębienia, potrzebowaliby do tego dźwigu lub podobnej maszyny. Przenieśli więc tylko wszystkie zapasy do jedynego łazika. Gdy weszła doń jeszcze ósemka ludzi, pojazd był zupełnie zapchany.
Za osuwiskiem przeprawa stała się na szczęście łatwiejsza. Zjechali autostradą kanionową do Melas Chasma i natychmiast stwierdzili, że trasę zbudowano w pobliżu południowej ściany, a ponieważ Melas był kanionem wyjątkowo szerokim, powódź rozlewała się wszędzie wokół i przetaczała na północ. Nadal panował straszliwy hałas. Ann miała wrażenie, że tuż za śluzą powietrzną działają pełną mocą powietrzne kondensatory, a przecież ich droga znajdowała się sporo ponad poziomem wody i daleko na południe od powodzi, która topiła żyły zmrożonego strumienia wypełniając wodą rozpadlinę, i zasłaniała całkowicie widok na północ.
Przez parę nocy posuwali się więc bez trudu, aż dotarli do Szczytu Genewskiego, który sterczał z gigantycznej południowej ściany prawie do samej krawędzi powodzi. Od tego miejsca drogę zalewała woda i jeśli chcieli się posuwać dalej, musieli znaleźć szlak położony wyżej. Wybrali jedną ze skalnych serpentyn, które otaczały niższe stoki szczytu, ale droga okazała się dla łazika niezwykle trudna. W pewnej chwili niemal zawiśli na nagle wyrosłej, zaokrąglonej skale, a wtedy Maja zaczęła krzyczeć na Michela, zarzucając mu brak rozwagi i zbytnią zuchowatość, po czym sama zasiadła za kierownicą. W tym czasie Michel, Nadia i Kasei ubrali się w walkery i wyszli na zewnątrz. Ominęli skałę i ruszyli naprzód, aby obejrzeć dalszą drogę.
Frank i Simon pomagali kierującej pojazdem Mai wypatrywać przeszkody, Sax natomiast jak zwykle w ogóle się nie ruszał sprzed ekranu. Od czasu do czasu Frank włączał telewizor i szukał sygnałów, po czym próbował zrozumieć i połączyć w całość usłyszane na tle szumu i wielu głosów różnego rodzaju informacje. Na samym grzbiecie Szczytu Genewskiego, kiedy przejeżdżali przez niezwykle cienką betonową nić Autostrady Transkanionowej, znajdowali się wystarczająco daleko od południowej ściany, aby dotarły do nich wiadomości, z których wynikało, że burza pyłowa nie zapowiada się jednak na globalną. I rzeczywiście, czasami, w niektóre dni, zamiast ściany pyłu otaczała ich zaledwie nieruchoma mgiełka. Sax oznajmił, że jest to potwierdzenie faktu, iż terraformerzy pomyślnie uporali się z pyłem, z którym walczyli różnymi sposobami od czasu Wielkiej Burzy. Nikt się nie ustosunkował do jego stwierdzenia. A mgiełka, która wisiała w powietrzu, jak zaobserwował Frank, wydawała się w gruncie rzeczy pomagać w klarowaniu sygnałów radiowych.
— To przypadkowy rezonans — odpowiedział mu Sax. Jednak, ponieważ zjawisko to było sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem, Frank poprosił Saxa, aby je wyjaśnił. Kiedy wreszcie zrozumiał, żary czai smętnie na cały głos.
— Może cała emigracja była przypadkowym rezonansem, podkreślającym słaby sygnał rewolucji…
Читать дальше