Woda pędziła w dół lus, zamarzała, potem przebijała się przez lód i gnała znowu w dół, w kierunku Chasma Melas. Ann zastanawiała się, czy jest jej wystarczająco dużo, aby dotarła do Coprates i potem jeszcze dalej w dół do Capri i Eos, wreszcie do Aureum Chaos… Na pierwszy rzut oka wydawało się to mało prawdopodobne, ale przecież formacja wodonośna Compton była naprawdę duża, należała do największych, jakie kiedykolwiek tu odkryto. Być może Marineris zawdzięczała swoją egzystencję dawnym wybuchom wcześniejszego wcielenia tej samej formacji, a wybrzuszenie Tharsis nigdy nie przestało się odpowietrzać… Ann rozmyślała nad tym wszystkim, leżąc na podłodze rovera i obserwując przez maleńkie okienko powódź. Próbowała ją zrozumieć i obliczyć w pamięci ilość wody. Tylko po to, aby się lepiej skoncentrować na tym, co widzi, aby wrócić do rzeczywistości z odrętwienia, które tak długo ją przytłaczało. Poza tym dziwnie fascynował ją zarówno widok, jak i obliczenia, fascynowała ją nawet sama powódź. Obserwowała bowiem coś, co się już przedtem zdarzyło na Marsie, to, co się tu stało przed miliardami lat i prawdopodobnie właśnie w taki sposób. Wszędzie na planecie dostrzegala przecież ślady katastrofalnych powodzi: warstwowe tarasy, wyspy — długie pasy w kształcie żeber — łożyska kanałów, faliste wydmy… Tak właśnie musiało to wyglądać dawno temu, kiedy stare popękane formacje wodonośne ponownie się zapełniły, gdy wytrysnęły z Tharsis, wywołując ciepło i odpowietrzenie. Odbywało się to jednak bardzo powoli, trwało dwa miliardy lat…
Skupiła się i wpatrzyła w widok przed sobą. Czoło powodzi znajdowało się jakiś kilometr od roverów i około dwustu metrów pod nimi. Dno północnej ściany lus leżało w odległości mniej więcej piętnastu kilometrów stąd i powódź docierała aż tam. Woda miała może z dziesięć metrów głębokości, oceniając po toczących się w dół pędzącego strumienia ogromnych głazach narzutowych. Wyglądały jak baseballowe piłki Wielkiego Człowieka; rozbijały na kawałki lodowe tafle, a w ślad za nimi posuwały się wielkie parujące czarne bryły. Woda w otwartych łachach pędziła z prędkością co najmniej trzydziestu kilometrów na godzinę. Ann wystukała kilka liczb na klawiaturze swego notesika komputerowego na nadgarstku i obliczyła. Jakieś cztery i pół miliona metrów sześciennych na godzinę! Jak sto pędzących na Ziemi Amazonek, ale płynących nieregularnie, co rusz zamarzających i wybuchających na nowo w nieustannych seriach lodowych zapór, które woda budowała, a potem niszczyła. Na dnie wzgórza powstawały wielkie parujące jeziora, które następnie spływały kanałami pod stokiem, gdzie czekali ludzie w pojazdach. Ląd obnażał się aż po skalne podłoże, woda rozrywała nawet macierzystą skałę…
Leżąc na podłodze łazika, Ann czuła w kościach policzkowych ten szturm pędzącej wody, czuła wibrowanie ziemi pod wpływem gwałtownego, szalonego łomotu. Takich drgań nie było na Marsie od milionów lat, co tłumaczyło jeszcze jedno zjawisko, które Ann wprawdzie widziała, ale którego nie mogła pojąć. Najwyraźniej północna ściana lus poruszała się! Skała urwiska odrywała się płatami, które spadały do kanionu, co wstrząsało powierzchnią i powodowało kolejne upadki kamieni i potężne fale, znikające w ogromnej powodzi. Potem woda znów przelewała się nad lodem, uwadniana skała pękała, a zmrożony strumień był tak gęsty w zdławionym pyłem powietrzu, że tę północną ścianę Ann widziała tylko od czasu do czasu.
Bez wątpienia, pomyślała, południowa ściana załamie się w podobny sposób, chociaż to, co dostrzegała ze swego miejsca, to, co majaczyło nad nią po prawej stronie, było widoczne tylko w skrócie perspektywicznym i jakoś “odcięte”. W końcu spadnie, powiedziała sobie Ann. A jeśli załamie się nad ich pojazdem, z pewnością ich wszystkich zabije. To było całkiem możliwe — a nawet bardzo możliwe. Oceniając po przelotnych mignięciach północnej ściany, mieli pięćdziesiąt procent szans na ocalenie. Jednak tam było prawdopodobnie gorzej, północną ścianę bowiem podcięła powódź, podczas gdy południowa ściana została usunięta przez ławę, po której jechali. Południowe urwiska powinny więc być trochę bardziej stabilne…
Nagle spojrzenie Ann przyciągnęło coś, co działo się wprost przed nią. Na górze rzeczywiście załamywała się południowa ściana, spadając w wielkich skalnych warstwach. Podstawa urwiska wybuchła nagle w chmurze pyłu, która rozkwitła nad osypiskiem, i wyższe części skalnej ściany ześlizgnęły się w dół w tę nową chmurę pyłu, po czym zniknęły. Po sekundzie cała masa ponownie się pojawiła, lecąc w linii poziomej z chmury. Niesamowity widok! Huk był wręcz bolesny, nawet wewnątrz pojazdu; potem Ann zauważyła już tylko długie, powolne obsuwanie się ziemi. Fragmenty spadały w płynącą wodę, skały kruszyły lód i blokowały pędzącą powódź. Ta nagle powstała zapora rozcięła gnający potok na kilka strumyków, które popłynęły w dół kanionu. Woda zaczęła przybierać. Ann obserwowała lodowy pokład linii brzegowej przed pęknięciem, a potem bryły lodu, wpadające w morze czarnej, parującej i syczącej wody, która podnosiła się szybko w kierunku roverów. To nas pochłonie, pomyślała Ann, jeśli ziemia będzie się obsuwała wystarczająco długo. Chwilę patrzyła bezmyślnie na długie czarne zbocze widoczne nad wodą. Ale muł nadal się podnosił. Jak gdyby to był wyścig. Balia Wielkiego Człowieka, która przelewała się, ponieważ stale dolewano do niej nowe wiadra wody. Widząc szybkość, z jaką podnosi się jezioro, Ann dodała kilka punktów do swoich obliczeń. Czuła się jakoś osobliwie, jakby porażona, myślała chaotycznie, choć w jakimś dziwnym znaczeniu tego słowa była absolutnie spokojna. Ogarnęła ją całkowita obojętność wobec siebie samej i własnego losu; właściwie nie obchodziło jej, czy tama pęknie, zanim powódź sięgnie ich pojazdów. A w tym przytłaczającym ryku Ann nie czuła również najmniejszej potrzeby, aby przekazać innym swoją opinię w tej kwestii; wydawało jej się to niemożliwe. Stwierdziła, że w myślach wręcz zachęca powódź do ruchu w ich kierunku. Jak gdyby woda mogła się im dobrze przysłużyć.
Niespodziewanie zapora ze skalnym obsuwem zniknęła pod odbarwioną papką i woda potoczyła się w dół strumienia. Krótkotrwałe jeziorko majestatycznie się załamało i zaczęło szybko spływać. Ann widziała, jak lodowe bryły na jego powierzchni obijają się o siebie z hałasem — zderzając się ze sobą łoskotały i grzmiały, potem lekko podskakiwały jak korek lub strzelały wysoko w górę. Powietrze zawibrowało od strasznego huku, zewsząd rozległ się potężny ryk spadających skał. Hałas z pewnością znacznie przekraczał sto decybeli. Ann zatkała uszy palcami. Pojazd podskakiwał w górę i w dół. Dostrzegła, jak z dalszych skalnych stoków również obsuwa się ziemia; bez wątpienia podmywał je nagły przypływ wody. Potop wywoływał kolejne lawiny i tak bez końca, aż w pewnej chwili Ann odniosła wrażenie, że już cały kanion wypełnił się wodą. Pomyślała, że w tym hałasie i wiecznej wibracji ich maleńkie łaziki nie mają szans na ocalenie. Podróżnicy trzymali się kurczowo poręczy foteli albo leżeli na podłodze jak Ann; byli dziwnie osamotnieni w tym niesamowitym ryku, a ich żyły zdawały się pompować straszliwą mieszaninę lodu i adrenaliny; nawet sama Ann, która dotąd pozornie o nic nie dbała, uświadomiła sobie nagle, że jej oddech jest krótki, a mięśnie napięte.
Kiedy dokoła na tyle się uciszyło, by ludzie mogli usłyszeć własne krzyki, wszyscy poprosili Ann, aby opowiedziała im, co się zdarzyło wcześniej. Ona jednak nadal tępo patrzyła przez okno, ignorując pytania. Była bardzo zdziwiona, ponieważ — przynajmniej w tej chwili — wydawało się, że najwyraźniej uda im się przeżyć. Powierzchnia wody przypominała teraz najbardziej potrzaskany teren chaotyczny, jaki Ann kiedykolwiek widziała; lód rozsypał się w gładkie, brzydkie skorupy. W swoim najwyższym punkcie jezioro wspięło się na ich taras, chociaż od samych pojazdów dzieliła je jeszcze odległość około stu metrów w dół. Potem, w niecałe dwadzieścia sekund, wilgotna ziemia pod nimi zmieniła się znowu z rdzawoczarnej w brudnobiałą. Tempo zamarzania na Marsie było doprawdy niezwykłe.
Читать дальше