Nikt nie był w odpowiednim nastroju, aby mu cokolwiek na to odpowiedzieć.
Drugiego dnia ciężkiej przeprawy powódź zniknęła za północnym horyzontem. Jej ryk ścichł wkrótce potem. Grunt, pokryty na metr brudnym śniegiem, już nie drżał; świat wydawał się martwy: był dziwnie cichy i nieruchomy, przesłonięty całunem bieli. Kiedy śnieg nie padał, niebo było ciągle nieco zamglone, ale podróżnikom wydawało się wystarczająco przezroczyste, aby mogli zostać dostrzeżeni z góry, toteż zaprzestali jazdy w dzień, a w nocy nie używali reflektorów. I bez nich zresztą droga była dość dobrze widoczna dzięki jarzącej się lekko pod gwiazdami śnieżnej pokrywie.
W te noce pojazdem kierowała Ann. Nie powiedziała nikomu o swoim momencie nieuwagi przed zaginięciem Franka. Nie zamierzała też powtórzyć tego błędu — jechała rozpaczliwie skoncentrowana, zagryzając wargi aż do krwi, obojętna na wszystko z wyjątkiem widniejącej przed nią w stożkach światła drogi. Zwykle prowadziła całą noc; zapominała obudzić następnego kierowcę albo świadomie tego nie robiła. Frank Chalmers nie żył i to była jej wina. Powtarzała to sobie w kółko i rozpaczliwie żałowała, że nie potrafi cofnąć przeszłości i zmienić tego faktu. Wiedziała, że to rozpamiętywanie jest bezsensowne. Pewnych błędów nie da się naprawić. Biel powierzchni mąciła niezliczona ilość kamieni, zwieńczonych śnieżnymi czapami, krajobraz miał więc obecnie kolor soli i pieprzu. W nocy ta dwubarwność bardzo przeszkadzała w prowadzeniu pojazdu; czasami Ann miała uczucie, że przekopuje się pod ziemią, innym razem, że unosi się pięć metrów nad nią. Biały świat. W niektóre noce miała wrażenie, że prowadzi karawan, przejeżdżający po ciele nieboszczyka. Wdowy Nadia i Maja siedziały na tyle… W takich momentach była przekonana, że Peter również nie żyje.
Dwukrotnie usłyszała głos Franka w interkomie. Wołał do niej; raz prosił ją, aby zawróciła i uratowała go, a za drugim razem krzyczał: “Jedź, idiotko, jedź!”
Maja nie załamała się. Mimo wszystkich swoich często prezentowanych całemu światu nastrojów i kaprysów, miała bardzo silną osobowość. Natomiast Nadia, którą Ann zawsze uważała za osobę twardą, prawie ciągle milczała. Sax bez końca patrzył na ekran i pracował. Michel próbował rozmawiać, ale rezygnował z nieszczęśliwą miną, kiedy uświadamiał sobie, że nikt nie ma ochoty na dyskusje. Simon jak zawsze obserwował Ann z niepokojem i z irytującą uwagą. Nie mogła już tego wytrzymać i stale unikała jego spojrzenia. Biedny Kasei musiał się czuć jak w schronie, którym zawładnęła grupka sędziwych szaleńców. Myśl ta wydała się Ann prawie zabawna, gdyby nie fakt, że młodzieniec robił wrażenie bardzo przygnębionego. Nie wiedziała, jaka może być przyczyna jego stanu, może tak działało na niego pustkowie, po którym jechali, może ciągle zagrażająca śmierć, a może po prostu był głodny; nie sposób było się tego dowiedzieć. Zwłaszcza że Kasei w ogóle zachowywał się nieco dziwacznie. Swoją młodością przypominał jednak Ann o Peterze, więc starała się również na niego nie patrzeć.
Śnieg sprawiał, że każdej nocy powierzchnia żarzyła się i drgała. Kiedy cały się stopi, myślała Ann, wyżłobi nowe koryta i odbierze mi ukochanego Marsa. Jej Mars zniknął już bezpowrotnie.
Obok Ann na drugą nocną zmianę usiadł Michel. Wypatrywał oznaczenia drogi.
— Zgubiliśmy się? — spytała go Maja tuż przed świtem.
— Nie, wcale nie. Po prostu… zostawiamy na śniegu ślady. Nie wiem, kiedy znikną ani jak bardzo są widoczne, ale jeśli… Cóż, tak czy owak, na wypadek, gdyby miały utrzymać się długo, chciałbym wysiąść z pojazdu i przejść ostatnią część drogi. Powinienem sprawdzić, gdzie się znajdujemy. W niektórych miejscach ustawiliśmy różne pionowe kamienie i dolmeny. Muszę je znaleźć. Wskażą nam dalszą drogę, no, sami rozumiecie. … Różnego rodzaju głazy narzutowe nieco wyższe od innych albo rozmaite kamienne słupy.
— Łatwiej byłoby je zauważyć za dnia — oznajmił Simon.
— To prawda. Jutro będziemy się musieli rozejrzeć po okolicy i powinniśmy coś dostrzec. Jesteśmy już chyba blisko. Ustawiliśmy je, aby pomagały odszukać drogę zabłąkanym podróżnym, właśnie takim jak my. Wszystko będzie dobrze, nie martwcie się.
Tak, oczywiście, wszystko będzie dobrze, pomyślała Ann. Z małymi wyjątkami: nie żyli ich przyjaciele i jej jedyne dziecko, a ich świat zniknął na zawsze.
Zbliżał się świt. Leżąc na podłodze przy oknie, Ann próbowała sobie wyobrazić życie w ukrytej kolonii. Wiele lat pod ziemią. Nie, uświadomiła sobie, nie zniosę tego, nie mogę tego zrobić. “Jedź, idiotko, jedź!” Niech cię cholera!
O świcie Kasei zawył triumfalnie: na zewnątrz, na północnym horyzoncie, stały trzy wysokie kamienie. Poprzeczna belka stanowiąca dach, ułożona na dwóch słupach, wyglądała, jak gdyby spłynął tu z Ziemi jeden fragment Stonehenge.
— Tędy do domu — oznajmił młodzieniec.
Najpierw jednak musieli przeczekać dzień. Michel stawał się coraz ostrożniej szy, bał się, aby nie zostali zauważeni przez satelity, i chciał ruszyć dopiero w nocy. Położyli się więc, aby się trochę zdrzemnąć.
Ann nie mogła spać, ożywiało ją nowe postanowienie, które właśnie podjęła. Ostrożnie rozejrzała się wokół i doszła do wniosku, że wszyscy śpią. Michel nawet chrapał; był najwyraźniej szczęśliwy. Spali przecież spokojnie po raz pierwszy od około pięćdziesięciu godzin. Ann nałożyła walker i jak najciszej weszła w śluzę powietrzną. Obejrzała się i popatrzyła na towarzyszy; wygłodzona, strudzona grupka. Nadia leżała, tuląc do boku okaleczoną rękę. Z powietrznej komory nie sposób było się wydostać zupełnie bezgłośnie, ale Ann liczyła na to, że cała ekipa od dawna już przyzwyczaiła się spać w hałasie. Warkot i łoskot systemu wspomagania życia częściowo zagłuszył jej wyjście. Ann znalazła się na zewnątrz absolutnie przekonana, że nikogo nie obudziła.
Owionęło ją charakterystyczne dla planety zimno. Zadrżała i ruszyła na zachód. Szła po śladach łazika, aby nikt nie mógł jej wyśledzić. Słońce przedzierało się przez mgłę. Znowu padał śnieg, zabarwiony na różowo w promieniach słonecznego światła. Z trudem posuwała się naprzód, póki nie doszła do małego wydłużonego drumlinu. Miał spadzisty stok, który pokrywała warstwa białego śniegu. Mogła się teraz posuwać po litej skale, nie zostawiając śladów. Szła tak długo, aż się zmęczyła. Na dworze było naprawdę zimno, śnieg padał pionowo maleńkimi płatkami, prawdopodobnie narosłymi wokół drobin piasku. Na końcu drumlinu znajdował się pękaty i niski głaz eratyczny. Ann usiadła przy nim od strony zawietrznej, potem wyłączyła ogrzewanie walkera i ubitym śniegiem przysłoniła mrugające światełko alarmowe na naręcznym komputerku.
Szybko zrobiło jej się o wiele zimniej. Niebo miało teraz kolor mętnej szarości pokreślonej pasmami różu. Śnieg z wolna zasypywał szybkę jej hełmu.
Właśnie przestała się trząść i jej ciało stało się przyjemnie chłodne, kiedy w hełm kopnął ją mocno czyjś but. Następnie ktoś podciągnął ją do góry, na klęczki. W głowie jej szumiało. Postać w walkerze silnie uderzyła szybką swego hełmu w jej szybkę. Potem czyjeś ręce wzięły ją mocno pod ramiona i cisnęły na ziemię.
— Hej! — krzyknęła słabo.
Ktoś wziął ją pod ramiona, pociągnął i postawił na nogi; odciągnął jej też do tyłu lewe ramię i trzymał je wysoko w górze. Napastnik chwilę operował przy komputerku na nadgarstku Ann, a potem pchnął ją boleśnie do przodu, ciągle trzymając w górze jej ramię. Nie mogła upaść, nie łamiąc sobie przy tym ręki. Czuła, jak diamentowy wzorek aparatu grzewczego walkera zaczyna jej rozgrzewać skórę. Płonął w niej. Co kilka kroków dręczyciel uderzał ją w hełm.
Читать дальше