— Chcielibyśmy otrzymać wynik do miliardowych po przecinku, ale to nie będzie łatwe.
Maja podziękowała za dolewkę szampana, uważając, że już wystarczająco kręci jej się w głowie. Poza tym była przecież w pracy. Pełniła funkcję współprzywódcy tej małej społeczności, a więc przede wszystkim musiała zadbać ojej sprawne współdziałanie i rozwój, a to z pewnością z dnia na dzień będzie coraz trudniejsze. Nawet w tej radosnej chwili wychodziły na jaw rozmaite antarktyczne przyzwyczajenia. Zaczęła się uważniej przysłuchiwać rozmowom i zmierzyła otaczający ją tłumek badawczym wzrokiem typowym dla antropologa albo szpiega.
— Psychologowie mają swoje sposoby. Skończymy jako pięćdziesiąt szczęśliwych par.
— Tak, i na pewno niektórym z nas wyznaczyli rolę swatów.
Obserwowała ich, gdy się śmiali. Byli błyskotliwi, doskonale wykształceni, tryskali zdrowiem — właściwie stanowili z pozoru idealną realizację wizji całkowicie racjonalnego, umiejętnie wyselekcjonowanego społeczeństwa, które było utopijnym marzeniem okresu Oświecenia. A wśród nich znajdował się Arkady, a także Nadia, Wład, Iwana. Znała ekipę rosyjską zbyt dobrze, aby mieć jakiekolwiek złudzenia w tym względzie. W gruncie rzeczy bardziej chyba przypominali mieszkańców politechnicznego kampusu, młodzież bez reszty pogrążoną w obmyślaniu dziwacznych kawałów i zaaferowaną romansami. Tyle tylko, że wyglądali trochę za staro: większość mężczyzn łysiała, a wiele osób, zarówno kobiet, jak i mężczyzn, zaczynało siwieć. Tak, tak, aby się tu dostać, trzeba było przejść długą drogę; średnia wieku wynosiła czterdzieści sześć lat: najmłodsze z nich miało trzydzieści trzy (Hiroko Ai, japońska “cudotwórczym” w projektowaniu biosfery), najstarsze — pięćdziesiąt osiem (Wład Taniejew, laureat nagrody Nobla w dziedzinie medycyny).
Teraz jednak wszystkie bez wyjątku twarze promieniały młodością. Arkady Bogdanów był typem niemal idealnego rudzielca: włosy, broda, cera; na tle tej płomiennej rudości niepokojąco odbijały oczy koloru indy go. Przewracał nimi dziko i szczęśliwy wykrzykiwał:
— Nareszcie wolni! Wreszcie swobodni! Wszystkie nasze dzieci są nareszcie wolne!
Kamery wideo wyłączono natychmiast, gdy tylko Janet Blyleven skończyła nagrywać serię wywiadów dla ziemskich stacji telewizyjnych, toteż teraz w jadalni nie mieli łączności z ojczystą planetą. Arkady śpiewał, a skupione wokół niego towarzystwo popijając zachęcało go do coraz to innych pieśni. Maja nie przyłączyła się do nich. Rzeczywiście nareszcie są wolni! Wprost trudno uwierzyć, że naprawdę lecą na Marsa! Koloniści podzielili się na małe grupki i rozprawiali z ożywieniem. Wielu z tej setki należało do światowej czołówki w swoich specjalnościach: Iwana była współlaureatką nagrody Nobla w dziedzinie chemii, Wład jednym z najsłynniejszych specjalistów biomedycyny, Saxa zaliczano do panteonu wielkich twórców teorii subatomowej, natomiast Hiroko była niezrównana w projektowaniu systemów wspomagania życia w obiegach biologicznie zamkniętych… i tak dalej. Prawdziwa elita!
A Maja była jednym z ich dowódców. Nadal ją to nieco szokowało; jej dokonania jako inżyniera i kosmonauty były dość skromne, więc przypuszczalnie na pokładzie tego statku znalazła się głównie dzięki swoim talentom dyplomatycznym. Została wybrana, aby kierować podzieloną, krnąbrną ekipą rosyjską i grupą przedstawicieli państw zaprzyjaźnionych. Chociaż, może jednak ten wybór nie był wcale przypadkowy? Praca była interesująca i Maja znakomicie się na niej znała, a jej talenty mogły równie dobrze okazać się najważniejsze na pokładzie. Musieli przecież ze sobą współpracować i potrzebowali do tego sprawnego przywódcy, a tu niezbędna była pewna przebiegłość, spryt i zapał. Zapał ludzi, którzy mają wykonywać jej polecenia! Popatrzyła na rozpromienione twarze i roześmiała się. Wszyscy na statku to specjaliści najwyższej klasy, ale niektórzy byli naprawdę genialni. Musiała rozpoznać takie osoby, zdobyć ich przychylność i wykorzystać ich autorytet. Pomyślała, że od tego będzie zależała jej skuteczność jako dowódcy, ponieważ w końcu zapewne staną się czymś w rodzaju luźnej naukowej merytokracji. A w takiej społeczności nadzwyczajnie uzdolnione jednostki w naturalny niejako sposób stają się prawdziwymi potęgami i w krytycznej chwili one właśnie mogą stać się rzeczywistymi przywódcami kolonii, oni albo ci, którzy uzyskają na nich wpływ.
Rozejrzała się dokoła i odnalazła wzrokiem swój amerykański odpowiednik, Franka Chalmersa. Na Antarktydzie nie poznała go zbyt dobrze. Był wysoki, barczysty, o śniadej karnacji, dość rozmowny i nieprawdopodobnie energiczny, ale trudno go było rozgryźć. Uznała, że jest pociągający. Ale czy myślał takimi samymi kategoriami jak ona? Tego nigdy nie wiedziała. Frank rozmawiał teraz z kilkoma osobami w drugim końcu sali, słuchając swoich rozmówców z typowym dla siebie skupionym, nieodgadnionym wyrazem twarzy, z głową przechyloną na bok, gotów w każdej chwili wyskoczyć z dowcipną ripostą. Będzie musiała lepiej go poznać. Co więcej, będzie musiała podjąć z nim współpracę.
Przeszła przez salę i stanęła u jego boku tak, że ich ramiona niemal się stykały. Skłoniła ku niemu głowę, po czym szybkim kiwnięciem pozdrowiła pozostałych i powiedziała:
— Szykuje nam się niezła zabawa, nie uważacie?
Chalmers spojrzał na nią uważnie i wolno odparł:
— Jeśli wszystko pójdzie dobrze.
Po przyjęciu i kolacji Maja długo nie mogła zasnąć, więc wyszła na spacer po Aresie. Wszyscy uczestnicy wyprawy spędzili już przedtem trochę czasu w przestrzeni kosmicznej, ale nigdy nie latali statkiem tak ogromnym jak Ares. Na dziobie statku znajdowało się coś w rodzaju nadbudówki, pomieszczenie podobne do marynarskiej dziobówki, które obracało się w przeciwnym kierunku niż cały statek, zachowywało więc idealną stabilność. Umieszczono tam aparaturę do obserwacji Słońca, anteny radiowe i resztę sprzętu, któremu do sprawnego funkcjonowania potrzebny był bezruch; na samym końcu tego pomieszczenia zamontowano owalną komorę z przezroczystego plastyku, potocznie nazywaną “baniaczkiem”, w której załoga mogła doświadczać stanu nieważkości i sycić oczy nieruchomym widokiem gwiazd oraz obserwować część swego wielkiego statku.
Maja przesunęła się obok szklanej ściany baniaczka, z ciekawością spoglądając do tyłu na skomplikowany kadłub Aresa. Swój kształt zawdzięczał między innymi wykorzystaniu pustych zewnętrznych zbiorników paliwa dla wahadłowców. Mniej więcej na przełomie wieków NASA i Gławkosmos zaczęły dołączać do tych zbiorników małe pomocnicze silniki rakietowe i wyrzucać je na orbitę. Wysłano ich w ten sposób dziesiątki, a potem zaholowano do orbitalnych “warsztatów” i wykorzystano: zbudowano z nich dwie wielkie stacje kosmiczne, stację L5, księżycową stację orbitalną, pierwszy pojazd załogowy i wiele bezzałogowych transportowców wysyłanych na Marsa. Tak więc do czasu, gdy obie organizacje postanowiły wspólnie zbudować Aresa, wykorzystywanie tych zbiorników stało się już czymś najzupełniej normalnym: dostarczały one standardowych systemów spoilerów, gotowych ładowni, układów napędowych i wiele innych części. Dzięki temu budowa tak wielkiego statku zajęła tylko niecałe dwa lata.
Tyle że z tego powodu Ares wyglądał jak złożona z walcowatych klocków dziecięca zabawka z przyczepionymi do jednego końca dyszami potężnych silników, co razem tworzyło dziwaczny i skomplikowany kształt.
Część użytkową stanowiło osiem sześciokątów zbudowanych z cylindrycznych zbiorników paliwowych. Nazywali je torusami; były ustawione w rzędzie i osadzone na centralnym członie statku, składającym się z pięciu szeregowo połączonych ze sobą cylindrów. Połączenie torusów z centralnym trzonem (określali go mianem piasty) zapewniała sieć nieco cieńszych cylindrów przypominających szprychy, a powstała w ten sposób konstrukcja wyglądała trochę jak część jakiejś maszyny rolniczej, na przykład ramię kombajnu zbożowego, obrotowy zraszacz trawnika albo jak osiem obwarzanków nadzianych na batonik. Ot, dziecięca zabawka, tyle że powiększona do gigantycznych rozmiarów.
Читать дальше