— Proszę jeszcze próbować — powiedziała Maja.
Oczywiście, że próbowali. W końcu pojawiło się kilku pielęgniarzy, którzy zawieźli Johna do sali reanimacyjnej. Frank, Maja, Sax, Samantha i kilkoro tutejszych siedzieli w napięciu na korytarzu. Lekarze przychodzili i odchodzili; mieli to samo puste spojrzenie, jakie przybierają w obliczu śmierci. Ochronna maska. Wreszcie jeden z lekarzy wyszedł i potrząsnął głową.
— Nie żyje. Zbyt długo przebywał na zewnątrz.
Frank oparł głowę o ścianę.
Kiedy Reinhold Messner wrócił z pierwszej samotnej wspinaczki na Everest, był poważnie odwodniony i skrajnie wyczerpany. W trakcie schodzenia spadł z dużej wysokości, runął na lodowiec Rongbuk i przez długi czas czołgał się na łokciach i kolanach, a kiedy kobieta, która stanowiła jego jedyne wsparcie, do niego dotarła, podniósł oczy, spojrzał na nią nagle zupełnie przytomnie i spytał: “Gdzie są wszyscy moi przyjaciele?”
Panowała zupełna cisza. Nie słychać było żadnego dźwięku poza niskim brzęczeniem i szumem, przed którym na Marsie nie można się było nigdzie schronić.
Maja położyła rękę na ramieniu Franka, a on odruchowo niemal się uchylił. Gardło ściskał mu straszliwy skurcz; mówienie sprawiało mu prawdziwy ból.
— Przykro mi — zdołał tylko wyszeptać.
Wzruszyła ramionami, marszcząc brwi. Sprawiała teraz wrażenie równie obojętnej, jak nawykłe do widoku śmierci pielęgniarki.
— Cóż — wycedziła — i tak nigdy go naprawdę nie lubiłeś.
— To prawda — odparł, błyskawicznie decydując, że w tym momencie najlepsza będzie szczerość. Po chwili jednak wzdrygnął się i zapytał cierpko: — Skąd możesz wiedzieć, co lubię, a czego nie?
Strząsnął jej dłoń ze swego ramienia i wstał z wysiłkiem. Nie mogła tego wiedzieć, nikt z nich nie mógł tego wiedzieć. Frank ruszył powoli do sali reanimacyjnej, ale zmienił zamiar. Będzie na to czas na pogrzebie. Poczuł w sobie pustkę. Nagle wydało mu się, że razem z Johnem odeszło na zawsze wszystko, co dobre.
Wyszedł z centrum medycznego. Pomyślał, że w takiej chwili trudno nie być sentymentalnym. W dziwnie kojącym mroku miasta podążył ku kainowej krainie Nod. Ulice połyskiwały, jakby na chodnik spadły gwiazdy. Ludzie stali w grupkach, milczący, oszołomieni nowiną. Frank Chalmers przeszedł między nimi, czując na sobie ich spojrzenia; bezwiednie skierował się ku trybunie na szczycie miasta, a kiedy tak szedł, powtarzał sobie w myślach: “Teraz zobaczymy, co potrafię zrobić z tą planetą”.
Ponieważ i tak w końcu zaczną wariować, dlaczego po prostu nie wyślemy przede wszystkim szaleńców, aby mieć problem z głowy? — spytał Michel Duval.
Nie był to właściwie żart: Michel od początku uważał kryteria selekcji, stanowiące połączenie dwojakich, z pozoru przeciwstawnych wymagań, za chybione i całkowicie niepotrzebne.
Jego koledzy psychiatrzy popatrzyli na niego.
— Chce pan zaproponować jakieś szczególne zmiany? — spytał przewodniczący, Charles York.
— Zastanawiam się, czy wszyscy nie powinniśmy udać się z nimi na Antarktydę, by obserwować ich zachowanie w pierwszym okresie wspólnego pobytu. Mogłoby nas to wiele nauczyć.
— Może, ale nasza obecność hamowałaby ich. Sądzę, że musi wystarczyć jeden z nas.
Tak więc wysłali Michela Duvala. Przyłączył się do stu pięćdziesięciu kilku osób zakwalifikowanych do ostatecznego sprawdzianu. Mieszkali na antarktycznej Stacji McMurdo. Wstępne spotkanie przypominało międzynarodowe konferencje naukowe, na których bywali wcześniej wszyscy finaliści, z racji najrozmaitszych dziedzin wiedzy. Istniała jednak poważna różnica: tu kontynuowano proces selekcji, który trwał już parę lat i miał potrwać jeszcze rok. Wybrani mieli polecieć na Marsa.
Na Antarktydzie żyli razem z górą rok. Zaznajamiali się z konstrukcją budowli i sprzętem, który wylądował już na Marsie w automatycznych ładownikach, oswajali z krajobrazem, niemal tak samo mroźnym i surowym jak ten na Czerwonej Planecie, a przede wszystkim poznawali się nawzajem. Mieszkali w sieci kesonów usytuowanych w Dolinie Wrighta, największej spośród Suchych Dolin Antarktyki. Założyli tu biosferyczną farmę, a potem zainstalowali się w kesonach na całą mroczną antarktyczną zimę, ucząc się dodatkowych zawodów, które były dla nich drugimi i trzecimi profesjami, albo brali udział w symulacjach różnych zadań, które będą musieli wykonywać na statku kosmicznym Ares lub jeszcze później na samym Marsie. Przez cały ten czas towarzyszyła im świadomość, że są obserwowani, oceniani i kwalifikowani.
Nie wszyscy byli astronautami czy kosmonautami; właściwie specjaliści od międzyplanetarnych podróży stanowili mniejszość — było ich zaledwie około tuzina, chociaż poza bazą na Antarktydzie pozostała jeszcze znacznie większa grupa osób, które domagały się głośno, by włączono je w skład ekspedycji. Większość przyszłych kolonistów specjalizowała się w dziedzinach, które miały się okazać niezbędne po wylądowaniu: w medycynie, programowaniu komputerów, robotyce, projektowaniu zamkniętych systemów i struktury biosfery, architekturze, geologii, inżynierii genetycznej, biologii, a także wszelkiego rodzaju innych specjalnościach technicznych i budowlanych. Bez wątpienia zespół, który przebywał na Antarktydzie stanowił imponującą grupę ekspertów najważniejszych działów nauki i profesji, a poza tym każdy w czasie pobytu tutaj szkolił się w dziedzinach dotąd mu obcych, tak by prócz swej podstawowej specjalności stać się również fachowcem w co najmniej dwóch innych.
Cały czas działali ze świadomością, że są oceniani, obserwowani, osądzani. Nie da się ukryć, że była to procedura stresująca, ale stres był częścią testu. Michel Duval przeczuwał, że to błąd, ponieważ przyszli koloniści zaczęli się stawać małomówni i podejrzliwi, a to uniemożliwiało stworzenie zgranej grupy, do czego komitet selekcyjny rzekomo dążył. Była to jedna z owych sprzeczności, sami kandydaci nie chcieli się wypowiadać na ten temat i nie winił ich za to. Nie było lepszej strategii, ale ta powodowała milkliwość. Nie mogli sobie pozwolić na to, by kogoś obrazić, ale i nie skarżyli się za bardzo. Nie mogli ryzykować, oddalając się od siebie, nie mogli robić sobie wrogów.
Sprzeczne wymagania. Starali się być na tyle genialni i wspaniali, aby wyróżniać się z grupy, ale wystarczająco przeciętni, by móc ze sobą współpracować. Byli wystarczająco dojrzali, żeby posiadać głęboką wiedze i doświadczenie, ale dostatecznie młodzi, by znieść fizyczne trudy czekającego ich zadania. Dość ambitni, by ze sobą konkurować, lecz na tyle spokojnego charakteru, by umieć współżyć z resztą grupy. I, rzecz jasna, na tyle szaleni, aby pragnąć na zawsze opuścić Ziemię, a jednocześnie na tyle opanowani i trzeźwo myślący, by zataić tkwiące u podstaw tego pragnienia oczywiste szaleństwo i w gruncie rzeczy bronić go jako całkowicie racjonalną motywację, wieczną i niezmierzoną pasję poznawczą człowieka i coś w tym rodzaju… Ponieważ to właśnie wydawało im się najbardziej preferowaną przez komisję motywacją, wszyscy naturalnie utrzymywali, że są najbardziej spragnionymi poznania uczonymi w historii ludzkości! Ale to jeszcze nie wszystko. Musieli bowiem być również do pewnego stopnia samotnikami, by znieść rozłąkę ze wszystkimi, których znali przez całe swoje życie, równocześnie jednak musieli być tak otwarci i towarzyscy, by bezkonfliktowo współpracować z nowymi znajomymi w Dolinie Wrighta, z każdym członkiem tej maleńkiej osady, która miała się wkrótce stać kolonią. Och, te sprzeczne wymagania można było mnożyć wręcz w nieskończoność! Krótko mówiąc, mieli być jednocześnie zupełnie zwykli i absolutnie nadzwyczajni. Kryterium to z pozoru wydawało się niemożliwe do spełnienia, a jako że stanowiło główną przeszkodę na drodze do realizacji ich życiowego marzenia, stało się dla nich źródłem nieustającego stresu, lęku, niepokoju, wściekłości. Każdy sam musiał znaleźć sposób na rozładowanie tego ciągłego napięcia psychicznego…
Читать дальше