Wzruszyłem ramionami i powróciłem do kabinki mojego janusa. Miałem trochę kłopotów zanim udało mi się wrócić na równinę. Góry były dzikie, postrzępione i pojazd z trudem utrzymywał wysokość nad skalnymi igłami, niektóre z nich wymijając dosłownie w ostatnim ułamku sekundy.
Jechałem już łagodnie opadającym ku pustyni stokiem, kiedy na widnokręgu, na przedłużeniu linii biegnącej od miejsca, w którym się znajdowałem do spoczywającego nad oceanem statku, ujrzałem na niebie coś, co w pierwszej chwili wydało mi się zorzą polarną. Ale nikt nie widział jeszcze zorzy, która występowałaby w postaci ogromnych cieni, rzucanych przez jakiś monstrualny projektor na jednolicie świecące nocne niebo. W następnej chwili firmament rozjarzył się złotym błękitem, zjawisko przybrało kształt pionowego koła, do połowy swojej tarczy wynurzającego się z oceanu. Na powierzchni tego półkola przemieszczały się jakieś ciemniejsze kształty. W pewnej chwili dostrzegłem jakby smukły, choć nienaturalnie powiększony obrys rakiety, dokładnie takiej, jaką tutaj przybyłem.
W tej samej chwili usłyszałem ostrzegawczy terkot przystawki łączności. Włączyłem nasłuch i sprawdziłem sprzężenie z aparaturą, którą pozostawiłem w miejscu lądowania. Ta jednak milczała, jakby się nic nie działo. Było to co najmniej dziwne, ponieważ rozmiary zjawiska, sięgającego niemal zenitu, wykluczały możliwość przeoczenia go przez czujniki zainstalowane na plaży.
Przyśpieszyłem. Spod kadłuba dobiegło wysokie granie pracujących pełna mocą silników. Mimo to robiłem nie więcej niż sto na godzinę. Dla janusa był to szczyt jego możliwości. Centralka łączności nie przestawała terkotać, teraz jednak wiedziałem już, że to tylko Bess pragnie zapytać, co słychać. Połączyłem się z nim i przekazałem mu krótki meldunek. Wysłuchał nie przerywając mi ani jednym słowem, po czym spytał, co robią archeolodzy. Kiedy powiedziałem, że śpią i tylko dwóm z nich zebrało się na nocną pogawędkę, mruknął, że tak właśnie powinno być i przerwał łączność.
Świetliste półkole zaczęło się obniżać, cały ogromny krąg powoli tonął w oceanie. Rysujące się na nim cienie nieruchomiały stopniowo, równocześnie malejąc. Nadal wydawało mi się, że rozpoznaję kontury statku, ale wokół niego pojawiły się jakby refleksy bardzo wolno pracującego, gigantycznego śmigła. Śmigła zbudowanego z luster, bo niebo nad brzegiem zaroiło się nagle od blednących w miarę upływu czasu refleksów. Byłem w połowie drogi od gór do statku, kiedy całe to widowisko w ułamku sekundy zgasło jak wyłączona lampa. Pozostała rozświetlona księżycem noc i gwiazdy. Mimo to nie zwalniałem tempa jazdy, a raczej polatywania mojej maszyny. Zabezpieczyłem tylko na powrót miotacze i rozsiadłem się wygodniej w fotelu. Wpisałem w komputer kierunek, w którym wystąpiło pierwsze „zagadkowe zjawisko”, z jakim zetknąłem się na Petty, i własne wnioski. Nie było ich wiele. Słyszałem terkot podajnika, przesuwającego taśmę długo potem, kiedy już skończyłem. Znaczyło to, że komputer osadzonego nad brzegiem statku zażądał od mojej aparatury informatycznej dodatkowych wyjaśnień. Czyli że wiadomości, przekazane mu z kabiny janusa, były dla niego nowością. A więc to nie łączność zawiodła. Po prostu czujniki, pozostawione na miejscu lądowania, rzeczywiście niczego nie wychwyciły. Dziwne. Co najmniej dziwne. Przecież zjawiska optyczne są taką samą informacją jak dźwięki, słowa czy każdy w ogóle ruch. Najwidoczniej zjawisko, jakiego byłem świadkiem, pozwalało się obserwować z pustyni pomiędzy górami a oceanem, natomiast dla kogoś stojącego na wybrzeżu pozostawało niedostrzegalne. Czy tak właśnie miało być, czy też chodziło tylko o przypadkową grę promieni owego światła, płynącego z niewiadomego źródła? Od odpowiedzi na to pytanie zależało z pewnością niemało. Ale na razie na jakiekolwiek odpowiedzi było za wcześnie.
Dalsza droga do samego statku przebiegła mi już bez żadnych emocji. Na miejscu sprawdziłem na wszelki wypadek bębny pamięciowe automatów strażniczych i, oczywiście, czuwających na wydmach aparatów wychwytujących. Żaden z nich nie zanotował niczego szczególnego. Ponownie zająłem się komputerem statku i spędziłem przy jego pulpicie dwie godziny, pozostałe do wschodu słońca. Następnie machnąłem ręką na naukowców, myśląc sobie, że jeszcze jeden dzień wytrzymają bez mojej „opieki”, i zasnąłem.
Obudził mnie alarmowy sygnał komputera. Zerwałem się i dopadłem ekranów. Na dworze panowały ciemności. Wrzuciłem klawisz przystawki rejestrującej, cofając zapis, a równocześnie gorączkowo wbijałem się w roboczy skafander. Zapiąłem go, błyskawicznie sprawdziłem wskaźniki mocy i przygotowałem miotacze.
Teraz dopiero zaalarmowałem Bessa, równocześnie kontrolując automaty strażnicze i puszczając w ruch bęben pamięciowy, żeby zapoznać się z wydarzeniami. W tym samym ułamku sekundy okna statku i ekrany przeszył upiorny błysk. Natychmiast zawtórował mu grzmot, od którego w ściankach rakiety obudził się wysoki, śpiewny rezonans. Kiedy odzyskałem zdolność widzenia, moją pierwszą myślą było, że w polu siłowym, chroniącym zaimprowizowaną bazę, musiała powstać jakaś luka. Sprawdziłem to natychmiast, ale wszystkie wskaźniki stały spokojnie na pozycjach roboczych. Brzęczek alarmu ucichł. Oślepił mnie nowy błysk, po którym statkiem wstrząsnął kolejny łoskot, jakby waliły się góry. I jeszcze jeden błysk. Odruchowo nasunąłem na ekrany osłony przeciwsłoneczne i wtedy dopiero zrozumiałem, że to po prostu burza.
Jak okiem sięgnąć, niebo stało w ogniu. Pioruny i błyskawice zlewały się z sobą, rozświetlając firmament ciągle nowymi wybuchami, których ogniska zdawały się być rozrzucone nad całą półkulą globu. Nie była to z pewnością poczciwa, lokalna burza, jaką człowiek na Ziemi przyjmował z westchnieniem ulgi.
Sygnał alarmu uderzył jeszcze raz z głośników, drżał w powietrzu kilkanaście sekund i umilkł. Co, u licha? Przecież automatów strażniczych nie mogła zaniepokoić burza, niechby nie wiem jak rozległa…
Usłyszałem szum, który przebił się nawet przez ściany statku, a następnie wysoki gwizd, podobny do odgłosu startującej małej rakiety. Zaraz potem gwizd opadł, przechodząc w ponure, basowe wycie. Równocześnie strzałki poboru mocy przesunęły się w okienkach wskaźników. Sytuacja zaczynała być poważna. Ktoś lub coś usiłowało przedrzeć się przez otaczające statek pole…
Pomyślałem o oceanie, wzburzonym szalejącą burzą, i sprawdziłem łączność z aparatami, ukrytymi w stoku wydmy. Były dostatecznie wysoko, by pozostawać poza zasięgiem fal… ale fal, których zwyczaje mogłem przewidzieć. Nie spodziewałem się takiej burzy…
Aparaty były jednak w porządku. W ułamkach sekund pomiędzy wyładowaniami usiłowałem wypatrzeć coś przez obiektywy kamer, na ekranach; wreszcie gołym okiem. Na próżno. Reflektorów mimo wszystko wolałem nie zapalać. Jak długo się da, nie zaprzepaszczę trudu, który włożono, by zamaskować moją zaimprowizowaną rezydencję.
I nagle nastała cisza. Jeden jedyny krzaczasty rozbłysk rozmył na mgnienie aparaturę przed moimi oczami, po czym ciemność zaczęła powoli ustępować. Niebo i okolica z czarnych stały się granatowe, następnie szare, wreszcie ujrzałem zarysy wydm, wzburzony ocean, moje własne automaty, brzegi płytkiego wąwozu, w którym stałem. Wtedy dopiero rzuciłem okiem na zegarek i zrozumiałem że nie przespałem, jak poprzednio, całego dnia. Dochodziła zaledwie piąta po południu. To tylko burza sprowadziła na ten obcy świat przedwczesny wieczór.
Читать дальше