Przytulił ją. I choć czuł ciepło Vicki, tak naprawdę niewiele to pomogło. Właściwie prawie wcale.
— Jack — odezwała się z ekranu ściągnięta ponurą powagą twarz Cazie — powiedz mi, co według ciebie wiadomo wam na temat Mirandy Sharifi i Selene.
Powtórzył to wszystko raz jeszcze dla Cazie, w samym środku nocy. Potem powtórzył to wszystko jeszcze raz dla Aleksa Castnera, także w środku nocy. Późnym rankiem następnego dnia powtórzył to jeszcze dla CIA i FBI — późnym, bo jak się okazało, ci z Kelvin-Castner wezwali federalnych, dopiero kiedy sami odbyli walne zebranie zarządu. Jackson był im za to wdzięczny, ponieważ mógł dłużej pospać. Dla FBI i CIA musiał powtarzać to wszystko jeszcze wiele razy.
Potem wypchnął całe to śledztwo ze świadomości. Spędzał całe dnie nad danymi, których Kelvin-Castner teraz mu nie szczędziło. Sam nie chodził do laboratoriów — w końcu nie miał odpowiedniego przygotowania. Ograniczył się do analizowania modeli medycznych, które nie prowadziły do niczego konkretnego. Być może da się znaleźć lekarstwo odwracające skutki działania neurofarmaceutyku. Ale nie wiadomo jak i gdzie.
Ani kiedy.
Przez cały czas nie opuszczał go zimny gniew. Nie brał się wcale stąd, że stworzenie antidotum wydawało się sprawą beznadziejną. Nie było zresztą sprawą aż tak beznadziejną. Nie brał się też stąd, że ktoś stworzył tak niebezpieczny i szkodliwy neurofarmaceutyk o nikomu nie znanej naturze. Przez cztery tysiące lat różni ludzie tworzyli najróżniejsze trucizny o nieznanej naturze, żeby za ich pomocą zawładnąć innymi. Nie był to także gniew z powodu tego, że Kelvin-Castner przedkłada własne zyski nad dobro publiczne. Tak właśnie działają korporacje.
Dwudziestego pierwszego dnia, kiedy Jackson opuszczał na krótko K-C, żeby zobaczyć się z Theresą, tuż przy wyjściu ze strefy biochronionej zatrzymał go nieoczekiwanie Thurmond Rogers. Osobiście, nie w postaci holo.
— Jackson.
— Nie sądzę, żebyśmy mieli sobie coś do powiedzenia, Rogers. Czy może robisz za posłańca u Cazie?
— Nie — odpowiedział Rogers, a słysząc jego ton, Jackson przyjrzał mu się uważniej. Skóra Rogersa, genomodyfikowana w odcień lekkiej opalenizny, który miał kontrastować z jego złocistymi lokami, była teraz ziemista i upstrzona plamami. Źrenice turkusowych oczu były wyraźnie powiększone mimo sztucznego blasku słońca w korytarzu.
— O co chodzi? — zapytał Jackson, ale przecież już wiedział.
— Już zaczęło się rozprzestrzeniać.
— Gdzie?
— W enklawie Północnego Wybrzeża w Chicago.
A więc nawet nie między Amatorami. Ktoś musiał wyjść poza enklawę — albo może ktoś się przedostał do środka — i pozarażał ich przez krew, nasienie, mocz albo mleko matki. W każdym razie nie drogą powietrzną.
— Zachowanie ofiar? — spytał krótko.
— Te same ostre zahamowania. Paniczny niepokój w obliczu nowych zachowań.
— Modele medyczne?
— Wszystkie pasują do znanych nam objawów. Płyn rdzeniowo-kręgowy, skanowanie mózgu, puls, działalność jąder migdałowatych, poziom hormonów we krwi…
— W porządku — odparł bezsensownie Jackson, bo przecież nic tu nie było w porządku. Ale on nagle zdał sobie sprawę, dlaczego jest taki wściekły.
— To wciąż to samo, wciąż i wciąż od nowa — tłumaczył Vicki. Siedzieli obok siebie w jego helikopterze, wylatywali właśnie z Bostonu. Tego miesiąca Ogrody Publiczne pod nimi rozkwitały na żółto: żonkile i narcyzy, róże i bratki w starannie genomodyfikowanym chaosie. W późnopopołudniowym słońcu kopuła State House połyskiwała złotem, a za nią widać było sinozielony, zadumany ocean. Po miesiącu spędzonym przed terminalem, Jackson czuł się dziwnie, trzymając palce na konsolecie pojazdu. Nastawił automat i wyciągnął się w fotelu. Był zmęczony.
— Co jest wciąż takie samo? — zapytała Vicki.
— Ludzie. Ciągle od nowa podejmują takie same działania, nawet kiedy nie przynoszą one żadnych rezultatów.
— A o których konkretnie ludziach tutaj mówimy? — Vicki położyła dłoń na udzie Jacksona. Nakrył ją swoją dłonią, a przez głowę przebiegło natychmiast: Gdzie tu mogą być kamery? Dwadzieścia jeden dni musieli się powstrzymywać, świadomi, że są wciąż podglądani i podsłuchiwani… Tylko że w jego helikopterze nie może być kamer. Czyżby? Siedział przecież całe trzy tygodnie pod kopułą Kelvin-Castner. Jasne, że są w nim kamery. A zresztą jest zbyt zmęczony na seks.
— O wszystkich ludziach — odparł. — O każdym. Po prostu ciągle robimy to, co robiliśmy zawsze, nawet kiedy nam nie wychodzi. Jennifer Sharifi wciąż próbowała opanować wszystko, co mogłoby zagrozić Azylowi. Miranda Sharifi nieodmiennie ufała, że coraz lepsza technika podniesie z kolan nas, ciemnych żebraków, którzy muszą spać. Kelvin-Castner wciąż tylko węszy za zyskiem, bez względu na to, dokąd ich to zaprowadzi. Lizzie zaczyna szperać, kiedy tylko zobaczy przed sobą jakiś system. Cazie… — urwał.
— …daje występ, kiedy tylko trafi na jakąś publiczność, która zaspokoi jej głód aplauzu — dokończyła uszczypliwie. — A ty, Jackson? Co ty robisz wciąż i wciąż od nowa?
Milczał.
— Nie pomyślałeś, żeby własną teorię zastosować do siebie? W takim razie ja ci ją zastosuję. Jackson wciąż będzie zakładał, że modele medyczne mogą wszystko w ludziach wyjaśnić. Określ procesy biochemiczne, a doskonale poznasz każdego.
Zerknął na nią z ukosa. Miała przymknięte powieki; nagle zrobiło mu się przykro, że nie widzi jej oczu. Wyjęła swoje ciepłe palce spod jego dłoni.
— Mówisz jak Theresa — odezwał się w końcu.
— Theresa — powtórzyła Vicki, nie otwierając oczu — właśnie się uczy robić coś zupełnie nowego. Bardzo odmiennego.
— To i tak jest kontrolowanie biochemii mózgu oparte na biologicznym sprzężeniu zwrotnym, które…
— Jesteś głupi, Jacksonie — oznajmiła Vicki. — Sama nie wiem, jak mogę być tak strasznie zakochana w facecie, który jest takim głupcem. Przyjrzyj się dobrze Theresie w chwili, kiedy dowie się, że neurofarmaceutyk może się rozprzestrzeniać. Tylko się jej przyjrzyj. A tymczasem… Pojazd, proszę się zatrzymać na najbliższej polance po lewej.
Kwiaty na polance nie były genomodyfikowane. Szorstka trawa pachniała dziką miętą. Powietrze było trochę za chłodne, przynajmniej jak dla nagich ciał. Ale Jackson przekonał się, że wcale nie jest tak bardzo zmęczony, jak mu się wydawało.
Potem Vicki mocno do niego przylgnęła, a jej długie, smukłe ciało znaczyły odciśnięte trawy i chwasty. Pachniała zgniecioną miętą. Pogłaskał gęsią skórkę na jej ciele. Poczuł, jak przyciśnięte do jego ramion usta wyginają się w uśmiechu.
— Tylko i wyłącznie biochemia, co, Jackson?
Roześmiał się; było mu za dobrze, żeby się złościć.
— Nigdy się nie poddajesz, co?
— Inaczej bym cię nie pociągała. Tylko i wyłącznie biochemia? Otoczył ją ramionami. Trzeba wracać do helikoptera, tu, na tym szorstkim polu było za twardo. Znajdowali się też na widoku.
A także narażali się na ukąszenia owadów. Co więcej, musiał się zobaczyć z Theresą, wrócić do Kelvin-Castner, wszcząć prawną batalię o to, by K-C podzieliło się swoimi danymi z CDC, skoro neurofarmaceutyk przestał być aktem terroryzmu, a stał się ogólnonarodowym kryzysem zdrowotnym…
W głosie Vicki zadźwięczał teraz zupełnie nieoczekiwany brak pewności — ta zaskakująca u niej cecha, która wypływała w zupełnie niespodziewanych okolicznościach:
Читать дальше