— Żadne dane stanowiące własność Kelvin-Castner nie mogą zostać wyniesione poza obręb budynku. Pani Francy analizowała systemy K-C, a więc…
— Dwoje z tych siedmiorga ludzi to wynajęci agenci ochrony wyspecjalizowani w polach Y. Mają stosowny sprzęt, żeby zamknąć system Lizzie w taki sposób, aby nie mógł zostać otwarty bez odbitki siatkówkowej jej, Jacksona i dwóch przedstawicieli K-C, obecnych przy zapieczętowywaniu. Jednym z nich możesz przecież być ty sam, Thurmond.
— Nawet jeśli tak jest, nie możesz…
— W ekipie w półciężarówce obecny jest też prawnik. Ma nakaz sądowy pozwalający na bezpieczne zabranie stąd wszelkich danych, które mogą mieć znaczenie w sprawie kontraktu doktora Aranowa z Kelvin-Castner.
— Ale to należy do kontraktu tylko wtedy…
— Wśród osób w półciężarówce znajduje się też mikrobiolog. Jest przygotowana do przejrzenia danych Lizzie przed ich zapieczętowaniem i jako ekspert sądowy będzie mogła orzec, czy rzeczywiście mają one znaczenie dla kontraktu doktora Aranowa. Chyba że, rzecz jasna, nie życzycie sobie, aby przejrzała te dane.
Thurmond Rogers tylko wpatrzył się w nią z nienawiścią.
— Idź już, Lizzie — mówiła Vicki. — To nie będzie długi spacer i nikt nie będzie cię zatrzymywał. Wewnątrz kołnierza twojego kombinezonu jest sygnalizator; ludzie w półciężarówce będą dokładnie śledzić twoje ruchy, kiedy wyjdziesz poza zasięg monitorów K-C. Doktor Rogers powie, żeby drzwi otworzyły się przed tobą, a potem wpuści cię do środka. Razem ze świadkiem z półciężarówki. Idź już, skarbie.
Lizzie, nadal z tym samym blaskiem w oczach, zebrała swój terminal i brzydki fioletowy plecak. Przycisnęła terminal mocno do piersi i wyszła poza zasięg monitora. Vicki wciągnęła głęboko powietrze i nie wypuściła go, dopóki na ekranie nie ukazała się obca męska twarz. Mimo środka nocy, mężczyzna prezentował się nadzwyczaj świeżo, był należycie uczesany i idealnie spokojny.
— Elizabeth Francy jest już z nami, pani Covington. Razem z systemem. Zapieczętowywanie systemu rozpocznie się natychmiast, kiedy tylko Kelvin-Castner przyśle tu swoją ekipę. Chyba że wolą, aby to doktor Seddley przeanalizowała dane.
— Rogers? — rzuciła pytająco Vicki.
Thurmond Rogers jeszcze nie ochłonął z nienawiści. Ale zdołał się opanować.
— Na razie żadnych analiz. Zaraz będę przy wschodnim wyjściu przeciwpożarowym, w towarzystwie pracowników ochrony Kelvin-Castner.
— Ależ oczywiście — odparła zadbana męska twarz, a Jackson ni z tego, ni z owego przypomniał sobie tamten anonimowy system, który włączył dla niego wiadomości. — Pani Francy, w towarzystwie agenta Addisona, wraca teraz do budynku. — Obie połówki ekranu pociemniały.
Jackson popatrzył teraz na Vicki. Stała boso, z włosami potarganymi od snu. Lewy policzek przykrywały pasemka włosów. Sprawiała wrażenie młodej i bezbronnej.
— Kto to jest agent Addison? A pozostali trzej ludzie w półciężarówce?
— Ochroniarze.
— Ale skąd wiedziałaś, jak…
— Tym właśnie się zajmuję — odparła Vicki. — A raczej kiedyś się zajmowałam. Choć oczywiście nie ja za to wszystko zapłaciłam, tylko ty.
— Jak…
— Lizzie już dawno wyszperała wszystkie numery twoich kont osobistych. Ale to bardzo etyczne stworzonko, na swój sposób. Mogłabym przysiąc, że nigdy z nich nie skorzystała. — Vicki uśmiechnęła się. — Czego natomiast nie mogłabym powiedzieć o sobie.
Jackson położył rękę na ramieniu Vicki. Nie twardo, ale i nie pieszczotliwie.
— Co wyszperała Lizzie?
— Nie będę wiedziała, dopóki sama nam nie powie albo dopóki nie odpieczętują terminalu. Ale bardziej interesuje mnie, dlaczego tak się upierała, żeby przejść w strefę bioochrony i rozmawiać z nami osobiście.
— Czy ten agent… czy ochroniarz… czy czym tam jest… przejdzie z nią przez Dekon?
— Nierozerwalnie jak atom w cząsteczce — rzuciła w powietrze Vicki. — A agent ma przy sobie podskórne nadajniki o ciągłej emisji. Pomiędzy licznymi innymi usprawnieniami.
— W takim razie poczekajmy — orzekł Jackson — aż Lizzie przejdzie przez Dekon.
— Poczekajmy — zgodziła się Vicki. — System, każ robotowi obsługi podać nam kawę.
— Oczywiście. A jeśli Kelvin-Castner może coś jeszcze dla państwa zrobić, proszę wezwać nas bez wahania.
Vicki tylko się uśmiechnęła.
Przejście przez sekcję Dekon zajęło Lizzie i agentowi Addisonowi pełną godzinę. Jackson wypił dwie filiżanki kawy i obserwował, jak Vicki szykuje się do rzucenia kolejnego granatu. Do tej pory zdążył się już nauczyć rozpoznawać odpowiednie sygnały. Sączyła swoją kawę powoli, z namysłem, i wpatrywała się w wiadomości.
— A co dokładnie chcesz usłyszeć? — zapytał w końcu.
— Coś na temat Brookhaven. — Vicki mówiła naturalnym głosem, a to znaczyło, że nie obchodzi ją, czy są podsłuchiwani. Zmieniła pozycję na kanapie, podwijając nogi pod siebie.
— Państwowe Laboratoria Brookhaven? A co konkretnie?
— Bo ja wiem… Ale program Lizzie wykrył jakąś anomalię. Ten program przegląda transmisje z wybranych agencji rządowych, żeby wyselekcjonować zaznaczone różnice w objętości, częstotliwości, stopniu ważności albo kodowaniu. Informacje przesyłane z Brookhaven do prawie wszystkich innych wykazywały pewną anomalię. — Vicki wyciągnęła nogi spod siebie i skrzyżowała je.
— Anomalię? Jakieś istotne zmiany? — zapytał Jackson.
— Raczej istotny brak zmian. Ta sama objętość, częstotliwość, stopień ważności i szyfrowanie — codziennie.
— Chcesz powiedzieć…
— Że przez pole enklawy przeniknął nasz neurofarmaceutyk. A nie jest to jakaś tam sobie enklawa — to rządowe laboratorium, które miało mieć doskonałe zabezpieczenia biologiczne. — Vicki znów zmieniła pozycję. — Ale oczywiście Kelvin-Castner już o tym wie, jestem tego pewna. Cholera jasna, jakoś nie mogę wygodnie się ułożyć.
Wstała z kanapy, przeciągnęła się, ziewnęła i posłała Jacksonowi uśmiech. Przynajmniej raz wiedział, co ma teraz robić.
— Chodź tu, ze mną ci będzie wygodniej — powiedział. Przeszła przez cały pokój i usiadła mu na kolanach. Z ekranu bardzo głośno brzęczały wiadomości — jak sobie nagle uświadomił Jackson, nieco głośniej niż normalnie. Wargi Vicki pieściły mu ucho. Rzuciła miękkim szeptem:
— Chciałam ci coś pokazać.
I zaczęła rozpinać bluzkę.
W piersi Jacksona zatańczyły hormony. Ale zaraz dostrzegł, że na jej piersi widnieją jakieś rysunki.
— Tutaj chyba mniej nas śledzą niż w twoim pokoju — mruknęła. — Ale mimo wszystko przesuń się trochę w lewo. Jeszcze trochę. No, już.
Ich ciała wraz z wysokim oparciem krzesła utworzyły ścisły trójkąt. Vicki pochyliła głowę i włosami odcięła widok z sufitu. Rozpięła jeszcze kilka guzików.
Miała gładkie, blade piersi. Mniejsze niż piersi Cazie, ale twardsze, wysoko sklepione. Na górnej połowie każdej z nich widniał jakiś rysunek, wykonany specjalnym atramentem, takim, jakiego używa się do trwałego podpisywania i datowania wydruków raportów laboratoryjnych. Takich długopisów pełno było w całym Kelvin-Castner. Vicki musiała sama się porysować już po wyjściu z sekcji Dekon. Jackson przypatrywał się uważnie tym rysunkom, ale światła docierało tam tak niewiele, że ledwie zdołał je rozszyfrować. Do tego zapach Vicki, słodki aromat jej skóry i oddechu zupełnie zaciemniły mu myśli.
Aż wreszcie zorientował się, na co patrzy.
Читать дальше