Wystarczająco, by nadal być Theresą.
Nawet kiedy jej ciało zostanie Odmienione. Jest czymś więcej niż tylko ciałem. Ale czy nie jest tego świadoma od zawsze? Czy nie o to tak gorączkowo wykłócała się z Jacksonem?
— Tess? Uśmiechasz się jak… Boże mój, skarbie, twoje czoło dosłownie płonie… sama nie wiem, co mam robić!
— Zaszczep mnie — powiedziała jej Theresa i w tej samej chwili igła zanurzyła się w jej skórze, a Theresa pomyślała wśród oślepiającego wiru gorączki, że Vicki jednak różni się czymś od Cazie — Cazie nigdy by się nie przyznała, że nie wie, co robić.
Zawartość wąskiej czarnej strzykawki przelała się w jej ramię.
KIEDY VICKI SKOŃCZYŁA, JACKSON PRZEZ DŁUGI CZAS leżał w milczeniu. Jej ciało, leżące tuż obok na wąskim łóżku dla gości Kelvin-Castner, już go nie rozpraszało, ale z pewnością nie czuł się też senny.
Wierzył jej. Mimo że niektóre z wydarzeń, o których naszeptała mu przed chwilą do ucha, wydały mu się wręcz niewiarygodne. Theresa — jego Theresa — wyciągająca z więzienia Lizzie Francy? Udająca się samopas do obozu Amatorów, żeby dać im robopielęgniarkę? Z własnej woli Odmieniona?
A mimo wszystko wierzył Vicki. Ale z drugiej strony zawsze wierzył też Cazie, aż do chwili kiedy przybył tu, do Kelvin-Castner…
— Mam ci coś do pokazania — dodała Vicki, nieco sennym głosem. — Coś w rodzaju dowodu. Ale to może poczekać do rana. Jestem wyjątkowo śpiąca. Wykończyły mnie Lizzie i Theresa, te dzieci nowej ery…
— Te co? — zdziwił się Jackson bardziej szorstko, niż zamierzał, bo czuł się zupełnie zdezorientowany. Theresa, zaszczepiona z własnej woli… Theresa Odmieniona. Czy nadal będzie jej potrzebny?
— Dzieci nowej ery… — powtórzyła Vicki niemal bełkotliwie. — Samozwańcze… — I już spała.
Jackson wysunął się spod jej bezwładnego ciała i wstał z łóżka. Sen był teraz wykluczony. W pokoiku — najwyżej trzy na trzy — spacerować się nie dało. A kiedy będzie korzystał z komputera, obudzi Vicki. Wolał, żeby spała. Inaczej tylko dołoży mu kilka kolejnych emocjonalnych prawych sierpowych — bo to właśnie zrobiła — a dzisiaj zgarnął ich już o wiele za dużo.
Ile człowiek może znieść ciosów, od których kolebie mu się mózg? I czemu do cholery to właśnie on ma je znosić?
Jackson bezszelestnie otworzył drzwi sypialni, zamknął je za sobą, po czym ruszył na bosaka i w pożyczonej piżamie wzdłuż nieznajomie wyglądającego korytarza, takiego, jaki spotyka się w różnych instytucjach. Przy końcu natrafił na mały, pusty pokój. Jasne, że pusty — w końcu to sam środek nocy. W pomieszczeniu stała kanapa, kilka krzeseł, stół, robot obsługi — wszystko wyglądało tak samo jak korytarz — oraz płaskoekranowy terminal.
— Włączyć system — zarządził Jackson.
— Słucham, w czym mogę pomóc? — odpowiedział jakiś anonimowy program, przeznaczony dla znudzonych technicznych lub cierpiących na bezsenność gości. Niewątpliwie z ograniczonym dostępem. Ale wystarczy.
— Sieć informacyjna, proszę. Kanał trzydziesty piąty.
— Oczywiście. A jeśli Kelvin-Castner może coś jeszcze dla pana zrobić, proszę wezwać nas bez wahania.
— …we wschodnim Kansas. Tornado musnęło obrzeża enklawy Wichita, która natychmiast uruchomiła pole o najwyższych parametrach ochronnych. W Waszyngtonie Kongres debatował dzisiaj nad kontrowersyjnym pakietem ustaw regulujących ruch powietrzny; debatę w Senacie zaplanowano na jutro rano. W Paryżu enklawa Sorbony obejrzała dziś premierę nowego koncertu Claude’a Guillame’a Arnaulta, „Le Moindre”. Czcigodny, lecz skłonny do irytacji, cieszący się powszechnym uznaniem kompozytor nie…
— Komunikacja wewnętrzna — rzucił Jackson. W sieciach nie było żadnych świeżych informacji na temat zniszczenia Azylu. A lękowy neurofarmaceutyk nie dostał się jak dotąd na czołówki serwisów — był tylko jednostkowym zjawiskiem, lokalną ciekawostką.
Głupcy. Ci w enklawach to kompletni głupcy.
— Słucham, w czym mogę pomóc? — zapytał program. — Z którym działem wewnętrznym chciałby się pan połączyć?
— Nie z działem, lecz z osobą. Lizzie Francy. Korzysta gościnnie z komputera gdzieś tu w budynku. W części nie separowanej.
— Oczywiście. A jeśli Kelvin-Castner może coś jeszcze dla pana zrobić, proszę wezwać nas bez wahania.
Na ekranie pojawiła się twarz Lizzie. Jej czarne kręcone włosy sterczały teraz we wszystkich możliwych kierunkach jak włochate wektory. Czarne oczy błyszczały z podniecenia, mimo że pod nimi pojawiły się głębokie cienie.
— Właśnie próbowałam się połączyć z twoim pokojem.
— Nie ma mnie tam — palnął bezmyślnie Jackson. — Jest tylko Vicki. Wróciła z mojego i Theresy…
— Wiem — przerwała mu pospiesznie. Podniosła ręce do włosów i pociągnęła za nie, tworząc kolejne wektory. — Obudziłam ją. Jackson, muszę do was przyjść. Muszę się z wami widzieć, osobiście. Zaraz.
— Lizzie, tu jest bioochrona. Jeśli wejdziesz, nie będziesz mogła wyjść przez…
— Wiem, wiem! Ale ja muszę tam wejść, no muszę! Zaraz!
Jackson przyjrzał się uważnie jej oczom. To nie podniecenie w nich błyszczy, lecz strach. A w mowie coraz bardziej słychać było ton Amatorki.
— Lizzie, co…
— Jak na razie nic. Ja tam nie umiem przeszperać tego systemu. Jest za trudny. Ale nie chcę tu być całkiem sama. Chcę do Vicki. Chcę tam do was wejść!
Lizzie, jak zauważył Jackson, z całej siły starała się wyglądać żałośnie. Nastolatka sama w obcym miejscu, w środku nocy, która chce do swojej zastępczej matki. Tylko że to jest Lizzie Francy, która sama wędrowała na piechotę do Nowego Jorku, włamała się do na pozór nieprzenikalnej enklawy i przeszperała więcej wołowskich korporacji, niż pewnie Jackson potrafiłby wymienić. Ten żałosny wygląd jest udawany.
Ale ukrywany pod nim strach — nie.
— Dirk… — zaczął.
— Wiem, że jak tam wejdę, muszę przejść kilkutygodniową kwarantannę. Ale chcę do Vicki! I nie umiem przeszperać tego pieprzonego systemu! — Ciemne oczy napełniły się łzami.
— W porządku — odparł kompletnie oszołomiony Jackson. — Powiem, żeby holo zaprowadziło cię do sekcji Dekon. Thurmond Rogers podał mi kod. Cały ten proces zajmuje jakąś godzinę. Ale nie możesz zabrać tam swojego terminalu, Lizzie.
— Ale tu mam swój pamiętnik! I pierwsze zdjęcia Dirka! — Wybuchnęła płaczem.
— Lizzie, kochana…
— Chcę do Vicki!
Niespodziewanie to samo poczuł Jackson. Vicki może będzie wiedziała, jak sobie radzić z tym niespodziewanym wybuchem histerii. Lizzie, akurat Lizzie, cała we łzach i spazmach za matką… A przecież Vicki nawet nie jest jej matką. No, on jakoś nie mógł uwierzyć w to, że Lizzie nie potrafi przeszperać systemu Kelvin-Castner.
— No dobrze, wchodź, Lizzie — odezwał się koło niego głos Vicki. — Zostaw swój terminal. Czy te informacje, o które tak się boisz, nie mają kopii w systemie Jacksona?
— Nie! Jakbym spróbowała, ktoś mógłby je świsnąć!
— No to zanieś swój osobisty system — już go rozłączyłaś z systemem K-C, prawda? Oczywiście, że tak — wynieś go przed budynek. Przez drzwi, które masz za sobą, potem skręć w lewo na końcu korytarza, a potem dalej aż do wyjścia przeciwpożarowego. Tam znajdziesz siedmioro ludzi w półciężarówce. Daj im swój system, a oni ci go popilnują, kiedy będziesz szła do mnie.
Jackson aż zamrugał ze zdziwienia. Półciężarówka? Ekran natychmiast się podzielił, a z tej drugiej połówki przemówił do nich Thurmond Rogers:
Читать дальше