Ciało Theresy płonęło. Tamte kształty musiały ją podpalić. Bolała ją głowa.
— Nie… nie czuję się… zbyt dobrze.
Vicki, która stała przy łóżku, trzymając dłoń na ramieniu Theresy, nagle znieruchomiała. Theresa odwróciła głowę i zwymiotowała na poduszkę.
Vicki poczekała, aż Theresa skończy.
— No, Tessie, ześliźnij się z drugiej strony… Nie, nie przewrócisz się, ja cię trzymam, idziemy do łazienki… No, już. Thereso, posłuchaj, to bardzo ważne. Gdzie jest robopielęgniarka?
— Ja… ja ją zostawiłam. — Dała sobie wytrzeć twarz chłodną szmatką — taką chłodną. Theresa cała płonie, tamte kształty o ostrych zębach podpaliły jej ręce i nogi i teraz tańczą po nich suche, gorące płomienie.
— Zostawiłaś? Gdzie? Gdzie, Tess?!
— W… obozie.
— W obozie? Amatorów? Dałaś robopielęgniarkę jakiemuś amatorskiemu obozowi?
— Byłam… żebraczką. — Poczuła narastającą falę mdłości i znów zwymiotowała.
— A w tamtym obozie, Thereso, czy tam był jakiś Amator, który nie został Odmieniony? Czy dotykałaś kogoś, kto był chory?
— Tamto dziecko. Jego nos…
— Co z jego nosem? Co mu było?
Ale nie mogła odpowiedzieć. Pokój dookoła podskoczył i zawirował, a ona znów zwymiotowała, cienką, czarną żółcią zmieszaną ze śluzowatymi włóknami.
A potem znalazła się z powrotem w łóżku, ale przynajmniej pościel była czysta. Vicki trzymała przy jej ustach miskę za każdym razem, gdy żołądkiem szarpały suche skurcze. Theresa czuła w głowie bolesny łomot, tak silny, że widziała wszystko tylko w przebłyskach, ale i one przeszywały jej oczy rozpalonymi włóczniami. Widziała, że w pokoju panuje bałagan. Dziury w ścianach, poprzewracane meble… Czy to Vicki zrobiła to wszystko? Po co Vicki to zrobiła?
— Gdzie to jest, Tess? Pomyśl, kochanie. To bardzo ważne. Gdzie to jest?
— Co? — zapytała Theresa, bo na twarzy Vicki malowało się wielkie napięcie i pośpiech. Jak na twarzy Cazie. Nikt nie potrafi oprzeć się Cazie. Nawet Jackson. Tylko że Theresa już nie może być Cazie, bo jest za słaba, wszystko ją boli i jest jej tak strasznie gorąco…
— Gdzie jest ten sejf, Tess? Prywatny sejf twojego ojca. Wiem, że miał swój sejf, bo słyszałam, jak mówił o tym Jackson. No, Tessie, nie uciekaj mi, powiedz. Gdzie jest ten sejf?
Bezpieczny sejf. Ona też chciała być bezpieczna. Przez całe życie chciała być bezpieczna, a nigdy nie była… „Weź neurofarmaceutyk, Tess”. Ale dzięki temu nie będzie bezpieczna, wie o tym od zawsze, potrzeba jej czegoś więcej, czegoś znacznie większego…
— Gdzie jest prywatny sejf twojego ojca?
— Chyba… w głównej łazience… w ścianie za toaletą… — Vicki gdzieś pobiegła. Dopiero wtedy Tess zdała sobie sprawę, że ten porozwalany pokój to nie jej sypialnia, tylko Jacksona, że leży w łóżku Jacksona, nie własnym.
Z łazienki dobiegł okropny huk. Natychmiast odezwał się Jones:
— Pani Aranow, mamy problem z rurami kanalizacyjnymi w głównej łazience. Czy życzy pani sobie, żebym wezwał robota konserwacyjnego?
— Tak… Nie…
Jeszcze kilka uderzeń. Waliło coś ciężkiego — bardzo mocno. Theresa skuliła się trwożnie na łóżku Jacksona. Znów weszła Vicki, kompletnie przemoczona.
— Dobra, to staromodny zamek mechaniczny. Zupełnie nie do wykrycia za pomocą elektroniki. Otwiera się na numery. Jaki to kod, Thereso? Trzy cyfry… Thereso! Nie zostawiaj mnie!
— Nie wiem… zadzwoń do Jacksona…
— Nie mogę się dodzwonić. Kelvin-Castner odciął go elektronicznie, a on sam pewnie nawet o tym nie wie. Nie mogę się dostać do Lizzie, nie znam się aż tak na systemach… chwileczkę. Systemy.
— Ja… czy ja… umrę?
— Nie, jeśli tylko będę w stanie temu przeszkodzić — zapewniła ją ponuro Vicki. — I jeśli twój brat jest tak sentymentalnym naiwniakiem, za jakiego go uważam. Jones, informacje kalendarzowe!
Theresa skrzywiła się. Vicki mówiła teraz dokładnie takim samym tonem jak Cazie. Ale jak to możliwe, przecież to Theresa jest Cazie…
— O które daty pani chodzi, pani Turner? — zapytał Jones. Vicki pobiegła do łazienki, wykrzykując po drodze do Jonesa:
— Urodziny Jacksona. Urodziny Theresy…
Theresa umiera. Ale przecież nie może umrzeć, ma śpiewać nieszpory z siostrą Annę. Nieszpory, godzinki i… co tam dalej szło? Coś jeszcze. A tamto nie Odmienione dziecko z usmarkanym nosem będzie śpiewało razem z nią. Przecież mu to obiecała…
— Data ukończenia szkoły przez Jacksona! — wrzeszczała w łazience Vicki.
Jeśli Theresa umrze, ten mały chłopczyk z zasmarkanym nosem także umrze.
„Nie możesz, Jacksonie — kłóciła się z jego obrazem przy łóżku — nie możesz mnie powstrzymać. Muszę im pokazać, jak… Czy ty nie widzisz, że to dar? To zawsze był mój jedyny dar. Potrzeba. Ty mnie potrzebowałeś, żeby się mną zajmować”.
Koło niej stała teraz Vicki, trzymając coś w ręku. Już przestała wrzeszczeć. Właściwie to Theresa ledwie ją teraz słyszy. Głos Vicki dociera do niej gdzieś z bardzo daleka, ale dalej brzmi zupełnie jak głos Cazie.
— Ten kod to była jego data ślubu, niech go diabli za to bezsensowne przywiązanie. Data jego ślubu z tym narcystycznym sukubem. Thereso, posłuchaj mnie…
To coś w ręku Vicki to była strzykawka Przemiany.
— Posłuchaj, Tess. Jackson powiedział mi, że odłożył to w sejfie dla ciebie. Na wypadek gdybyś pewnego dnia zmieniła zdanie. Zaraziłaś się od tamtego dziecka jakąś chorobą, to musi być jeden z tych szybko mutujących wirusów — teraz kiedy populacja nosicieli nie ma już szczepionek, z lasów wyłazi pełno takich mikrobów. Tess, dałam ci leki antywirusowe z zapasów Jacksona, ale wygląda na to, że żaden nie zadziałał. Ja o medycynie nie mam zielonego pojęcia, robopielęgniarki już nie ma, nie mogę połączyć się z Jacksonem. To musi być strzykawka Przemiany…
Theresa potrząsnęła przecząco głową. Łzy ją zapiekły.
— Tessie, i tak prędzej czy później musiałabyś to zrobić z powodu promieniowania, które wchłonęłaś w Nowym Meksyku. Krzywe nowotworów… Mam zamiar cię zaszczepić, Thereso. Muszę.
— D-d-d… — nie mogła wykrztusić z siebie tego słowa. Dar. Jej dar. Zniknie, jeśli zostanie Odmieniona, człowiek musi walczyć, żeby zyskać duszę… tak mówili… wszyscy wielcy ludzie w historii, Thomas wynalazł jej odpowiednie cytaty…
— Przykro mi, Tess. — Vicki złapała ją mocno za ramię i uniosła strzykawkę.
— Żebraczka — zdołała wyszeptać. — Dar… — Zamknęła oczy, gorączka tańczyła po jej ciele i wypalała duszę. Zniknie.
Nic nie poczuła. Ale kiedy otwarła oczy, Vicki nadal trzymała strzykawkę nad jej ramieniem.
— Tessie — szepnęła. — Czy naprawdę wolisz umrzeć? Nie mogę cię do tego zmusić… No tak, w zasadzie mogę. Ale nie powinnam, to ty sama musisz zdecydować. Niech cię wszyscy diabli, Jackson! To powinien być twój problem!
— Mój… problem — poprawiła Tess.
Vicki wpatrzyła się w nią w zdumieniu.
— Tak. To twój problem. Twoje życie, twoja decyzja… Boże, Tess, ja mogę nie… no dobra. Ty wybierasz. Czy powinnam cię zaszczepić? Jeśli tego nie zrobię, możesz umrzeć — ale nie wiem tego na pewno. Jeśli cię zaszczepię, być może w jakimś stopniu zmienią ci się procesy biochemiczne w mózgu… Nie znam się na tym, nie jestem lekarzem!
Zmienią jej się procesy biochemiczne w mózgu. Ale przecież Theresa umie już robić coś takiego sama! Umie być Cazie, umie być żebraczką, umie się zmusić do panowania nad własnym mózgiem… przynajmniej trochę.
Читать дальше