(Wybiegając nieco naprzód: dopisało mi szczęście i upolowałem trzy kury trzcinowe, zasięgnąwszy uprzednio opinii żebraka co do jadalności tego gatunku. Kura trzcinowa jest nieco mniejsza od gęsi i ma piękne zielone upierzenie, prawie jak papuga; żebrak twierdzi, że ptaki te stanowiły przysmak tubylców. Po dzisiejszej kolacji wierzę mu bez zastrzeżeń, choć nie ulega dla mnie wątpliwości, iż wie na ten temat nie więcej ode mnie).
Kiedy zjawiłem się na miejscu, po łodzi nie było ani śladu. Chłopiec, bez koszuli i na bosaka, stał oparty o ścianę pobliskiego budynku. Poinformował mnie, że ojciec przygotowuje do drogi nasz środek transportu, a następnie uwolnił mnie od ciężaru kosza z prowiantem przygotowanym przez mego gospodarza. Gdybym mu pozwolił, zaopiekowałby się także magnetofonem i dubeltówką.
Poprowadził mnie wzdłuż nabrzeża aż do niedużej pływającej platformy, przy której stała przycumowana znana mi już łódka z jego ojcem na pokładzie. Żebrak, w błękitnej koszuli i z zawiązaną na szyi spłowiałą czerwoną chustą, natychmiast zażądał całej uzgodnionej wczoraj sumy, po krótkiej dyskusji zgodził się Jednak przyjąć teraz połowę, drugą zaś po zakończeniu wyprawy. Jak tylko to uzgodniliśmy, z zachowaniem wszelkich środków ostrożności wszedłem do łodzi, chłopiec wskoczył za mną i wyruszyliśmy w drogę.
Przez co najmniej pięć minut lawirowaliśmy wśród statków w porcie usytuowanym w szerokim zakolu rzeki, a potem, między kadłubami dwóch ogromnych czteromasztowców, ujrzałem, jakbym patrzył przez skalną szczelinę na nieskończone zielone równiny, dzikie łąkomorza Sainte Anne, przed przybyciem pierwszych gwiazdolotów z Ziemi stanowiące, jak słusznie mówił mój przewodnik, raj dla tubylców. Ojciec i syn mocniej pociągnęli za wiosła, z pokładu jednego z żaglowców jakiś marynarz obrzucił nas od niechcenia paroma wyzwiskami, przemknęliśmy między dwoma kadłubami i wypłynęliśmy na otwarte wody Tempus, wezbrane trwającym wciąż przypływem.
— Do Oceanu mamy stąd już tylko pięć kilometrów — poinformował mnie żebrak — więc gdyby pan doktor wyraził chęć…
Umilkł, ponieważ jego uwagę przykuło coś za moimi plecami.
Odwróciłem się, lecz w pierwszej chwili niczego nie zobaczyłem.
— Tuż obok masztu tego statku po lewej — podpowiedział mi chłopiec półgłosem.
Istotnie, po niebie sunął srebrzysty obiekt, z tej odległości nie większy od porwanego wiatrem liścia. Trzy minuty później był już nad nami — przypominający kształtem rekina wojskowy pojazd długości co najmniej półtorej mili. W rzeczywistości wcale nie był srebrny, lecz miał barwę noża, na burcie zaś widniały maleńkie kropki, które mogły być okienkami obserwacyjnymi lub wylotami luf laserów.
— Proszę nie machać! — rzucił żebrak, a następnie wyszeptał do chłopca coś, z czego zrozumiałem tylko początek i koniec: — Faites attention… Français!
Przypuszczalnie miało to być coś w rodzaju: „Pamiętaj, że jesteś Francuzem”. Odpowiedzi nie dosłyszałem, ale zobaczyłem, jak chłopiec kręci głową.
Najpierw, przecisnąwszy się przez jedną z wijących się wężowo gardzieli Tempus, odwiedziliśmy Ocean, który, jeśli wierzyć memu przewodnikowi, również był jedną ze świętości tubylczych mieszkańców planety. Mimo sporych fal, nasza niewielka łódka sprawowała się nadspodziewanie dobrze. Wylądowaliśmy na piaszczystej plaży jakąś milę na północ od najdalej wysuniętego w tym kierunku ujścia rzeki.
— To tutaj — oznajmił żebrak i pokazał mi nieduży kamienny obelisk z napisem informującym po francusku, że pojazd kosmiczny wiozący pierwszą wyprawę badawczą na Sainte Anne wodował na Oceanie w odległości dwudziestu pięciu kilometrów od tego miejsca i że właśnie tu do brzegu przybiły łodzie z odkrywcami. Chyba właśnie tam poczułem jak nigdy dotąd, że jestem na obcej planecie; muszelki, których mnóstwo leżało na piasku, wyglądały jakoś inaczej, tak że nawet gdybym którąś z nich znalazł na ziemskiej plaży, domyśliłbym się od razu, że pochodzi z bardzo daleka.
— Tutaj wylądowali — powiedział mój przewodnik. — Pierwsi Francuzi. Powiada pan, doktorze, że wielu nie wierzy w to, że tu kiedykolwiek żyli jacyś tubylcy, ale kiedy ekspedycja wyszła na brzeg, jej członkowie zobaczyli…
— Jednego z mieszkańców łąkomorza — wpadł mu w słowo syn.
— Unosił się twarzą w dół na falach Oceanu. Zachłostano go na śmierć biczami z powplatanymi małymi muszelkami — w ten sposób składano ofiary z ludzi. Znaleźli go, a wtedy zjawił się mój wielki przodek, zwany niekiedy Wschodnim Wiatrem, by zawrzeć z nimi pokój. Nie wiedział pan o tym, ponieważ dziennik pokładowy tego statku spłonął podczas pożaru Saint-Dizier, ale ja rozmawiałem z bardzo starym człowiekiem, który przed kilkudziesięciu laty znał osobiście jednego z tych, którzy tu wtedy byli.
Zwiedziliśmy również położoną niedaleko obszerną jamę, zwaną teraz Klepsydrą, w której tubylcy podobno więzili współziomków. Chłopiec wskoczył do niej, aby zademonstrować, że o własnych siłach nikt nie zdołałby się stamtąd wydostać, ja jednak uznałem, że przesadza, i dołączyłem do niego. Skończyło się tym, że jego ojciec musiał nas obu wyciągnąć za pomocą liny, którą specjalnie w tym celu zabrał z łódki. Ściany wcale nie są strome, lecz nie sposób się na nie wspiąć ze względu na usypujący się piasek.
Po wizycie w Klepsydrze wróciliśmy do łodzi, po czym wpłynęliśmy z powrotem na rzekę, ale już przez inne ujście, i znaleźliśmy się na właściwym łąkomorzu. Ojciec i syn odłożyli wiosła, wzięli zaś do rąk długie tyki, którymi odpychali się od dna, lawirując między kępami trzcin. Tam właśnie ustrzeliłem trzy ptaki; chłopiec popłynął po nie… chciałem napisać „jak wyżeł”, lecz prawda jest taka, że radził sobie w wodzie znacznie lepiej od jakiegokolwiek psa myśliwskiego. Jeżeli już miałbym porównać go z jakimś zwierzęciem, to tylko z foką. Zobaczywszy to, byłem gotów bez zastrzeżeń uwierzyć jego ojcu, twierdzącemu, jakoby chłopak chwytał niekiedy ptaki, podpływając do nich pod wodą i łapiąc je za nogi. Chłopiec wspomniał mimochodem, iż podczas odpływu doskonale łowi się tu ryby, jego ojciec zaś dodał:
— Ale nie sposób ich sprzedać, doktorze. Prawie każdy łowi dla siebie.
— Nie na sprzedaż, tylko do jedzenia — wymamrotał syn.
Tubylcza świątynia (albo obserwatorium) padła ofiarą pierwszych osadników potrzebujących budulca do wznoszenia domostw; zostało zaledwie kilka spróchniałych drzew, ale na podstawie pozostałości po tych, które zostały ścięte, stosunkowo łatwo odtworzyć wygląd tego miejsca w czasach sprzed kolonizacji. Drzewa, w liczbie czterystu dwóch (tyle dni liczy tutejszy rok), rosły w odległości około stu dziesięciu stóp od siebie i tworzyły okrąg o średnicy mniej więcej trzech mil. Pnie większości z nich miały ponad dwanaście stóp średnicy, więc w okresie, kiedy rozpoczęto wyrąb, drzewa zapewne stykały się gałęziami, w związku z czym z oddali wyglądały jak solidna ściana — z wyjątkiem części znajdującej się dokładnie naprzeciwko obserwatora. Wnętrze okręgu było zupełnie puste. Jestem skłonny przyjąć, że aborygeni używali drzew do mierzenia upływu czasu (na przykład codziennie zawieszając na kolejnym jakiś znak albo symbol), wątpię jednak, by przeprowadzali bardziej skomplikowane obserwacje astronomiczne. Nie ulega natomiast dla mnie wątpliwości, iż twierdzenia niektórych ziemskich uczonych, jakoby ta „świątynia” stanowiła twór natury, są absurdalne. Wszystko wskazuje na to, że została starannie zaplanowana co najmniej sto lat przed lądowaniem pierwszego francuskiego statku. Na podstawie dokładnych oględzin resztek czterech pni mogę stwierdzić z całą odpowiedzialnością, iż średni wiek tych drzew wynosił sto dwadzieścia siedem miejscowych lat.
Читать дальше