Wykonałem szkic terenu, zaznaczając usytuowanie każdego pnia oraz jego przybliżoną wielkość. Gniją w tak szybkim tempie, że najdalej za dziesięć lat będzie to już niemożliwe.
Kiedy wróciłem do łodzi, co prawda zaczął się odpływ, ale popłynęliśmy jeszcze kilka mil w górę rzeki, by obejrzeć wielki głaz — jeden z nielicznych na łąkomorzu — który, według mego przewodnika, miał niegdyś kształt siedzącej ludzkiej postaci. Wśród mieszkańców Lądowiska Francuzów i La Fange popularny jest przesąd, iż wszelkie bezecne lub perwersyjne czyny popełnione na kolanach posągu są niewidoczne dla Boga. Podobno przesąd ten wywodzi się jeszcze z okresu przedkolonialnego, choć chłopiec stanowczo temu zaprzecza. Głaz jest już tak zniszczony upływem czasu, że trudno dopatrzyć się w nim podobieństwa do czegokolwiek.
W drodze powrotnej do miasta rozmyślałem o plotkach dotyczących jakiejś świętej groty położonej sto albo więcej mil w górę rzeki. Największa klęska uczonych badających tę planetę — przynajmniej do tej pory — polega na tym, że choć nie ulega już żadnej wątpliwości, iż Sainte Anne zamieszkiwała niegdyś tubylcza ludność, a może gdzieś w głębi lądu do dziś przetrwały jej niedobitki, to nie udało się odnaleźć, jednoznacznie zidentyfikować i opisać ani jednej czaszki, ba, ani jednej kości! Dla kogoś takiego jak ja, wychowanego na opisach znalezisk z Windmill Hill Cave i Les Eyzies, w grotach Perigord oraz jaskiniach Altamiry i Lacaux, święta jaskinia aborygenów z Sainte Anne stanowi pokusę nie do odparcia. Bagno, może z wyjątkiem jednego przypadku na dziesięć tysięcy, całkowicie niszczy szkielet każdego stworzenia, które tu umiera, jaskinia natomiast (również z wyjątkiem jednego przypadku na dziesięć tysięcy) zachowa go w doskonałym stanie. Dlaczego tutejsi aborygeni nie mieliby grzebać w niej swoich zmarłych, tak jak czyniły niemal wszystkie prymitywne ludy na Ziemi? Możliwe nawet, iż będą tam jakieś malowidła, choć tubylcy chyba nie nauczyli się wytwarzać narzędzi. Pisząc te słowa, planuję już wyprawę w poszukiwaniu tej groty, usytuowanej podobno w wysokim skalistym brzegu Tempus. Będzie potrzebna łódź (albo dwie) na tyle lekka, żeby dało się ją bez trudu przenieść lądem podczas pokonywania wodospadów i przełomów, a do tego wyposażona w silnik o mocy wystarczającej do podjęcia skutecznej walki z prądem. W ekspedycji powinno wziąć udział tylu ludzi, żeby jeden mógł pozostać przy łodzi (lub łodziach), co najmniej trzech zaś (dla bezpieczeństwa) weszłoby do jaskini. Oprócz mnie jeszcze jeden uczestnik musi być na tyle wykształcony, żeby móc ocenić wartość ewentualnych odkryć, a dwóch powinno doskonale znać tereny, na które byśmy się zapuścili. Nie mam pojęcia, gdzie szukać takich ludzi ani (jeżeli ich znajdę) czy zdołam im zapłacić, niemniej jednak od tej pory będę miał to na uwadze.
Niewiele brakowało, a zapomniałbym wspomnieć o rozmowie, którą przeprowadziłem z żebrakiem i jego synem w drodze powrotnej do Lądowiska Francuzów. Naturalnie ze względu na rojenia seniora dotyczące jego pochodzenia wszelkie informacje, jakie uzyskałem od tego człowieka, należy traktować ze sporą dozą podejrzliwości, niemniej jednak rozmowa była interesująca i cieszę się, że ją nagrałem.
R.T. : Skoro już mowa o aborygenach, doktorze, to mam nadzieję, że opowie pan swoim znajomym, którzy chcieliby tu przylecieć, jak bardzo był pan zadowolony z naszych usług.
Ja : Oczywiście. Dużo zarabiacie w ten sposób?
R.T. : Na pewno nie tak dużo, jak byśmy chcieli. Prawdę mówiąc, doktorze, dawniej było lepiej: rosło więcej drzew, a i posąg prezentował się bardziej okazale. Moja rodzina… Nie zawsze żyliśmy w takich warunkach, jakie pan wczoraj widział. I teraz nie zawsze tak żyjemy, szczególnie zimą, kiedy od gór wieje wilczy wiatr.
V.R.T. : Kiedy była z nami moja matka, niekiedy mieszkaliśmy nawet w domu.
Ja : Trenchard, czy pańska żona nie żyje?
V.R.T. : Ona nie umarła.
R.T. : Co ty możesz wiedzieć, imbecile? Widziałeś ją ostatnio?
V.R.T. : Monsieur, kiedy byłem mały, latem szedłem z matką w góry. Żyliśmy tam jak Wolni Ludzie, a do miasta wracaliśmy dopiero wtedy, kiedy zrobiło się dla mnie zbyt zimno. Moja matka opowiadała, że każdej zimy umiera wiele dzieci Wolnych Ludzi, ale ona nie chce, żebym umarł, i dlatego wracaliśmy.
R.T. : Była kompletnie bezużyteczną kobietą, doktorze. Ha! Nawet nie potrafiła gotować. Była… ( spluwa za burtę )
Chłopiec zaczerwienił się i przez kilka minut w łodzi panowato milczenie. Wreszcie zapytałem go, czy właśnie wtedy, podczas pobytów w górach, nauczył się tak dobrze pływać.
V.R.T. : Tak, tam, czyli nigdzie. Pływałem z matką w rzece.
R.T. : My, aborygeni, wszyscy dobrze radzimy sobie w wodzie. Ja też całkiem nieźle pływałem, kiedy jeszcze byłem młody.
Roześmiałem się na to i odparłem, że co prawda wiem, iż mam do czynienia z tubylcem, ale będę w pełni usatysfakcjonowany dopiero wtedy, kiedy odnajdę przynajmniej jeszcze jednego. Ponieważ działo się to już po naszej rozmowie dotyczącej kamiennych i szklanych grotów, zdawał sobie sprawę, że go przejrzałem, więc tylko uśmiechnął się szeroko (prezentując liczne braki w uzębieniu) i powiedział, że w takim razie już osiągnąłem częściowy sukces, ponieważ jego syn jest półkrwi aborygenem.
V.R.T. : Pan w nic nie wierzy, doktorze, ale to prawda. Z kolei to, co mówi o mojej matce, która była jego żoną, jest nieprawdą. Była aktorką, do tego bardzo dobrą.
Ja : Czy to ona nauczyła was udawać tubylców i wyłudzać pieniądze od ludzi? Przyznam, że kiedy zobaczyłem cię po raz pierwszy, prawie uwierzyłem, że jesteś niedorozwinięty umysłowo.
R.T. : ( śmieje się ) Ja sam czasem w to wierzę.
V.R.T. : Nauczyła mnie wielu rzeczy, w tym również tego, o czym pan mówił.
R.T.: Doktorze, skląłem ją przed chwilą za to, że ode mnie odeszła, choć w gruncie rzeczy to sam ją przegnałem, ale mój syn ma rację: była dobrą aktorką. Razem, ja i ona, odgrywaliśmy przedstawienia. Nie uwierzy pan, jakie cuda potrafiła wyczyniać! Na przykład umiała rozmawiać z mężczyzną w taki sposób, że ten dałby sobie głowę uciąć, że ma do czynienia z dziewczynką, jeszcze dziewicą, osóbką tuż, tuż po szkole! Jeśli jednak jej się nie spodobał, zmieniała się w starą kobietę, a wszystko dzięki panowaniu nad głosem i mięśniami twarzy oraz sposobowi, w jaki się poruszała i trzymała ręce…
V.R.T. : Robiła to najlepiej na świecie!
R.T. : Kiedy się z nią żeniłem, była piękną kobietą. Może pan zapomnieć o tym, co wcześniej mówiłem! Mój syn jest z prawego łoża. Ślubu udzielił nam ksiądz w kościele St Madeleine. Wtedy naprawdę była piękna, wręcz wspaniała, ( puszcza jedno wiosło i całuje czubki palców ) I to nie dzięki swoim talentom aktorskim. Ale później, we śnie, nic nie mogła poradzić na to, że wygląda na swoje lata. Wiek kobiety można ocenić tylko podczas jej snu. Jest pan żonaty? W takim razie proszę to sobie zapamiętać.
Ja (do chłopca) : Skoro nauczyła cię, jak powinieneś się zachowywać, żeby uchodzić za tubylca, z pewnością sama widziała przynajmniej paru?
V.R.T. : O tak!
R.T. : Sam pan rozumie, doktorze: aborygeni muszą się ukrywać.
Ja : Trenchard, czy mam rozumieć, że pan naprawdę wierzy, że jacyś tubylcy dożyli naszych czasów?
Читать дальше