* * *
Herzer spojrzał na nią i opadł na kolana, ze spuszczoną głową, prawie zwijając się wokół bezużytecznego kija.
— Przepraszam — wyszeptał.
— Herzer…
— Przepraszam, nic nie mogłem zrobić, zabiliby mnie i…
— Herzer! — krzyknęła. — Do cholery, nie mam czasu na twoje użalanie się nad sobą. Skłamałam o Rachel. Jest w górze drogi. Musimy ją znaleźć i zabrać ją stąd, zanim oni to zrobią.
— Rachel? — zapytał, wstając.
— Mów cicho — powiedziała spiętym głosem.
— Ja… — Ściągnął swoją pelerynę i podał jej. — Potrzebuje pani tego bardziej niż ja. I tak musimy się stąd wynieść.
— Porozmawiamy o tym. — Daneh wzięła pelerynę wyciągniętą sztywno ręką. — Możesz iść przede mną. W tej chwili nie chcę mieć blisko siebie żadnych mężczyzn — wycedziła jadowicie. — To nic osobistego.
— Oczywiście — odparł Herzer, kierując się do przodu. — I, Herzer.
— Tak?
— Kiedy dotrzemy do Rachel, nie wspomnimy ani słowem, że byłeś z grupą, która to zrobiła. Rozumiesz?
— Ja… dobrze. Ale nie, nie rozumiem.
— Włożyłam sporo wysiłku w ocalenie ci życia — powiedziała gorzko. — Nie chcę, żeby zabił cię Edmund. Albo Rachel.
Rachel była wściekła.
— Zabiję ich! — warknęła.
— Jeśli spróbujesz, skończysz dokładnie tak jak ja — powiedziała Daneh, dygocząc. Peleryna Herzera pasowała na nią znacznie lepiej niż na niego, ale i tak stanowiła nędzny substytut jej stroju przeciwdeszczowe go. Zdawała sobie też sprawę, że wciąż przeżywa szok po wstrząsie, jakim był gwałt. — Nie kłamałam przez zęby tylko po to, żeby ciebie też zgwałcili. Daj spokój.
Lazur, zmęczony i mokry, krążył wokół niej węsząc i miaucząc. Obwąchiwał również Herzera i zdawał się gotów go ugryźć, ale w końcu dał spokój i odszedł w las, węsząc przy ziemi.
— Nic nie możesz zrobić, Rachel — bezdźwięcznie powiedział Herzer.
— A ty się może odczep, Herzerze Herricku — wrzasnęła Rachel. — Gdzie ty u diabła byłeś? Co?
— Za późno, żeby mógł cokolwiek zrobić — mruknęła Daneh. — Daj spokój, Rachel. Musimy ruszać w drogę.
— A co z sidłami? — zapytała. — Nie możemy iść bez jedzenia. W ostateczności przynajmniej Lazur musi jeść.
— Nie rozchoruje się jeszcze przez dzień albo dwa — zmęczonym głosem odpowiedziała Daneh. — Jeśli pójdziemy szybko, możemy dotrzeć do Via najpóźniej w jeden dzień. Tam są osiedla i powinniśmy znaleźć coś do jedzenia.
— Jak daleko doszłaś drogą? — zapytał Herzer.
— Tylko kilometr czy coś koło tego. Ścieżka dalej to błoto do kolan. Mamo, nie wiem, czy dasz radę tamtędy przejść.
— Dam radę — oświadczyła Daneh, wstając. — Dam radę przejść całą drogę. Ale nie zamierzam czekać tu na to, aż znów znajdzie mnie tu McCanoc i jego radosna banda. Chodźmy.
— Boże, żeby tylko tata był w Raven’s Mill — westchnęła Rachel, zbierając ich skromny dobytek.
— Będzie — zapewniła ją Daneh. — Mam tylko nadzieję, że zechce zapomnieć o ostatnich kilku latach.
— Dom jest tam, gdzie — jeśli musisz tam iść — oni muszą cię przyjąć — cicho dodał Herzer. Automatycznie zajął pozycję na przedzie, podnosząc plecak Daneh i umieszczając go sobie na plecach. — Będzie tam. I będzie na was czekał.
— Mam nadzieję — gorzko powiedziała Daneh.
* * *
— Nie, nie, musisz mocniej to podgrzać, bo będziesz walił młotem cały dzień bez żadnego efektu — zaburczał Edmund, chwytając kawałek metalu szczypcami i umieszczając go z powrotem w palenisku.
— Przepraszam pana, myślałem… — Uczeń cofnął się o krok i rozejrzał się po grupie zebranej w kuźni. Jeszcze kilka tygodni temu jedyne problemy męczące go się teraz w kuźni młodzieńca sprowadzały się do tego, w co się ubrać na następne przyjęcie. Teraz tkwił uwięziony w tym zagraconym warsztacie, ucząc się zawodu tak starego, że aż do zeszłego tygodnia nigdy o nim nie słyszał. I kiepsko sobie w nim radząc. To nie było w porządku.
— Trzeba lat, żeby nauczyć się zawodu kowala — dodał mistrz łagodniej, zauważywszy spojrzenie. Wskazał podbródkiem na miechy i odczekał, aż uczeń rozdmucha ogień. — Przyglądaj się barwie metalu i otaczających go płomieni. Kiedy zrobi się białe, wyciągnij i uderzaj. Nie masz dużo czasu, dlatego mówi się, że trzeba „kuć żelazo, póki gorące”. — Podkreślił słowa, wyciągając rozgrzany kawałek z ognia i rozbijając go na płask, a następnie nadając mu kształt. — To tylko motyka, ale to one właśnie już niedługo będą nas karmić. Motyki, pługi i części do wozów staną się waszym głównym źródłem dochodów, kiedy już nauczycie się fachu. — Wsadził na wpół uformowany metal z powrotem do ognia i wskazał głową na innego ucznia. — Teraz ty podtrzymuj ogień, a on spróbuje jeszcze raz.
Gdy nieopierzony czeladnik kowalski próbował nagiąć oporny metal swojej woli, mistrz cofnął się i wytarł twarz, starając się nie potrząsać przy tym głową. Dzięki przywiezionym przez Angusa kawałkom i sztabom mieli dość materiału na początki społeczności, ale wkrótce zaczną potrzebować więcej. Wysłał drogą do Angusa pełen wóz żywności, ale dystans był spory i woły prawdopodobnie zjedzą sporą część ładunku po drodze. A zanim nadejdzie jakaś odpowiedź, upłyną przynajmniej trzy lub cztery miesiące.
— A co z bronią? — zapytał uczeń, formując w końcu motykę. Złapał rytm uderzeń młotem i w mrocznej kuźni strzelały białe iskry.
— Przed tobą jeszcze długa droga do zrobienia broni innej niż ostrze włóczni, synu, a ono jest w zasadzie jedynie trochę inaczej uformowaną motyką. Ale miecze i im podobne, albo zbroje, wymagają odrobinę więcej pracy. Kiedy uda się nam uruchomić wyciągarkę drutu w kuźni wodnej, część z was zajmie się produkcją kolczug. Ale na razie ważniejsze jest nauczenie się, jak robić narzędzia rolnicze. — Znów wyjrzał przez drzwi budynku, potem spojrzał uważniej. — Zacznijcie pracę nad motykami z tego materiału, ja za chwilę wrócę.
Wychodząc z panującego w kuźni upału, osłonił dłonią oczy przed słońcem. Jakby w geście pokuty za niekończące się deszcze przez ostatnie kilka dni niebo oczyściło się i pozostawało jasne, powodując parowanie przemoczonej ziemi. Temperatura nie wzrosła zbytnio, ale wciąż utrzymywała się duża wilgotność, nadając powietrzu mroźność wchłaniającą wszelką energię i sprawiającą, że ludzie byli głodni na węglowodany i tłuszcze, a tych miasteczko posiadało bardzo skromne zasoby. Jasne słońce i mgiełka sprawiały, że trudno było wyraźnie dostrzec coś z większej odległości i dlatego właśnie Edmund tak długo upewniał się, co widzi. Potem krzyknął radośnie i skierował się do miasta.
— Grupa ma wolne na najbliższą godzinę czy coś koło tego — krzyknął przez ramię. — Postarajcie się nie spalić kuźni podczas mojej nieobecności.
Wchodząc do rozrastającego się we wszystkich czterech kierunkach miasta Raven’s Mill, zobaczył spory tłum zebrany wokół trzech wozów, które nadjechały od wschodu, i bez namysłu przepchnął się do pierwszego z nich, znieruchomiałego z powodu braku miejsca.
— Suwisa, to dopiero widok dla przeklętych przez Boga, wypatrujących oczu! — wykrzyknął, wspinając się na bok wozu i obejmując ramionami muskularną postać na koźle.
Читать дальше