— Wygląda na to, że niepotrzebnie się pani martwiła. Rzeka ma swoich czyścicieli. Zastanawiam się… myślę, czy bezpiecznie będzie w niej pływać.
Podczłowieka w każdym razie nic nie zaatakowało. Stanął przed Burtonem strzepując z bezwłosej skóry krople wody i szczerząc swoje wielkie zęby. Był przerażająco brzydki, ale posiadał umiejętności człowieka pierwotnego, umiejętności, które już zdążyły się przydać w warunkach tego prymitywnego świata. Dobrze będzie mieć go u boku w czasie walki: Nie był wysoki, ale niesamowicie silny. Jego ciężkie kości tworzyły dobre zaczepienie dla potężnych mięśni. Zdawało się oczywiste, że dla jakichś tam powodów czuł się związany z Burtonem. Burtonowi przyjemnie było sądzić, że dzikus wyczuł swym instynktem iż on, Burton, jest człowiekiem, za którym warto pójść; jeżeli chce się przeżyć. Co więcej, podczłowiek czy przedczłowiek, jako bliższy zwierzętom musiał być także bardziej wyczulony na zdolności metapsychiczne, które u Burtona były dobrze rozwinięte i widocznie poczuwał się z nim do pokrewieństwa, choć nie należał do Homo Sapiens.
Burton zaraz jednak przypomniał sobie, że sam stworzył swoją reputację jako medium i że był na pół szarlatanem. Tak wiele mówił o swojej mocy i tak bardzo słuchał żony, że wreszcie uwierzył w swój talent. Czasem jednak przypominał sobie, że owa „moc” była w połowie oszustwem.
Mimo wszystko był jednak zdolnym hipnotyzerem i naprawdę uważał, że kiedy tego zapragnie, jego oczy emanują niezwykłą, pozazmysłową moc. Może to właśnie przyciągnęło tego półczłowieka:
— Ta skała wyładowała potworną ilość energii — powiedział Lev Ruach. — Z pewnością elektrycznej. Alę dlaczego? Nie wierzę, żeby emisja była przypadkowa:
Burton spojrzał na kamienny grzyb. Szary cylinder w centralnym zagłębieniu wydawał się nieuszkodzony. Dotknął skały. Była ciepła, ale nie bardziej niż można by oczekiwać, biorąc pod uwagę nasłonecznienie.
— Nie dotykaj! — zawołał Ruach. — Może być jeszcze…
Przerwał widząc, że jego ostrzeżenie jest spóźnione.
— Jeszcze jedno wyładowanie? — spytał Burton. — Nie przypuszczam. W każdym razie nie przez jakiś czas. Ten cylinder zostawiono tutaj, żebyśmy się czegoś dowiedzieli.
Oparł ręce o krawędź grzyba i podskoczył. Łatwość, z jaką znalazł się na powierzchni ucieszyła go. Od wielu lat nie czuł się tak młody i silny. Ani tak głodny.
Wśród tłumu podniosły się okrzyki, by zszedł natychmiast, zanim znów wybuchnie błękitny płomień. Część ludzi zdawała się czekać na kolejne wyładowanie. Większość jednak była zadowolona, że to nie oni muszą ryzykować.
Nic się nie stało, choć do końca nie był pewien, czy nie spłonie. Kamień przyjemnie grzał jego nagie stopy.
Przeskakując nad wgłębieniami dotarł do, cylindra i wsunął palce pod krawędź pokrywy. Uniosła się bez oporu. Zajrzał do środka czując, jak serce bije mu szybko z podniecenia. Oczekiwał cudu i oto zdarzył się cud! W klamrach było sześć pojemników i wszystkie pełne.
Skinął ręką na swoją grupę. Kazz wskoczył na górę bez wysiłku. Frigate, który doszedł już do siebie, podciągnął się z lekkością atlety. Byłby cennym nabytkiem, pomyślał Burton, gdyby nie miał tak delikatnego żołądka. Amerykanin odwrócił się, by pomóc Alicji, która na jego rękach dotarła na szczyt.
Zebrali się w środku i pochylili głowy nad cylindrem.
— To istny róg obfitości — oznajmił Burton. — Patrzcie! Stek — solidny, soczysty stek! Chleb z masłem! Dżem! Sałatka! A to co? Paczka papierosów? Teek! I cygaro! I szklaneczka bourbona, całkiem dobrego, sądząc po zapachu. I… co to jest?
— Wygląda jak guma do żucia — zasugerował Frigate. — Bez opakowania. A to na pewno…co? Zapalniczka do papierosów?
— Jedzenie! wrzasnął jakiś człowiek, potężny mężczyzna, nie będący członkiem tego, co Burton określał w myślach jako „jego grupa”. Przyszedł za nimi, a inni też już wspinali się na powierzchnię kamiennego grzyba. Burton sięgnął ręką pod pojemniki, na samo dno cylindra i pochwycił mały, srebrzysty prostokątny przedmiot. Frigate powiedział, że może — to być zapalniczka. Burton nie wiedział, co to jest „zapalniczka”, przypuszczał jednak, że daje płomień do zapalania papierosów. Trzymając przedmiot w dłoni, drugą ręką zamknął pokrywę. Ślina napływała mu do ust, a w brzuchu burczało. Pozostali byli równie głodni. Widział wyraźnie, że nie rozumieją, dlaczego nie wyjmuje żywności.
— Jestem głodny i zabiję każdego, kto spróbuje mnie powstrzymać! — oświadczył zaczepnie potężny mężczyzna. Mówił po włosku z triestańskim akcentem. — Otwórz to!
Pozostali milczeli, lecz było widoczne, że — czekają, by Burton zorganizował obronę. On jednak miał inne plany.
— Sam sobie otwórz — powiedział i odszedł. Inni wahali się. Widzieli i czuli jedzenie. Kazz zaczął się ślinić.
— Spójrzcie na ten tłum — rzekł Burton. — Za chwilę zaczną walczyć ze sobą. Niech się biją o te okruchy. Nie boję się walki — dodał, patrząc na nich groźnie. — Ale jestem przekonany, że nasze własne cylindry w porze kolacji będą pełne jedzenia. Te cylindry, nazywajcie je rogami obfitości jeśli chcecie, napełnią się, gdy zostawimy je w zagłębieniach. To oczywiste. Żeby to właśnie nam pokazać, zostawiono na miejscu ten jeden.
Podszedł do krawędzi, głazu, tuż przy wodzie i zeskoczył. Górna powierzchnia była już pełna ludzi i wciąż więcej próbowało dostać się na górę. Jakiś potężny mężczyzna złapał stek i wbił w niego zęby. Ktoś inny próbował mu go wyrwać. Wtedy ryknął z wściekłości i nagle przebił się przez ludzi stojących pomiędzy nim a rzeką, odbił się od krawędzi i wpadł w wodę, by wynurzyć się w chwilę później. Inni wrzeszczeli, bijąc się o resztę jedzenia i pozostałe w cylindrze przedmioty.
Człowiek w wodzie dojadał stek unosząc się na plecach. Burton obserwował go z uwagą, na pól oczekując, że pochwyci go jakaś ryba. Ale tamten bez przeszkód odpłynął z prądem.
Głazy na północy i południu, po obu stronach rzeki, pełne były walczących ludzi.
Burton odszedł na taką odległość, żeby tłum go nie niepokoił i usiadł. Członkowie jego grupy przykucnęli przy nim albo stojąc obserwowali rozwrzeszczaną, kłębiącą się masę. Kamień obfitości przypominał muchomor pokryty mrowiem bladych czerwi. I to bardzo hałaśliwych czerwi. Niektóre z nich były także czerwone, gdyż zdążyła polać się krew.
Najbardziej ponurym aspektem całej sceny była reakcja dzieci. Najmłodsze nie zbliżały się do kamienia, ale wiedziały, że jest tam jedzenie. Płakały z głodu i ze strachu, przerażone walką i wrzaskami dorosłych. Dziewczynka z grupy Burtona miała oczy suche, ale drżała. Podeszła do niego i objęta rękami za szyję. Burton głaskał ją delikatnie i szeptał jakieś słowa, których nie rozumiała, ale ich ton pomógł jej się uspokoić.
Słońce opadało. W ciągu dwóch godzin miało skryć się za zachodnią skalną ścianą, choć do naturalnego zmierzchu pozostało jeszcze pewnie sporo czasu. Nie dało się określić, jak długo trwał tu dzień. Temperatura wzrosła, lecz siedzenie na słońcu nie męczyło, tym bardziej że chłodził ich równo wiejący wietrzyk.
Kazz gestami dał do zrozumienia, że chciałby rozpalić ognisko. Wskazał też na ostrze swej dzidy. Z pewnością chciał utwardzić je w ogniu.
Burton zbadał wyjęty z rogu przedmiot. Zrobiony z twardego, srebrzystego metalu, prostokątny i płaski, był wysoki może na dwa i szeroki na jedną trzecią cala. Z jednego końca miał niewielki otwór, z drugiego suwak. Burton zaczepił paznokieć o występ na końcu suwaka i pchnął, przesuwając go w dół o jakieś trzy szesnaste cala. otworu po drugiej stronie wysunął się drucik długości pół cala średnicy rzędu jednej dziesiątej. Nawet w jaskrawym świetle słońca żarzył się biało. Burton przytknął go do źdźbła trawy. Spłonęło natychmiast. Przystawiony do ostrza bambusowej dzidy drucik wypalił małą dziurkę. Burton ustawił suwak na wyjściowej pozycji i drucik schował się; niby gorąca główka mosiężnego żółwia, do srebrzystej skorupy.
Читать дальше