Stilgar odchrząknął. Widziała, że się niecierpliwi, że dzień się kończy i ludzie czekają na zagrodzenie tego wylotu. Przyszedł czas na śmiałość z jej strony i zdała sobie sprawę, czego jej trzeba: pewnej dar al-hikman, pewnej szkoły przekładu, która by dała jej…
— Adab — szepnęła.
Poczuła jakby koziołkowanie swego umysłu. Zareagowała na to przyśpieszonym biciem serca. W całym szkoleniu Bene Gesserit nie istniało nic, co by miało taki sygnał rozpoznawczy. To mogła być tylko adab, władcza pamięć, która spada na człowieka sama z siebie. Poddała się jej, pozwalając płynąć słowom.
— Ibn qirtaiba — powiedziała — aż po miejsce, gdzie pył się kończy.
Wyciągnęła rękę spod szaty, widząc, jak Stilgarowi rozszerzają się oczy. Słyszała w tyle szelest szat.
— Widzę… Fremena nad księgą przypowieści — powiedziała uroczystym tonem — Czyta przed obliczem al-Lat, słońca, które on ujarzmia i któremu urąga. Czyta przed obliczem Sądu Sadus, a oto jego słowa:
Moje wrogi są jak zżarte igły traw,
które stały na drodze wichury.
Nie zoczyłeś, co sprawił nasz Pan?
On wysłał plagę pomiędzy tych,
Którzy knuli przeciw nam.
Są jako ptaki gnane przez łowcę.
Ich knowania jako strzały jadu
Z wszystkich wyplute ust.
Przeszło ją drżenie. Opuściła rękę. Z wnętrza groty odpowiedziało jej responsorium wyszeptane przez wiele głosów.
— Ich dzieła legły zburzone.
— Twe serce ogarnia boży płomień — dopowiedziała.
Teraz wszystko się toczy właściwym torem — przeszło jej przez myśl.
— Gorejący ogień boży — nadeszło responsorium.
— Twoje wrogi runą — powiedziała.
— Bi-lal kaifa — odpowiedzieli.
W nagłej ciszy Stilgar pokłonił się przed nią.
— Sajjadina — powiedział — Jeśli shai-hulud dopuści, możesz jeszcze przebyć głębię ducha i zostać Matką Wielebną.
Przebyć głębię ducha — pomyślała — Dziwny sposób na wyrażenie tego. Ale pasuje do żargonu bardzo dobrze. I zaznała cynicznej goryczy pop tym, co zrobiła. Nasza Missionaria Protectiva rzadko zawodzi. Przygotowano nam miejsce w tym pustkowiu. Modlitwa As-Salat wyciosała nam kryjówkę. Teraz… muszę grać rolę Aulii, Przyjaciółki Boga… Sajjadiny dla włóczęgów, których tak silnie urobiła wróżba naszej Bene Gesserit, że nawet swą najwyższą kapłankę zwą Matką Wielebną.
Paul stał przy Chani pośród cieni wewnętrznej komory. Ciągle czuł smak kęsa, którym go nakarmiła — mięso ptaka i ziarno zlepione przyprawowym miodem i owinięte w liść. Jedząc to uświadomił sobie, że jeszcze nigdy nie miał w ustach przyprawiowej esencji tak silnie skoncentrowanej i wtedy przeżył moment strachu. Wiedział, co ta esencja mogła w nim wywołać — „przyprawiową przemianę”, która popchnęłaby jego umysł ku wiecznej świadomości.
— Bi-la kaifa — wyszeptała Chani.
Spojrzał na nią, dostrzegając trwogę, z jaką Fremeni wydawali się przyjmować słowa jego matki. Jedynie mężczyzna zwany Dżamisem sprawiał wrażenie, że nie bierze udziału w ceremonii; trzymał się na uboczu z ramionami skrzyżowanymi na piersi.
— Duy yakha hin mange — szepnęła Chani. — Duy punra hin mange . Mam dwoje oczu. Mam dwie stopy.
Chani wpatrzyła się w Paula z wyrazem zadziwienia. Paul zaczerpnął głęboko tchu próbując uśmierzyć burzę w duszy. Słowa matki nakładały się na działanie esencji przyprawowej i Paul czuł, jak jej głos wznosi się i opada w nim niczym buchające płomienie. W trakcie tego wszystkiego odnajdywał w niej ostrze cynizmu — znał ją tak dobrze! — lecz nic nie mogło powstrzymać tego czegoś, co rozpoczęło się od kęsa pożywienia.
Straszne przeznaczenie.
Wyczuwał je, ową świadomość rasy, przed którą nie było dla niego ucieczki. Niosła wyostrzoną jasność, dopływ danych, zimną przytomność umysłu. Osunął się na podłogę, siadł oparty plecami o skałę, poddając się jej. Świadomość rozpłynęła się bezczasową warstwą, gdzie mógł przepatrywać czas, gdzie wyczuwał ścieżki możliwości, przyszłe wiatry… minione wiatry: jednooka wizja przyszłości, jednooka wizja teraźniejszości i jednooka wizja przeszłości — wszystko łączyło się w okularową wizję, pozwalając mu widzieć, jak czas staje się przestrzenią. Groziło mu niebezpieczeństwo, miał wrażenie prześcignięcia samego siebie i musiał trzymać się swego poczucia teraźniejszości, kiedy ogarniał umysłem rzeczywistość w krzywym zwierciadle, trwającą chwilę, wieczną konsolidację tego, co jest nieskończone, z tym, co było. Uzmysławiając sobie teraźniejszość, po raz pierwszy odczuł bezmierną jednostajność przepływu czasu, wszędzie mąconą zmiennymi prądami, fałami, bałwanami i przeciwbałwanami, jak przybój pod urwistym brzegiem. To pozwoliło mu na nowo zrozumieć swoje widzenie przyszłości i w tym również ujrzał źródło ślepego czasu, źródło błędu, a wtedy dopadł go lęk. Zdał sobie sprawę, że wizja przyszłości była iluminacją, mieszczącą w sobie granice tego, co odsłania — źródłem dokładności i istotnego błędu jednocześnie. Wmieszało się tutaj coś w rodzaju zasady nieoznaczoności Heisenberga — wydatek energii na zobaczenie tego, co się widzi, deformuje to, co się widzi.
A widział splot współzależności czasowych w obrębie tej groty, kipiel możliwości tutaj ześrodkowanych, w której najdrobniejsze działanie — mrugnięcie powieki, nieopatrzne słowo, przesunięcie ziarenek piasku — obraca gigantyczną dźwignię przez cały poznany wszechświat. Zobaczył przelew krwi z wynikiem zależnym od tak wielu zmiennych, że jego najmniejszy ruch powodował rozległe przesunięcia w strukturze modelu.
Pod wpływem tej wizji zapragnął zastygnąć w bezruchu, tyle że to również było działanie brzemienne w skutki. Niezliczone ciągi przyczynowo — skutkowe rozchodziły się z tej jaskini, a na drodze większości z nich widział swoje własne martwe ciało broczące krwią z otwartej nożem rany.
Mój ojciec Padyszach Imperator miał siedemdziesiąt dwa lata, jednakże wyglądał najwyżej na trzydzieści pięć w roku, w którym nakreślił śmierć księcia Leto i oddał z powrotem Arrakis Harkonnenom. Rzadko pokazywał się publicznie inaczej, jak w mundurze sardaukara i w czarnym hełmie bursega z imperialnym złotym lwem. Mundur stanowił jawne przypomnienie, w czym leży jego siła. Nie zawsze był tak buńczuczny jednakowoż. Kiedy chciał, potrafił promieniować wdziękiem i szczerością, lecz zastanawiałam się często w tych późniejszych dniach, czy było w nim cokolwiek takiego, jakim się wydawało. Teraz myślę, że był człowiekiem nieustannie walczącym o wyrwanie się za pręty niewidzialnej klatki. Nie wolno wam zapominać, że był imperatorem, ojcem i głową dynastii, której początki ginęły w pomroce dziejów. Lecz my odmówiłyśmy mu legalnego syna. Czy nie jest to najstraszliwsza klęska, jaką kiedykolwiek poniósł władca? Matka moja okalała posłuszeństwo siostrom przełożonym w tym, w czym lady Jessika była nieposłuszna. Która z nich była silniejsza? Historia odpowiedziała już na to pytanie.
z „W domu mojego ojca” pióra księżniczki Irulan
Jessika przebudziła się w ciemnościach jaskini wyczuwając dokoła krzątaninę Fremenów, wdychając kwaśny zapach filtrfraków. Wewnętrzne poczucie czasu mówiło jej, że na dworze wkrótce zapadnie noc, ale czerń zalegała grotę osłoniętą od pustyni plastikowymi kapturami, zatrzymującymi wilgoć ich ciał w tej zamkniętej przestrzeni. Uprzytomniła sobie, że w stanie krańcowego wyczerpania przespała się snem sprawiedliwego, wystawiając tym własną, podświadomą ocenę osobistego bezpieczeństwa w oddziale Stligara. Przekręciwszy się na hamaku sporządzonym z burnusa zwiesiła stopy do skalnej podłogi i wsunęła je w buty pustynne. Nie mogę zapomnieć o zasznurowaniu butów na ukos, by wzmóc pompujące działanie filtrfraka — pomyślała. — O tylu rzeczach muszę pamiętać. W ustach miała jeszcze smak rannego posiłku — kęs ptasiego mięsa i ziarno zlepione przyprawowym miodem w liściu — i zrozumiała, że czas wykorzystywano tutaj na opak: noc była dniem przeznaczonym na działanie, zaś dzień nocą przeznaczoną na spoczynek. Noc ukrywa; noc jest najbezpieczniejsza. Zdjęła płaszcz z hamakowych kołków w skalnej alkowie, pogmerawszy chwilę znalazła, gdzie jest góra, i wśliznęła się w szatę. Jak przekazać stąd wiadomość do Bene Gesserit? — zastanawiała się. Muszą się dowiedzieć o dwóch zbłąkanych owcach w arrakańskiej ostoi. Dalej w głębi jaskini zapłonęły kule świętojańskie. Zobaczyła kręcących się tam ludzi, wśród nich Paula, już ubranego, z odrzuconym do tyłu kapturem, odsłaniającym orli profil Atrydów. Zachowywał się bardzo dziwnie przed udaniem się na spoczynek, pomyślała. Nieobecny duchem. Jak ktoś wyrwany śmierci, nieświadomy w pełni swego powrotu do życia, z na pół przymkniętymi oczami, szklistymi od zapatrzenia w głąb siebie. To jej przypomniało jego ostrzeżenie przed nasyconą przyprawą dietą — „uzależniającą”. Czy daje ona efekty uboczne? — zastanawiała się. — Powiedział, że to ma coś wspólnego z jego zdolnością jasnowidzenia, ale dziwnie milczał na temat tego, co widzi.
Читать дальше