W prawo od niej wyszedł z cienia Stilgar i zbliżył się do grupy pod kulami świętojańskimi. Zauważyła, jak przebiera palcami w brodzie, dostrzegła czujność w jego postawie skradającego się kota. Nagły strach przeszył Jessikę, kiedy pochwyciła zmysłami napięcie widoczne w ludziach zebranych wokół Paula — ich sztywne ruchy, ceremonialne postawy.
— Oni mają moją rękojmię! — zahuczał Stilgar.
Jessika rozpoznała mężczyznę, przed którym stał Stilgar — Dżamis! Z kolei dostrzegła wściekłość Dżamisa, widoczną w sztywnych ramionach. Dżamis, mężczyzna pokonany przez Paula! — przemknęło jej przez głowę.
— Znasz prawo, Stilgar — powiedział Dżamis.
— Kto zna je lepiej? — zapytał Stilgar i usłyszała w jego głosie ton pojednania, próbę załagodzenia czegoś.
— Ja wybieram walkę — warknął Dżamis.
Jessika pośpieszyła przez grotę, schwyciła Stilgara za ramię.
— O co chodzi? — spytała.
— O prawo amtal — powiedział Stilgar. — Dżamis domaga się prawa sprawdzenia twej roli w legendzie.
— Ona musi mieć orędownika — rzekł Dżamis. — Jeśli jej orędownik zwycięży, to ona jest prawdziwa. Ale powiedziane zostało… — rozejrzał się po ciżbie ludzi — …że nie będzie potrzebowała ona orędownika z Fremenów, co może jedynie oznaczać, że przywiedzie swego własnego.
On mówi o pojedynku z Paulem! — pomyślała Jessika. Puściła ramię Stilgara, wystąpiła pół kroku do przodu.
— Zawsze jestem orędowniczką siebie samej — powiedziała. — Znaczenie tego jest zupełnie jasne dla…
— Nie będziesz nam narzucać swoich zwyczajów — warknął Dżamis. — Nie będziesz, dopóki nie zobaczę lepszego dowodu. Stilgar mógł ci powiedzieć, co masz mówić dziś rano. Mógł wypełnić twój umysł po brzegi lulanką i ty ją nam wyszczebiotałaś, licząc, że utorujesz sobie fałszywą drogę wśród nas.
Mogłabym go załatwić — myślała Jessika — ale kto wie, czy to nie kłóci się ze sposobem, w jaki oni interpretują legendę. I po raz drugi zdumiała się rozmiarami wypaczenia dzieła Missionaria Protectiva na tej planecie.
Stilgar popatrzył na Jessikę i odezwał się cicho, ale takim głosem, by doszedł do krańców tłumu.
— Dżamis ma powody żywić urazę, Sajjadina. Twój syn go pokonał i…
— To był przypadek! — ryknął Dżamis. — W basenie Tuono działała siła nieczysta i zaraz to udowodnię!
— … i ja sam go pokonałem — ciągnął Stilgar. — On zamierza tym wyzwaniem tahaddi znowu dobrać się do mnie. Zbyt wiele brutalności jest w Dżamisie, by kiedykolwiek został dobrym przywódcą — zbyt wiele ghafla, szaleństwa. Usta swoje oddaje prawom, a serce, sarfa, odstępstwu. Nie, on nigdy nie zostanie dobrym przywódcą. Oszczędzałem go tak długo, bo przydaje się w walce jako takiej, ale kiedy ogarnia go ten krwawy amok, staje się niebezpieczny dla własnego plemienia.
— Stilgar-r-r-r! — ryknął Dżamis.
I Jessika przejrzała, co robi Stilgar — że próbuje rozwścieczyć Dżamisa, by przejąć wyzwanie od Paula. Stilgar stanął twarzą w twarz z Dżamisem i ponownie Jessika dosłyszała pojednawczą nutę w jego głosie.
— Dżamis, on jest zaledwie chłopcem. On jest…
— Ty sam nazwałeś go mężczyzną — powiedział Dżamis. — Jego matka twierdzi, że przeszedł przez gom dżabbar. Ma pełne ciało i nadmiar wody. Ci, co nieśli ich sakwę, mówią, że są w niej literjony wody. Literjony! A my ssiemy nasze kieszenie łowne, jak tylko pokaże się choćby lśnienie rosy.
Stilgar spojrzał na Jessikę.
— Czy to prawda? Czy w waszej sakwie jest woda?
— Tak.
— Literjony wody?
— Dwa literjony.
— Jakie jest przeznaczenie tego bogactwa?
Bogactwa? — pomyślała. Potrząsnęła głową, wyczuwając oziębłość w jego głosie.
— Tam, gdzie się urodziłam woda leciała z nieba i płynęła przez ziemię szerokimi rzekami — powiedziała — Były tam oceany wody tak rozległe, że nie widziało się drugiego brzegu. Nie jestem przeszkolona w waszym reżimie wody. Nigdy przedtem nie musiałam o niej myśleć w ten sposób.
Dokoła rozległo się zdławione westchnienie.
— Woda leciała z nieba… płynęła przez ziemię.
— Czy wiedziałaś, że wśród nas znajdują się tacy, którzy w wypadku doznali uszkodzenia kieszeni łownej i będą w ciężkich tarapatach, nim osiągniemy cel tej nocy?
— Skąd miałam wiedzieć? — Jessika pokręciła głową — Jeśli są w potrzebie daj im wodę z naszej sakwy.
— Czy takie było przeznaczenie tego bogactwa?
— Przeznaczyłam je do ratowania życia — powiedziała.
— Przyjmujemy zatem twoje błogosławieństwo, Sajjadma.
— Nie przekupisz nas wodą — warknął Dżamis — Ani nie rozzłościsz mnie na siebie, Stilgar. Widzę, że starasz się mnie zmusić, abym ci rzucił wyzwanie, zanim udowodnię moje słowa.
Stilgai popatrzył Dżamisowi prosto w oczy.
— Czy jesteś zdecydowany wymusić tę walkę z dzieckiem, Dżamisie?
Głos jego był cichy, jadowity.
— Ona musi mieć orędownika.
— Nawet mimo tego, że ma moją rękojmię?
— Przywołuję prawa amtal — powiedział Dżamis — To mój przywilej.
Stilgar kiwnął głową.
— Zatem jeśli chłopiec cię nie wypatroszy, odpowiesz potem przed moim nożem.
— Nie możecie tego zrobić — powiedziała Jessika — Paul jest zaledwie…
— Nie wolno ci się mieszać, Sajjadina — rzekł Stilgar — Och, ja wiem, że dasz mi radę, a przeto dasz radę każdemu z nas, ale nie dasz rady nam wszystkim naraz. To musi nastąpić, to jest prawo amtal.
Jessika zamilkła, patrząc na niego w zielonym świetle kul świętojańskich, na fanatyczną zawziętość, która zmieniła mu rysy twarzy. Przeniosła wzrok na Dżamisa i dojrzawszy wyraz głębokiej zadumy na jego czole pomyślała: Powinnam to była wcześniej zauważyć. On chorobliwie medytuje. Jest milczkiem, z tych, co zjadają się od środka. Powinnam się była tego spodziewać.
— Jeżeli skrzywdzisz mego syna — powiedziała — będziesz miał ze mną do czynienia. Wyzywam się już teraz. Potnę cię na takie kawałki…
— Matko.
Paul wysunął się do przodu, dotknął jej rękawa.
— Być może kiedy wytłumaczę Dżamisowi, w jaki sposób…
— Wytłumaczę! — powiedział Dżamis.
Paul zamilkł wpatrując się w niego. Nie czuł przed nim strachu. Ruchy Dżamisa wydawały się ociężałe, no i padł tak łatwo w ich nocnym starciu na piasku. Lecz Paul nadal wyczuwał kipiel współzależności w tej jaskini, nadal pamiętał prorocze wizje swego ciała z nożem w piersi. Tak niewiele było dlań dróg ucieczki w tej wizji.
— Sajjadina — powiedział Stilgar — musisz teraz odejść tam…
— Przestań nazywać ją Sajjadina — przerwał mu Dżamis — To się dopiero okaże. No i zna naszą modlitwę! I co z tego? U nas zna ją każde dziecko.
Dość tego gadania. — myślała Jessika — Mam klucz do niego. Mogłabym go porazić jednym słowem. — Poczuła rozterkę. — Nie mogę jednak zatrzymać ich wszystkich.
— Zatem odpowiesz przede mną — powiedziała, strojąc swój głos w zawiłej, kwilącej kadencji, urwanej gwałtownie.
Dżamis wlepił w nią oczy z widocznym przestrachem.
— Zapoznam cię z cierpieniem — powiedziała z tą samą intonacją — Pamiętaj o tym podczas walki. Zapoznasz się z cierpieniem, przy którym gom dżabbar wydaje się wspomnieniem szczęścia. Będziesz się wił całym swoim…
— Próbuje rzucać na mnie urok! — wykrztusił Dżamis. Podniósł do ucha prawą zaciśniętą pieść.
Читать дальше