— Ach, to ukłucie zabolało — wymruczał Stilgar.
Paul przyczaił się w pogotowiu i, zgodnie z tym, czego go nauczono, zawołał:
— Poddajesz się?
— Ha! — krzyknął Dżamis.
Od strony oddziału doszedł ich gniewny pomruk.
— Spokój! — zawołał Stilgar. — Chłopak nie zna naszego prawa. Po czym do Paula: — Nie ma poddania się w wyzwaniu tahaddi. Dowodem jest śmierć.
Jessika zobaczyła, jak Paul z trudem przełyka ślinę. On nigdy nie zabił człowieka w taki sposób… w ogniu walki na noże… — pomyślała. — Czy potrafi to zrobić?
Paul zataczał koło posuwając się w prawo i ustępując przed nacierającym Dżamisem. Wieszcza znajomość zmiennych czasokipieli w tej grocie powróciła teraz, by go nękać. Jego nowe rozumienie powiedziało mu, że w tej walce było zbyt wiele błyskawicznie zacieśniających się decyzji, by ujawnił się przed nim jakikolwiek wyraźny kierunek. Zmienne nakładały się na zmienne — dlatego właśnie ta grota leżała jak niewyraźny węzeł współzależności na jego drodze. Była niczym gigantyczna skała wśród powodzi, wytwarzająca wiry w opływającym ją nurcie.
— Kończ z tym, chłopcze — wymamrotał Stilgar. — Nie baw się z nim.
Paul wysunął się bardziej na środek kręgu, ufając przewadze swej szybkości. Dżamis cofał się teraz, kiedy otworzyły mu się oczy i zrozumiał, że to nie miękki pozaświatowiec, łatwa ofiara fremeńskiego krysnoża, znajduje się w kręgu tahaddi. Jessika dostrzegła cień rozpaczy w jego twarzy. Teraz jest najniebezpieczniejszy — pomyślała. — Teraz jest doprowadzony do ostateczności i zdolny do wszystkiego. Widzi,że to nie jest tak, jak ze zwykłym dzieckiem jego ziomków, że to bojowa machina — zrodzona do tego i wyćwiczona od niemowlęctwa. Teraz strach, jaki w nim zaszczepiłam, doszedł do zenitu. I odkryła w sobie uczucie litości dla Dżamisa, przytępione świadomością bezpośredniego zagrożenia jej syna. Dżamis jest zdolny do wszystkiego… do każdej nieprzewidzianej rzeczy… — powiedziała sobie. Po czym zaczęła się zastanawiać, czy Paul widział już tę przyszłość, czy przeżywa to wydarzenie powtórnie. Ale ujrzała sposób poruszania się syna, krople potu na jego twarzy i ramionach, przezorną ostrożność widoczną w harmonijnych ruchach. I po raz pierwszy wyczuła, nie rozumiejąc tego, element niepewności w jasnowidzeniu Paula. Teraz on naciskał swojego przeciwnika krążąc, lecz nie atakując. Widział jego strach.Głos Duncana Idaho rozbrzmiewał w świadomości Paula: „Kiedy twój przeciwnik się ciebie boi, wtedy nadchodzi chwila, by popuścić cugi lękowi, by dać mu czas na działanie. Niech przerodzi się w przerażenie. Przerażony człowiek walczy sam ze sobą. W końcu z rozpaczy atakuje. To jest najgroźniejszy moment, lecz przerażonemu człowiekowi można zaufać w tym, że zwykle popełnia fatalny błąd. Ty uczysz się tutaj wyłapywać i wykorzystywać te błędy”.
Tłum w grocie zaczął szemrać. Oni sądzą, że Paul igra z Dżamisem — pomyślała Jessika. — Uważają, że Paul jest niepotrzebnie okrutny. Ale wyczuwała również ukryte podniecenie tłumu, jego uciechę z widowiska. I widziała narastanie napięcia w Dżamisie. Moment, w którym stało się ono dla niego nie do zniesienia, był dla niej tak samo przejrzysty jak dla niego samego… czy Paula.
Dżamis dał wysokiego susa, wykonując fintę i uderzając z góry prawą dłonią, lecz dłoń była pusta. Krysnóż przerzucił do lewej ręki. Jessice zaparło dech. Ale Chani ostrzegła Paula:„Dżamis walczy obydwiema rękami”. I głębia jego wyszkolenia sprawiła, że przyjął tę sztuczkę en passant . „Uważaj na nóż, a nie na dłoń, która go trzyma” — powtarzał mu Ganey Halleck niejeden raz. „Nóż jest groźniejszy od dłoni i może być w każdej z nich”.
Paul dostrzegł błąd Dżamisa — złą pracę nóg — kiedy po jednym uderzeniu serca dłużej zbierał się do skoku, obliczonym na zdezorientowanie Paula i przerzucenie noża. Z wyjątkiem słabego, żółtego światła kul świętojańskich i wpatrzonych w nich atramentowych oczu ludzi z oddziału Slilgara, przypominało to rundę na parkiecie treningowym. Tarcze nie liczyły się, gdy można było wykorzystać przeciw ciału jego własny ruch. Paul nieuchwytnym ruchem przerzucił nóż, odsunął się na bok, pchnął do góry tam, gdzie opadała pierś Dżamisa, i uskoczył śledząc stopniowe załamywanie się mężczyzny. Dżamis padł jak zmięty łachman, twarzą do ziemi, raz jeden westchnął i odwróciwszy swą twarz ku Paulowi znieruchomiał na skalnej posadzce. Jego martwe oczy wychodziły z orbit jak paciorki z ciemnego szkła.
„W zabiciu sztychem brak artyzmu” — powiedział kiedyś Paulowi Idaho — „lecz nie pozwól, aby to powstrzymało twoją dłoń, kiedy nadarza się okazja”. Oddział rzucił się hurmą, wypełniając krąg i odpychając Paula na bok. Dżamis zniknął wśród gorączkowej krzątaniny. Niebawem cała grupka ludzi pośpieszyła w głąb jaskini taszcząc owinięte burnusem brzemię. Ciało zniknęło ze skalnej podłogi.
Jessika przepychała się w stronę syna. Płynęła w morzu obleczonych w burnusy i śmierdzących grzbietów, przez dziwnie milczącą ciżbę. Teraz jest ów straszny moment — myślała. — Zabił człowieka wyraźną wyższością ducha i ciała. Nie wolno mu się radować takim zwycięstwem. Przedarła się przez ostatki oddziału na niewielką wolną przestrzeń, gdzie dwóch brodatych Fremenów pomagało Paulowi naciągnąć filtrfrak. Jessika utkwiła spojrzenie w syna. Oczy Paula jaśniały. Oddychał ciężko, raczej pozwalając na posługi wokół siebie, niż z nich korzystając.
— On przeciw Dżamisowi i ani śladu na nim — mruknął jeden z mężczyzn.
Z boku stała Chani z oczami wlepionymi w Paula. Jessika zobaczyła podniecenie dziewczyny, uwielbienie w jej delikatnej twarzyczce. Trzeba to zrobić teraz, natychmiast — pomyślała. Nasyciwszy swój głos i zachowanie najwyższą pogardą, rzekła:
— Nooo, no, i co też czuje morderca?
Paul zesztywniał, jakby go uderzono. Napotkał utkwione w sobie zimne spojrzenie matki i twarz mu pociemniała od krwi. Mimowolnie zerknął na podłogę jaskini, ku miejscu, gdzie przed chwilą leżał Dżamis. Stilgar przepchnął się do Jessiki, powróciwszy z głębi groty, dokąd zabrano ciało. Zwrócił się do Paula oschłym, opanowanym głosem:
— Kiedy nadejdzie czas, byś mnie wyzwał i sięgnął po moją burda, nie sądź, że zabawisz się ze mną tak, jak bawiłeś się Dżamisem.
Jessika wyczuła, w jaki sposób jej własne słowa i słowa Stilgara docierając do Paula dokonują w chłopcu swego brutalnego dzieła. Obrzuciła wzrokiem twarze dokoła, tak jak to właśnie czynił Paul, dostrzegła to samo co i on. Podziw, owszem; i strach… i u niektórych odrazę. Spojrzała na Stilgara i zobaczyła jego fatalizm, zrozumiała, jak dla niego wyglądała ta walka. Paul zerknął na matkę.
— Ty wiesz, jak to było — powiedział.
Pochwyciła w jego głosie powrót do normalności, skruchę. Omiotła wzrokiem oddział.
— Paul do tej pory nie zabił nigdy człowieka nagim ostrzem — powiedziała.
Stilgar odwrócił się do niej z wyrazem niedowierzania na twarzy.
— Ja się z nim nie bawiłem — rzekł Paul.
Docisnąwszy się przed matkę obciągnął płaszcz i spojrzał na ciemną plamę krwi Dżamisa na podłodze.
— Nie chciałem go zabić.
Jessika widziała, jak powoli Stilgar przyjmuje to do wiadomości, widziała ulgę, z jaką targa brodę żylastą dłonią. Słyszała szmer zrozumienia wśród ludzi.
— To dlatego prosiłeś go, aby się poddał — powiedział Stilgar. — Rozumiem. Nasze zwyczaje są odmienne, ale przekonasz się, że mają sens. A już myślałem, że wpuściliśmy skorpiona pomiędzy siebie. — Zawahał się i dodał: — A chłopakiem cię już więcej nie nazwę.
Читать дальше