Paul przełknął, pokiwał głową.
Jessika nastawiła ucha na odgłosy maszerującego oddziału, słysząc kroki własne i Paula, i ogarnął ją podziw dla sposobu poruszania się Fremenów. Przekraczali basen w czterdziestu ludzi wśród naturalnych jedynie odgłosów w tym otoczeniu — jak żagle widmowych feluk ich szaty przemykały w gąszczu cieni. Ich portem przeznaczenia była sicz Tabr — sicz Stilgara. Ważyła to słowo w myśli: sicz. Słowo Chakobsa, dawnego języka łowieckiego, które przetrwało niezliczone stulecia. Sicz, miejsce zbiórki w przypadku zagrożenia. Głębokie implikacje tego słowa i języka zaczynały docierać do niej dopiero teraz, gdy ustąpiło napięcie.
— Idziemy dobrym marszem — powiedział Stilgar. — Z pomocą shai — huluda osiągniemy Grotę Grani przed świtem.
Jessika kiwnęła głową, oszczędzając sił, czując przeraźliwe zmęczenie powściągane siłą woli i… przyznała to… siłą wynikającą z upojenia. Jej myśl skupiła się na wartości tego oddziału, na tym, co ujawnia fremeńska kultura. Oni wszyscy — myślała — cała kultura oparta na wojskowej dyscyplinie. Cóż za bezcenna rzecz dla księcia banity!
Fremeni w najdoskonalszym stopniu posiedli ową cechę, przez starożytnych zwaną „spannungsbogen” — która jest samonarzuconą zwłoką między pożądaniem jakiejś rzeczy a aktem wyciągnięcia po nią ręki.
z „Mądrości: Muad’Diba” księżniczki Irulan
Przed świtem podeszli pod Grotę Grani, posuwając się szczeliną w ścianie basenu tak wąską, że musieli obracać się bokiem, by ją pokonać. Jessika zobaczyła, jak Stilgar — odprawia w wątłym brzasku wartowników, przez chwilę obserwowała początki ich wspinaczki na urwisko. Paul zadarł głowę do góry oglądając materię tej planety rozciętą w poprzek wąską szczeliną, która otwierała się ku szarobłękitnemu niebu. Chani pociągnęła go za płaszcz, nagląc do pośpiechu.
— Szybko — powiedziała. — To już świt.
— A ci ludzie wspinający się nad nami, dokąd oni idą? — szepnął Paul.
— Pierwsza warta dzienna — odparła. — Śpiesz się!
Straż wystawiona na zewnątrz — pomyślał Paul. — Mądrze. Ale jeszcze mądrzej byłoby podchodzić do tego miejsca w oddzielnych grupach. Mniejsze niebezpieczeństwo utraty całego oddziału. Zatrzymał się przy tej myśli uświadamiając sobie, że jest to myślenie partyzanckie, i wspomniał obawę swego ojca, że Atrydzi mogą zostać rodem partyzanckim.
— Szybciej — szepnęła Chani.
Paul przyśpieszył kroku, słysząc szelest szat z tyłu. I przypomniały mu się słowa siratu z maleńkiej Biblii P. K. Yuego: „Raj z lewa, piekło z prawa, z tyłu anioł śmierci”. Powtórzył sobie ten wers w duchu.
Skręcili za róg, gdzie przejście było szersze. Stilgar stał z boku, kierując ich do niskiego tunelu, odchodzącego pod kątem prostym.
— Prędzej — syknął. — Jeśli zaskoczy nas tu patrol, będziemy jak króliki w klatce.
Paul schylił się w wejściu i doszedł za Chani do groty oświetlonej gdzieś z przodu wątłym, szarym światłem.
— Możesz się wyprostować — powiedziała.
Wyprostował się, przyjrzał, gdzie jest: głęboka i rozległa przestrzeń pod kopulastym sklepieniem, które łukiem wznosiło się odrobinę tylko wyżej niż na wysokość wyciągniętej ręki człowieka. Oddział rozchodził się w głąb cienia. Paul dostrzegł nadchodzącą matkę, zobaczył, jak przygląda się ich towarzyszom, i zauważył, jak jej się nie udało wsiąknąć we Fremenów, mimo że strój nosiła identyczny. A sposób, w jaki się poruszała… ileż w tym było poczucia siły i gracji.
— Przysiądź gdzieś i nigdzie się nie plącz, dzieciaku — mężczyzno — powiedziała Chani. — Tu masz jedzenie.
Wcisnęła mu w ręce dwa kawałki czegoś zawiniętego w liście. Zionęły przyprawą.
Za Jessiką pojawił się Stilgar, przywołując do porządku grupkę z lewej strony.
— Wstawcie grodź na miejsce i pilnujcie zabezpieczenia wilgoci. Lemil — zwrócił się do innego Fremena — daj kule świętojańskie.
Wziął Jessikę za ramię.
— Chcę ci coś pokazać, magiczna kobieto.
Powiódł ją za skalny zakręt w stronę źródła światła. Jessika zobaczyła, że stoi na szerokim progu drugiego wylotu jaskini wysoko w ścianie urwiska, wyglądając na drugi basen szerokości około dziesięciu do dwunastu kilometrów. Basen osłaniały wysokie skalne ściany. Pod nimi rozsiane były rzadko kępy roślinności. Kiedy Jessika spoglądała na szary w przedświcie basen, ponad przeciwległym obwałowaniem podniosło się słońce, oświetlając beżowy krajobraz skał i piasku. Zauważyła, że słońce Arrakis jakby wyskakiwało nad horyzont. To dlatego, że chcemy je powstrzymać — pomyślała. — Noc jest bezpieczniejsza niż dzień. Ogarnęła ją tęsknota za tęczą w tym miejscu, które nigdy nie ujrzy deszczu. — Muszę powściągnąć takie tęsknoty — myślała. — Są słabością. A ja nie mogę już sobie pozwolić na słabość.
Stilgar, ścisnąwszy ją za ramię, wskazał drugi skraj basenu.
— Tam! Tam widzisz prawdziwych Druzów.
Patrząc za jego wyciągniętą ręką, dostrzegła krzątaninę: ludzie na dnie basenu umykali przed światłem dnia pod osłonę cienia przeciwległego muru urwiska. Mimo odległości ich ruchy były wyraźnie widoczne w czystym powietrzu. Wyjęła spod szaty lornetkę, ogniskując soczewki olejowe na odległych ludziach. Chusty trzepotały jak wzlatujące wielobarwne motyle.
— To jest dom — powiedział Stilgar. — Będziemy tam tej nocy. Wpatrywał się w daleki brzeg basenu szarpiąc wąsa. — Moi ludzie zostali przy pracy na dworze. To znaczy, że w pobliżu nie ma patroli. Dam im później znać, by przygotowali się na nasz powrót.
— Twoi ludzie są bardzo zdyscyplinowani — powiedziała Jessiką.
Opuściła lornetkę, zauważyła, że Stilgar patrzy na przyrząd.
— Oni są posłuszni nakazowi przetrwania plemienia — rzekł. — Na tej samej zasadzie wybieramy spośród nas przywódcę. Przywódcą jest ten, kto jest najsilniejszy, kto przynosi wodę i zapewnia bezpieczeństwo.
Podniósł spojrzenie ku jej twarzy. Odwzajemniając mu spojrzenie zauważyła oczy bez białka, zabarwione oczodoły, oszronione pyłem brodę i wąsy, linię wodowodu wijącego się w dół od nozdrzy w głąb filtrfraka.
— Czy pokonując cię wystawiłam na szwank twój autorytet przywódcy, Stilgarze? — zapytała.
— Nie wyzwałaś mnie — powiedział.
— Ważne jest aby przywódca zachował respekt oddziału.
— Nie ma nikogo wśród tych piaskowych wszy, z kim bym sobie nie poradził — powiedział Stilgar. — Kiedy pokonałaś mnie, pokonałaś nas wszystkich. Teraz oni liczą, że nauczą się od ciebie… magicznego sposobu… a niektórzy pragną się przekonać, czy zamierzasz mnie wyzwać.
Ważyła ukryte znaczenia.
— Pokonać cię w oficjalnej walce?
Kiwnął głową.
— Odradzam ci to bo oni nie pójdą za tobą. Ty nie jesteś z piasków. Przekonali się podczas naszego nocnego przemarszu.
— Praktyczni ludzie — powiedziała.
— To prawda. — Zerknął na basen. — Wiemy, czego nam trzeba. Ale niewielu myśli wnikliwie teraz, tak blisko domu. Przebywaliśmy zbyt długo w pustyni, organizując dostawę naszego kontyngentu przyprawy z wolnymi kupcami dla tej przeklętej Gildii… oby ich gęby na wieki pozostały czarne.
Jessiką zastygła w trakcie odwracania się od Stilgara i obejrzała się patrząc mu prosto w twarz.
— Gildia? Co ma Gildia do waszej przyprawy?
— Tak Liet każe — powiedział Stilgar. — Znamy powód, ale to nie łagodzi naszego rozgoryczenia. Przekupujemy Gildię monstrualną opłatą w przyprawie, by zachować nasze niebiosa czyste od satelitów i innych takich, żeby nikt nie wyszpiegował, co robimy z powierzchnią Arrakis.
Читать дальше