— Może kiedy dotrzemy do siczy Tabr — powiedziała.
To objawienie wstrząsnęło nim, a Jessika pomyślała: Gdyby on tylko znał stosowane przez nas sztuczki! Dobra musiała być tamta Bene Gesserit z Missionaria Protectiva. Ci Fremeni są pięknie przygotowani, by w nas uwierzyć.
Stilgar przestąpił z nogi na nogę.
— Musimy już ruszać.
Skinęła głową dając mu do zrozumienia, że wyruszają za jej przyzwoleniem. Spojrzał w górę urwiska, prawie dokładnie na skalną półkę, gdzie przyczaił się Paul.
— Hej tam, chłopcze, możesz już zejść.
Zwróciwszy się ponownie do Jessiki powiedział sumitującym tonem:
— Twój syn narobił niewiarygodnie dużo hałasu podczas wspinaczki. Musi się wiele nauczyć, żeby nie ściągnąć niebezpieczeństwa na nas wszystkich, ale jest młody.
— Niewątpliwie musimy się wiele nauczyć od ciebie — rzekła Jessika. — Tymczasem najlepiej będzie, jak się zajmiecie swoim towarzyszem opodal. Mój hałaśliwy syn trochę niedelikatnie go rozbroił.
Stilgar obrócił się, aż załopotał jego kaptur.
— Gdzie?
— Za tamtymi krzakami.
Stilgar dotknął dwóch swoich ludzi.
— Zajmijcie się tym.
Zerknął na kompanów, identyfikując ich.
— Brakuje Dżamisa. — Obrócił się do Jessiki. — Nawet twoje szczenię zna magiczną sztukę.
— I racz zauważyć, że mój syn nie ruszył się nawet z góry na twoje żądanie.
Dwaj wysłani przez Stilgara ludzie wrócili podtrzymując pod ręce trzeciego, który słaniał się i dyszał. Stilgar na moment zatrzymał na nich wzrok i powrócił spojrzeniem do Jessiki.
— Syn słucha tylko twoich rozkazów, hę? Doskonale. Wie, co to dyscyplina.
— Paul, możesz już zejść — powiedziała Jessika.
Paul podniósł się i wynurzył w blasku księżyca ponad kryjącą go szczeliną, wsuwając broń z powrotem za szarfę. Gdy się odwrócił, spośród skał stała mu na spotkanie postać druga sylwetka. W księżycowej poświacie i odblasku od szarego kamienia Paul dostrzegł drobną postać we fremeńskich szatach, ocienioną twarz wyzierającą nań z kaptura i muszkę znajomej broni miotającej wymierzona w siebie z fałd jej burnusa.
— Jestem Chani, córka Lieta. — Głos był melodyjny, na pół wypełniony śmiechem. — Nie pozwoliłabym ci skrzywdzić moich towarzyszy — powiedziała.
Paul przełknął ślinę. Postać naprzeciwko niego obróciła się w smudze księżyca i ujrzał twarz elfa i czarne otchłanie oczu. Ta twarz, te rysy znane z nieprzeliczonych najwcześniejszych wizji przyszłości, wprawiły go w osłupienie. Przypomniał sobie gniewną pychę, z jaką kiedyś opisał tę twarz ze snu, mówiąc Matce Wielebnej Gaius Helen Mohiam: „Spotkam ją”. I oto ma przed sobą tę twarz, ale nigdy nie w spotkaniu wyśnionym.
— Byłeś hałaśliwy jak rozjuszony shai-hulud — powiedziała. — I wybrałeś najtrudniejszą drogę w górę. Chodź za mną: pokażę ci łatwiejszą drogę na dół.
Wygramolił się z rozpadliny idąc za jej powiewającą szatą przez powywracany krajobraz. Poruszała się jak gazela, tańcząca ponad skałami. Paul czuł gorący rumieniec na twarzy, był wdzięczny za ciemności. Ta dziewczyna! Była jak muśnięcie przeznaczenia. Czuł się porwany przez przypływ, zestrojony z falą, która unosiła wszystkie siły jego ducha.
Wkrótce stanęli wśród Fremenów na dnie basenu. Jessika uśmiechała się niewyraźnie do Paula, lecz przemówiła do Stilgara:
— To będzie korzystna wymiana nauk. Mam nadzieję, że ty i twoi ludzie nie gniewacie się za naszą gwałtowność. Wydawała się… konieczna. Byłeś o krok od… popełnienia omyłki.
— Uratować kogoś przed omyłką to podarować mu raj — powiedział Stilgar.
Dotknął warg lewą ręką, drugą wyjął broń zza szarfy Paula i rzucił ją kompanowi.
— Będziesz miał swój własny pistolet maula, chłopcze, jak na niego zasłużysz.
Paul otworzył usta, by coś powiedzieć, ale zawahał się przypominając sobie naukę matki: „Początki to chwile bardzo delikatne”.
— Mój syn nie potrzebuje innej broni, niż posiada — powiedziała Jessika.
Wpatrywała się w Stilgara zmuszając go do przemyślenia, w jaki sposób Paul zdobył pistolet. Stilgar zerknął na mężczyznę pokonanego przez Paula. Dżamis stał na uboczu ze spuszczoną głową, ciężko dysząc.
— Trudna z ciebie kobieta — rzekł Stilgar.
Wyciągnął lewą rękę do któregoś z towarzyszy i pstryknął palcami.
— Kushti bakka te.
Znowu Chakobsa — pomyślała Jessika. Zagadnięty wcisnął Stilgarowi w dłoń dwa prostąkoty gazy. Silgar przeciągnął je między palcami, zamocował jeden wokół szyi Jessiki pod kapturem, drugim w ten sam sposób owiązał szyję Paula.
— Teraz nosicie chustę bakka — powiedział. — Gdyby coś nas rozdzieliło, wszyscy poznają, że należycie do siczy Stilgara. O broni pogadamy innym razem.
Następnie oddalił się i zajął przeglądem ludzi w swoim oddziale, przekazując jednemu z nich fremsak Paula do niesienia.
Bakka — myślała Jessika, rozpoznawszy religijny termin: płaczek bakka. Wyczuła, że symbolika chust jednoczy tę gromadę. — Dlaczego opłakiwanie miałoby ich jednoczyć?
Stilgar podszedł do młodej dziewczyny, która narobiła kłopotu Paulowi.
— Chani, weź dziecko — mężczyznę pod swoje skrzydła. Trzymaj go z dala od kłopotów.
Chani dotknęła ramienia Paula.
— Chodź ze mną, dziecko — mężczyzno.
Paul stłumił gniew w swoim głosie.
— Na imię mam Paul. Byłoby dobrze, gdybyś…
— Damy ci imię, młodziku — powiedział Stilgar — w porze mihna, podczas próby aql.
Próby rozumu — przełożyła Jessika. Gwałtowna potrzeba wywyższenia Paula przeważyła w niej wszystkie inne względy.
— Mój syn przeszedł próbę gom dżabbar! — warknęła.
Po ciszy, jaka zapadła, zrozumiała, że poruszyła ich do głębi.
— Wiele o sobie nawzajem nie wiemy — rzekł Stilgar. — Ale za długo marudzimy. Słońce dnia nie może nas złapać w otwartym terenie.
Zbliżył się do mężczyzny, którego Paul powalił.
— Możesz dalej iść, Dżamis?
Odpowiedziało mu mruknięcie.
— Zaskoczył mnie, ot co. To był przypadek. Mogę iść dalej.
— Nie przypadek — powiedział Stilgar. — Czynię cię odpowiedzialnym wraz z Chani za bezpieczeństwo tego chłopaka, Dżamis. Ci ludzie otrzymali moją rękojmię.
Jessika przyjrzała się bacznie typowi imieniem Dżamis. To jego głos spierał się w skałach ze Stilgarem. W jego głosie była śmierć. I Stilgar uznał za stosowne dodatkowo podkreślić swój rozkaz przy tym Dżamisie.
Stilgar rzucił badawczym spojrzeniem po oddziale, gestem przywołał dwóch ludzi.
— Larus i Faruk, zacieracie nasze ślady. Dopilnujcie, by znaku po nas nie zostało. Wzmożona czujność: mamy ze sobą dwoje bez przeszkolenia.
Odwrócił się z ręką wzniesioną i wymierzoną w drugi brzeg basenu.
— W kolumnie marszowej, z ubezpieczeniem na skrzydłach, naprzód marsz. Jessika wyrównała krok ze Stilgarem, rachując głowy. Fremenów było czterdziestu — z nią i z Paulem czterdzieści dwie osoby. Maszerują jak kompania wojska — pomyślała — nawet ta dziewczyna, Chani.
Paul zajął miejsce w szyku za Chani. Za pomniał o zranionej ambicji — że zaskoczyła go dziewczyna. W pamięci pozostała mu teraz tylko szorstka uwaga matki: „Mój syn przeszedł próbę gom dżabbar!” Uczuł mrowienie dłoni od zapamiętanego bólu.
— Patrz, gdzie idziesz — syknęła Chani. — Nie ocieraj się o krzak, bo zostawisz nitkę znaczącą nasz przemarsz.
Читать дальше