Zamykając usta, wyprostował się z trudem i wynurzył głowę na powietrze. Wypluł kuleczki z ust, ale wargi miał tuż nad powierzchnią i nowa fala zalała mu brodę, wypełniając usta metalowym rojem. Każda próba wyplucia go musiała się skończyć kolejnym napływem kulek. Przełknął je spazmatycznie ze śliną i oddychając przez zaciśnięte zęby przedostał się do ściany silosu. Nie opodal biegła barierka. Chwycił ją, pokrzepiony, podciągnął się na pomost, i na leżąco zwymiotował. Dopiero po zwróceniu wszystkich co do jednej diabelskich kulek z żołądka, przypomniał sobie o Gwynnie. Detektyw, sięgający mu do ramienia, nie był w stanie wystawić głowy ponad powierzchnię kulek. Carewe zajrzał do silosu, ale nic się w nim nie poruszało.
Gwynne albo… — szukał właściwego słowa — utonął, albo leżał żywy na dnie zbiornika. Myśl, żeby umyślnie zanurzyć głowę w srebrzystym „płynie”, napełniła Carewe’a przerażeniem, niewykluczone jednak, że detektyw mógł żyć jeszcze dłuższy czas, oddychając powietrzem przesączającym się między kulkami, i pozostawienie go tam było nie do pomyślenia. Spuszczał właśnie nogi przez krawędź silosu, kiedy w środku zaszła zmiana. Równa połyskliwa powierzchnia rozjarzyła się od spodu pięknym purpurowym światłem. Wyglądało to tak, jakby miliony stalowych kulek przemieniły się w rubiny oświetlone przez chwilę blaskiem słońca.
Światło nagle zgasło i Carewe, który właśnie opuszczał się do silosu, zamarł w bezruchu. Gwynne nacisnął spust lasera, to pewne. Ale czy niechcący? Środek zbiornika rozjarzył się ponownie, ale tym razem w jednym punkcie, przybierając kolor rozżarzonego metalu. Carewe poczuł na twarzy żar, a potem w nozdrzach zapach przypalonej stali i czegoś jeszcze.
Dławiąc się i dusząc, podpełzł do wąskich schodów prowadzących na parter. Na dole uświadomił sobie, że w spodniach i butach ma pełno kulek uwierających go przy chodzeniu. Usiadł, zdjął buty i wysypał z nich stalowe kuleczki przysłuchując się z roztargnieniem, jak zmykają wyzwolone, tocząc się po niedostrzegalnych pochyłościach podłogi. Gwynne zginął!!! Z miliona nowych dni, które według Osmana stanowiły przyrodzone prawo każdego człowieka, nie zostało mu nic, nic! Przestał być człowiekiem, detektywem, wrogiem. Przestał istnieć. Smutek i zaskoczenie, jakie odczuwa nieśmiertelny w zetknięciu ze śmiercią, utrudniły Carewe’owi oddychanie. Potrząsnął głową, miotając gorzkie przekleństwa w obojętną ciemność, a potem otrzeźwiał i zabrał się stanowczo do usuwania reszty kulek. Musiał w tym celu zdjąć całe ubranie i wywrócić je na drugą stronę. Zajmując się tym, odkrył dalsze stalowe kulki pod językiem i w głębi nosa. Dmuchał i pluł, a potem poczuł coś dziwnego w oczach. Kiedy nacisnął dookoła powieki, z oczodołów wyskoczyły kulki i ześliznęły się po policzkach.
Upłynęło dziesięć minut, nim się ubrał i dotarł do drzwi, przez które z Gwynne’em weszli do fabryki. Poszedł do bolidu detektywa, a kiedy przypomniał sobie, że nie ma kluczyka do zapłonu, ruszył na piechotę przez sterylnie puste ulice, próbując w myślach odtworzyć trasę, którą tu przyjechali. Wypadki tej nocy sparaliżowały mu umysł, ale kilka wniosków nasuwało się nieodparcie.
Wiadomość, że Atenę wyśledzono w Idaho Falls, została sfabrykowana — był to starannie zaplanowany podstęp, żeby wywabić go z rejonu Three Springs i spowodować jego „zniknięcie”. Ponieważ Gwynne’a wynajął Baienboim, wypływał stąd wniosek, że prezes Farmy obdarzył Carewe’a nowym rodzajem nieśmiertelności, a potem zaaranżował serię zamachów na jego życie. Tylko dlaczego? Z jakiegoż to powodu…?
Przyszła mu do głowy nowa myśl, spychając analizę motywów postępowania Barenboima na dalszy plan. Jeżeli Barenboim chciał go zabić, to w takim razie cała historia ó machinacjach konkurencyjnej firmy farmaceutycznej też została wyssana z palca, a to oznaczało, że Atena równie dobrze może już nie żyć. A zarazem, że jeśli żyje, to tylko Barenboim wie, gdzie jej szukać.
Posterunek policji tonął w mroku. Carewe, który swoją pobieżną wiedzę na temat działalności policji czerpał z przygodnych programów trójwizji, był tym zaskoczony. Wiedział, że w dostatnim i uporządkowanym babskim społeczeństwie przestępstwa popełniano stosunkowo rzadko, ale nie przyszło mu na myśl, że policja pracuje w zwykłych godzinach urzędowania. Stopy paliły go po godzinnych poszukiwaniach, które przywiodły go na ten posterunek, a klatka piersiowa dawała mu się we znaki. Prześladowało go podejrzenie, że trochę kulek dostało mu się do płuc, ale starał się nie myśleć o ewentualnych dalszych zabiegach chirurgicznych. Miał czas martwić się tym później.
Wspiął się po schodach do mrocznego wejścia na posterunek i załomotał do drzwi. Uderzenia jego pięści we wzmocniony plastik brzmiały zniechęcająco cicho. Kiedy rozgoryczony odwracał się od drzwi, w kącie ganku spostrzegł ekran wideofonu. Pod nim widniał miejscowy kod i napis: „W razie nagłych wypadków po godzinach urzędowania dzwonić pod ten numer”. Niezbyt tym udobruchany, wystukał podany numer i czekał, aż ekran ożyje. Najpierw rozbłysnął kolorami, a potem pojawił się na nim płaski obraz mężczyzny o ponurym spojrzeniu, ubranego w szary policyjny mundur.
— O co chodzi? — spytał sennie policjant.
Carewe nie odpowiedział od razu, zastanawiając się, od czego zacząć.
— Porwano mi żonę, a jeden z ludzi, którzy to zrobili, zginął — powiedział.
— Naprawdę? — spytał policjant tak, jakby nie wywarło to na nim najmniejszego wrażenia. — Uprzedzam, że aparat, przed którym pan stoi, rejestruje automatycznie wzór siatkówek oczu, co nam pozwala odnajdywać i stawiać przed sądem kawalarzy.
— Wyglądam na takiego?
Policjant wpatrywał się w niego z rezerwą.
— Gdzie i kiedy to się niby stało? — spytał.
— Słuchaj pan — rzekł gniewnie Carewe. — Zgłaszam poważne przestępstwo i nie zamierzam z tego powodu spędzić całej nocy na waszym parszywym ganku.
— Jeżeli nie poda nam pan szczegółów, niewiele będziemy mogli dla pana zrobić, przyjacielu.
— Dobrze. Żonę porwano trzy dni temu w Three Springs na północ stąd. Natomiast ten człowiek zginął dziś wieczorem, tutaj w Idaho Falls, w fabryce łożysk tocznych.
Policjant wytrzeszczył oczy.
— Był pan dzisiaj w tej fabryce?
— Tak, ale…
— Jak się pan nazywa?
— William Carewe. Mógłby mi pan wyjaśnić, co w tym takiego nadzwyczajnego, że…
— Niech pan się stąd nie rusza do czasu przyjazdu policjanta, panie Carewe. Proszę pamiętać, że mamy wzory pańskich siatkówek.
Aparat zgasł, a Carewe pozostał z chaosem w głowie. Usiadł na najniższym stopniu i rozejrzał się po pustej, nieznanej ulicy. Jego radiowy wytatuowany na przegubie zegarek wskazywał — nie do wiary — że minęła dopiero druga po północy.
Otwierając sakwę, żeby poszukać papierosa, usłyszał warkot helikoptera. Spodziewając się po trosze, że zwiastuje on przybycie policji, podniósł się i spojrzał w niebo, ale maszyna była za duża jak na helikopter osobowy. Leciała na małej wysokości nad miastem, chłoszcząc łopatami nocne powietrze i wstrząsając ziemią. Wzdłuż jej kadłuba błyskały niebieskie światła przejmując Carewe’a dreszczem nagłego przeczucia. Popatrzył na południe, skąd przywędrował, i dostrzegł na horyzoncie ruchomą czerwoną łunę. Miał ponurą pewność, że helikopter, w którym ostatecznie rozpoznał maszynę strażacką, leci właśnie tam. Piekielny żar rozpętany przez Gwynne’a przepalił widocznie ściany silosu i rozgrzane do czerwoności kulki rozpierzchły się po całej fabryce. Możliwe również, że detektyw nastawił wcześniej urządzenie zapalające, żeby zniszczyć dowody morderstwa.
Читать дальше