Carewe pośpieszył do głównego wejścia, czując, że w Kolorado jest wyraźnie cieplej niż w bardziej na północ położonym rejonie Three Springs, i wszedł do jednej z kabin ustawionych szeregiem w poprzek portierni. Nastąpiła minimalna chwila zwłoki, podczas której oddalony o tysiąc kilometrów komputer przedsiębiorstwa sprawdził jego tożsamość, wyraził zgodę na jego obecność i za pośrednictwem mikrofalowego łącza otworzył wewnętrzne drzwi kabiny wpuszczając go do głównego korytarza.
— Pan Barenboim prosi, żeby zgłosił się pan w jego gabinecie na poziomie D, kiedy tylko złoży pan uszanowanie panu Abercrombie, kierownikowi księgowości — przekazała mu wiadomość maszyna.
— Zrozumiałem — odparł z pewnym zdziwieniem. Wiedział, że Barenboim bardzo rzadko odwiedza Przełęcz Randala, lecz przecież nigdy jeszcze ani Farma, ani żadna inna firma farmaceutyczna nie podjęła się równie ważnego przedsięwzięcia jak prace nad E.80. Carewe odszukał biuro kierownika księgowości i spędził tam blisko godzinę, omawiając sprawy zawodowe i ustalając, na czym konkretnie polegają trudności, które ma usunąć. Wkrótce wyszło na jaw, że problem dotyczy nie tyle sposobu prowadzenia rachunków, ile raczej stosunków między wydziałem a Barenboimem. Abercrombie, korpulentny ostudzony ze łzawiącymi oczami i o czujnym spojrzeniu, sprawiał wrażenie dobrze zorientowanego w sytuacji i odnosił się do Carewe’a z rezerwą, jakby podejrzewał, że ma do czynienia z prawą ręką Barenboima od brudnej roboty. Reakcja ta rozbawiła Carewe’a i odebrał ją jako przedsmak tego, co go czeka, kiedy obejmie wysokie kierownicze stanowisko i zdobędzie władze, lecz zarazem trochę zażenowała. Postarał się jak najszybciej wyjść od Abercrombiego i udał się na poziom D.
Biuro Barenboima była mniejsze i nie tak luksusowe jak w dyrekcji Farmy. Okrągłe czarne oko w wewnętrznych drzwiach zamrugało rozpoznając Carewe’a i gładka drewniana płyta odsunęła się w bok. Wszedł do środka i od razu poczuł znajomy aromat kawy, który zawsze otaczał Barenboima podczas pracy.
— Witam, witam, Willy! — Barenboim, którego zastał siedzącego przy niekonwencjonalnym czerwono-niebieskim biurku, przeszedł przez pokój i uścisnął Carewe’owi rękę. Oczy błysnęły mu w głębokich oczodołach. — Jak to miło, że jesteś.
— Ja też się cieszę, że pana widzę.
— To wspaniale — powiedział Barenboim, wracając na swoje miejsce i wskazując Carewe’owi wolne krzesło.
— A… owszem — przyznał Carewe, myśląc w duchu, że wcale nie tak wspaniale, bo miał wolne tylko kilka dni. Dopiero teraz przyszło mu do głowy, że Barenboim stara się usilnie zachowywać jak sprawny, a przynajmniej nie jak typowy ostudzony; przypomniało mu to, że łącząca ich więź jest całkowicie sztuczna i oparta wyłącznie na przypadku i względach praktycznych.
— No i jak tam było? Urlop się udał?
— Owszem, było bardzo przyjemnie, jezioro Orkney jest piękne o tej porze roku.
Po twarzy Barenboima przemknęło zniecierpliwienie.
— Nie pytam o widoki. Jak twoja chuć? Dopisuje jeszcze?
— A jakże! — odpowiedział Carewe ze śmiechem. — Aż w nadmiarze.
— To świetnie. Ogoliłeś się, jak widzę.
— Pomyślałem, że tak będzie najlepiej.
— Zapewne, ale powinieneś raczej używać depilatora. Twoja szczęka ma wyraźnie sinawy odcień i zupełnie nie wyglądasz jak ostudzony.
Carewe poczuł nagłą satysfakcję, ale ukrył ją starannie. To babsko w samolocie było chyba ślepe, pomyślał.
— Jeszcze dziś zaopatrzę się w depilator — zapewnił.
— O nie, mój drogi. Nie wolno zostawić najmniejszego śladu — nigdzie i nikomu — który wskazywałby, że nie użyłeś najzwyklejszego biostatu. Jakby to wyglądało, gdyby domniemany ostudzony kupował depilator?
— Przepraszam.
— Nie szkodzi, Willy, ale na takie właśnie drobiazgi musimy być wyczuleni. Dam ci coś, zanim stąd wyjdziesz. — Barenboim przyjrzał się swoim pulchnym, jakby omączonym dłoniom. — A teraz rozbierz się.
— Słucham?
Barenboim koniuszkiem palca delikatnie wygładził obie brwi.
— Potrzebne nam są próbki tkanek z różnych miejsc ciała — wyjaśnił — żeby sprawdzić, jak przebiega proces reprodukcji komórek, no i oczywiście trzeba będzie koniecznie zbadać liczbę plemników w spermie.
— Rozumiem, ale myślałem, że zrobi to wszystko któryś z waszych biochemików.
— Udostępniając w ten sposób wyniki całemu personelowi laboratoryjnemu? O nie, dziękuję. Co prawda Manny jest lepszym biochemikiem praktykiem ode mnie, ale interesy zatrzymały go na północy, więc sam się tobą zajmę. O nic się nie martw, Willy, drzwi są zamknięte na klucz, a ja mam te kilka ładnych lat doświadczenia.
— Naturalnie. Powiedziałem to bez zastanowienia.
Carewe wstał i z nieprzyjemnym uczuciem, że sprawy przybierają zupełnie fatalny obrót, zdjął ubranie.
Dopiero po ponad półgodzinnym oczekiwaniu na lotnisku w Three Springs przyszło mu na myśl, że Atena być może wcale po niego nie przyjedzie. O tej niezbyt późnej popołudniowej porze poczekalnia dla pasażerów świeciła pustkami. Carewe wszedł do budki wideofonicznej, podał numer domu i wlepił niecierpliwe spojrzenie w ekran, czekając na pojawienie się Ateny. Po raz pierwszy w ciągu dziesięciu lat ich małżeństwa zdarzyło się, że nie wyjechała mu na spotkanie, kiedy wracał z podróży. Pocieszał się w duchu, że jedynie przypadkiem również po raz pierwszy powracał jako ostudzony, tak przynajmniej sądziła. Wybrane z elektronicznej palety kolory na ekranie ułożyły się w dwuwymiarowy obraz przedstawiający twarz jego żony.
— Cześć, Ateno — powiedział, czekając, aż zareaguje na jego widok.
— A, to ty, Will — odparła apatycznie.
— Czekam na lotnisku już ponad pół godziny, myślałem, że po mnie przyjedziesz.
— Zapomniałam.
— O — zdziwił się. Być może sprawił to dwuwymiarowy obraz, ale twarz Ateny wydała mu się przez chwilę obca i wroga. — No, to ci teraz przypominam. Przyjedziesz po mnie czy nie?
— Jak chcesz — odpowiedziała, wzruszając ramionami.
— Jeżeli to dla ciebie zbyt wielki kłopot, wynajmę na lotnisku bolid — rzekł chłodno.
— Dobrze. Do zobaczenia.
Obraz rozpłynął się, przypominając rój barwnych świetlików, które pomknęły w głąb szarych nieskończoności. Carewe pomacał gładką skórę na szczęce i wezbrała w nim, przenikając go na wskroś, potężna fala uczucia. Dopiero po chwili udało mu się rozpoznać je jako… smutek. Atena była chyba jedyną znaną mu osobą, która zachowywała się zawsze wobec innych z absolutną szczerością i która bez żenady i skrupułów zaledwie po kilku minutach odwracała sens wypowiedzianych przez siebie słów, jeżeli odzwierciedlało to zmianę stanu jej ducha. Potrafiła kupić drogi wazon i tego samego dnia roztrzaskać go w drobny mak, potrafiła namówić go na wakacje w wybranym przez siebie kurorcie i zaraz po przyjeździe, jeżeli nie spełnił jej oczekiwań, zrezygnować z pobytu. A przenosząc to na inną płaszczyznę: czyżby całymi latami żerowała na jego uczuciach, przysięgając, że jej miłość do niego nic a nic się nie zmieni po jego ostudzeniu się, żeby potem, w niespełna tydzień po tym fakcie, potraktować go z nieukrywaną pogardą?
Wiedział, że odpowiedź na to pytanie brzmi: tak.
Jeżeli Atena odkryła, że Carewe minus seks równa się zero, nie spodziewał się z jej strony żadnego udawania. Natychmiast z okrutną zdawałoby się łatwością powiedziałaby mu to prosto w oczy i zabrała się do układania sobie życia na nowo. Ilekroć rozważał zamiar ostudzenia się, to przewidywał, że ich małżeństwo przetrzyma najwyżej rok, zawsze jednak dopuszczał możliwość, że potrwa ono miesiąc albo nawet tydzień. Muszę jej o tym powiedzieć, krzyczał w duchu. Muszę natychmiast jechać do domu i powiedzieć mojej żonie całą prawdę o E.80.
Читать дальше