— Candice…
— I jeśli zrobiłeś coś wstrętnego, to zraniłeś także mnie, a nie tylko siebie…
Odsunęła się, przyciskając pięść do podbródka, jakby chciała się sama uderzyć.
— Nie chcę nikogo zranić.
— Wiem. Nie jesteś zły.
— Wyjaśniłbym ci wszystko, gdybym sam wiedział, o co chodzi. Ale nie wiem. W każdym razie nie zrobiłem nic, za co mogliby mnie posłać do więzienia. Nic nielegalnego.
Oprócz sfałszowania danych medycznych.
— Nie będziesz mi tłumaczył, że się niczym nie przejmujesz! Dlaczego nie możemy o tym po prostu porozmawiać?
Wyciągnęła z szafy składane krzesło, rozłożyła je kilka metrów od biurka i usiadła. Kolana trzymała razem, stopy rozstawiła szeroko.
— Powiedziałem już, że sam nie wiem, o co chodzi.
— Czy zrobiłeś coś… sobie? To znaczy, może zaraziłeś się w laboratorium albo… Czytałam, że to możliwe, lekarze i naukowcy zarażają się chorobami, nad którymi pracują.
— I ty, i matka… — Vergil potrząsnął głową.
— Obydwie się boimy. Czy spotkam kiedyś twoją matkę?
— W każdym razie nieprędko.
— Przepraszam, ja… — Candice żywo potrząsnęła głową — po prostu chciałam się przed tobą wygadać.
— W porządku.
— Vergil? — Tak.
— Kochasz mnie?
— Tak — powiedział i zdumiał się, bo była to prawda. Ale nie odwrócił głowy od monitora.
— Dlaczego?
— Jesteśmy podobni — odparł, choć sam nie wiedział, jak to właściwie rozumieć. Może chodziło mu o to, że obydwojgu nic się nie miało udać, że nigdy nie mieli wiele znaczyć. A to dla niego oznaczało klęskę.
— Oj, Vergil!
— Naprawdę. Może po prostu nie zdajesz sobie» z tego sprawy?
— Z pewnością nie jestem taka mądra jak ty.
— Czasami ciężko być mądrym.
Czy to właśnie odkrywają teraz one, moje małe limfocyty? Jak ciężko być mądrym, jak ciężko przetrwać?
— Czy możemy gdzieś dzisiaj pojechać, zrobić sobie piknik? Zostało nam z wczoraj trochę zimnego kurczaka.
Spisał ostatnią kolumnę liczb i zrozumiał, że wie już to, co chciał wiedzieć. Limfocyty rzeczywiście mogły przekazywać swą biologikę innym typom komórek.
Łatwo mogły zrobić to, co mu najwyraźniej robiły.
— Tak — powiedział. — Piknik to wspaniały pomysł.
— A później, kiedy wrócimy… zapalimy światło? Czemu nie? Candice i tak musi się dowiedzieć, wcześniej czy później… Znajdzie się jakiś sposób, żeby wyjaśnić, skąd wzięły się te linie. Dzięki Bogu zbladły trochę pod wpływem kwarcówek.
— Kocham cię — powiedziała Candice, nie spuszczając z niego wzroku i nie podnosząc się z krzesła.
Przesłał dane liczbowe i graficzne do pamięci i wyłączył komputer.
— Dziękuję — powiedział miękko.
PROFAZA
Październik — grudzień
Irvine, Kalifornia
Edward Milligan nie widział się z Vergilem przez dwa lata, jego portret, który przechował w pamięci, zupełnie nie przypominał stojącego teraz przed nim opalonego, doskonale ubranego dżentelmena. Poprzedniego dnia umówili się przez telefon na lunch, a teraz stanęli wreszcie twarzą w twarz w dużych, podwójnych drzwiach prowadzących do kawiarni dla pracowników nowego Centrum Medycznego Mount Freedom w Irvine.
— Vergil? — Edward potrząsnął głową i obszedł przyjaciela dookoła, przyglądając mu się z wyrazem przesadnego zdumienia na twarzy. — To naprawdę ty?
— Miło cię znów zobaczyć, Edwardzie — odparł Ulam, ściskając mocno wyciągniętą ku niemu dłoń. Stracił z dziesięć, dwanaście kilo, a to, co zostało, wydawało się jakby zgrabniejsze. W szkole medycznej był przysadzistym, grubawym chłopakiem o rozczochranych włosach i wystających zębach. Przepuszczał prąd przez klamki drzwi w sypialni, szturchał swych kolegów tak, jakby chciał im połamać żebra i nigdy nie umawiał się z dziewczynami, jeśli oczywiście nie liczyć Eileen Termagant, która z wyglądu była do niego całkiem podobna.
— Wspaniale wyglądasz. Gdzieś ty spędzał wakacje? W Cobo San Lucas?
Stanęli w kolejce do baru, wybierali dania.
— Opalałem się — odpowiedział Vergil, stawiając na tacy karton mleka czekoladowego — pod lampami kwarcowymi. Przez trzy miesiące. Dałem sobie wyprostować zęby zaraz po tym, jak widzieliśmy się po raz ostatni.
Edward obejrzał je, podnosząc palcem górną wargę Vergila.
— Aha. Ale są ciągle odbarwione.
— Są. Vergil potarł wargę i odetchnął głęboko. — Słuchaj, zaraz ci wszystko wyjaśnię, tylko znajdźmy miejsce, gdzie będziemy mogli pogadać w cztery oczy. A przynajmniej tak, żeby nikt nam nie przeszkadzał.
Edward odprowadził go do kącika dla palących, w którym trzech twardych nałogowców siedziało wśród sześciu stolików.
— Słuchaj, mówiłem prawdę — stwierdził, gdy rozładowywali tace. — Ty się naprawdę zmieniłeś. Wyglądasz świetnie.
— Zmieniłem się bardziej, niż przypuszczasz — przytaknął Vergil parodiując dialog z filmowego horroru i teatralnie podnosząc brwi. — Jak tam Gail?
— Bardzo dobrze. Od roku jesteśmy małżeństwem.
— Hej, gratulacje! — Vergil zerknął na swój lunch: plasterek ananasa, biały ser, kawałek bananowego ciasta z kremem. — Zauważyłeś coś jeszcze? — zapytał drżącym lekko głosem.
Edward przyjrzał mu się uważnie.
— No…
— Przyjrzyj się.
— Nie jestem pewien… ależ tak! Nie nosisz okularów. Szkła kontaktowe?
— Nie. Po prostu już ich nie potrzebuję.
— I jesteś taki elegancki. Kto cię teraz ubiera? Mam nadzieję, że ma tyle seksu, co gustu.
— Candice. — Na ustach Vergila pojawił się charakterystyczny skromny i niepewny uśmiech, któremu towarzyszył mniej charakterystyczny błysk oka. — Wyrzucili mnie z pracy trzy miesiące temu. Żyję z oszczędności.
— Zaczekaj. Zróbmy w tym jakiś porządek. A może byś tak zaczął od początku? Pracowałeś? Gdzie?
— Wylądowałem w końcu w Genetronie. Dolina Enzymów.
— North Torrey Pines Road?
— Właśnie. Obrzydliwe miejsce. Niedługo usłyszysz o nich więcej. Wypuszczą akcje, które pójdą w górę jak rakieta. Przełom w BM-ach.
— Biochipy? Vergil skinął głową.
— Są już i takie, które działają.
— Co!? — Brwi Edwarda uniosły się wysoko.
— Mikroskopijne obwody logiczne. Wstrzykujesz je w ludzkie ciało, kierują się tam, gdzie chcesz je mieć i robią swoje. Z aprobatą pana doktora Michaela Bernarda.
Brwi Edwarda powędrowały jeszcze wyżej.
— Jezu, Vergil, Bernard to niemal święty. Miesiąc, dwa miesiące temu był na okładce Megi i Rolling Stone. Dlaczego mówisz mi to wszystko?
— To oczywiście miał być sekret, giełda, przełom w badaniach i tak dalej. Ale ja mam tam swój kontakt. Słyszałeś kiedyś o Hazel Overton? Edward potrząsnął głową.
— A powinienem?
— No, chyba nie. Myślałem, że Hazel serdecznie mnie nie znosi, a tymczasem okazało się, że czuje do mnie coś w rodzaju niechętnego szacunku. Zadzwoniła dwa miesiące temu i zapytała, czy nie zechciałbym napisać z nią artykułu o czynniku F w genomach E.coli.
Rozejrzał się dookoła i zniżył głos.
— A ty rób, co chcesz. Ja mam dość tych sukinsynów. Edward gwizdnął.
— Dajesz mi zarobić, nie?
— Jeśli o tym marzysz? Możesz też posłuchać mnie przez kilka chwil, nim popędzisz do swego maklera.
— Oczywiście. Mów dalej.
Vergil nie tknął ani białego serca, ani ciasta. Zjadł tylko ananasa i wypił mleko czekoladowe.
Читать дальше