Nie wiedziałem, jak mam interpretować swój sen ani co w tej sprawie począć, i ostatecznie zdecydowałem się nie robić nic. Dlatego nie załapaliśmy się na aferę Gilmartina. To, co przeczuwałem, okazało się właśnie aferą — nie było plutonu egzekucyjnego ani zamachu na Kontrolera, lecz wstyd, dymisja i więzienie. Quinn zbiłby na tej historii olbrzymi kapitał polityczny, gdyby to śledczy miejscy odkryli oszustwa Gilmartina, a burmistrz w słusznym gniewie ujawnił, że miasto jest kantowane i że zachodzi konieczność rewizji ksiąg rachunkowych. Nie udało mi się dostrzec szerszego tła i w rezultacie to księgowy stanowy, a nie żaden z naszych ludzi, wyniuchał tę historię — historię o tym, jak to Gilmartin systematycznie kierował miliony dolarów, przeznaczonych dla Nowego Jorku z funduszu stanowego, do miejskich kas kilku miasteczek na północy, czyli do kieszeni własnej i paru prowincjonalnych urzędników. Dopiero poniewczasie zorientowałem się, że miałem aż dwie okazje, żeby znokautować Gilmartina, i obie zaprzepaściłem. Carvajal dał mi tę swoją tajemniczą karteczkę na miesiąc przed moim snem. Sugerował, żeby mieć na niego oko. Gilmartin, żelowanie ropy, Leydecker? No?
— Porozmawiajmy o Carvajalu — zagadnąłem Boba Lombroso.
— Co chciałbyś wiedzieć?
— Jak naprawdę powodziło mu się na giełdzie?
— Przerażająco dobrze. O ile wiem, zgarnął jakieś dziewięć czy dziesięć milionów, i to tylko od 1993. A może dużo więcej. Na pewno działa za pośrednictwem sieci firm maklerskich. Numerowane konta, podstawieni pełnomocnicy i cały repertuar podobnych sztuczek, żeby tylko ukryć, ile rzeczywiście wyciągnął z gry.
— Zarabia wszystko na handlu papierami?
— Wszystko. Wchodzi, akcja idzie w górę, wychodzi. Miałem w biurze ludzi, którzy dorobili się fortun, idąc po prostu za jego wyborem.
— Czy to możliwe, żeby ktokolwiek przewidywał ruchy na giełdzie z podobną skutecznością przez tyle lat?
Lombroso wzruszył ramionami. — Myślę, że udało się to już przedtem kilku osobom. Od czasów Gatesa Postaw-Milion [24] John Warne Gates (1855–1911) — amerykański przedsiębiorca i milioner, dorobił się fortuny produkując drut kolczasty. Śmiałe i ryzykowne operacje na giełdzie zyskały mu przezwisko Gates Postaw-Milion (Bet-a-Million Gates).
krążą legendy o wielkich graczach. Nie znam jednak nikogo, kto byłby równie skuteczny jak Carvajal.
— Ma jakieś przecieki z wewnątrz?
— Nie może mieć. Nie z tylu różnych firm. To musi być czysta intuicja. Po prostu kupuje, sprzedaje, sprzedaje, kupuje i zgarnia zyski. Przyszedł któregoś dnia nie wiadomo skąd, otworzył konto, bez referencji bankowych i bez kontaktów na Wall Street. Transakcje zawsze gotówkowe, żadnej marży. Aż strach człowieka oblatuje.
— Fakt — powiedziałem.
— Opanowany. Obejrzał kasetę, rzucił parę uwag. Nie ma gadania, poruszenia, entuzjazmu.
— Pomylił się kiedyś?
— Owszem, doznał paru porażek. Drobnych. Małe porażki, duże zwycięstwa.
— Ciekawe, dlaczego?
— Co dlaczego? — zapytał Lombroso.
— Dlaczego w ogóle ponosił jakieś porażki?
— Nawet Carvajal musi być omylny.
— Doprawdy? — powiedziałem. — A może przegrywa z powodów strategicznych? Celowe niepowodzenia, żeby pokazać ludziom, że jest tylko człowiekiem. Albo żeby inni nie wykorzystywali automatycznie jego wyboru i nie zakłócali normalnych wahań giełdowych.
— A ty nie wierzysz, że jest tylko człowiekiem, Lew?
— Myślę, że jest człowiekiem, tak.
— Ale…?
— Ale posiadającym niezwykły dar.
— Dar umiejętności wyboru akcji, które pójdą w górę. Faktycznie, niezwykły dar.
— Chodzi o coś więcej.
— Dużo więcej?
— Nie umiem ci jeszcze powiedzieć.
— Czemu ty się go boisz, Lew? — spytał Lombroso.
— Czy powiedziałem coś takiego? Kiedy?
— Kiedy tu był tamtego dnia, opowiadałeś mi, że czujesz się przy nim nieswojo, że wywołuje niepokojące wibracje, pamiętasz?
— Może i tak.
— Myślisz, że uprawia czary? Że jest kimś w rodzaju czarnoksiężnika?
— Znam się na teorii prawdopodobieństwa, Bob. Może nie znam się na niczym innym, ale znam się na teorii prawdopodobieństwa. Carvajal dokonał dwóch rzeczy, które wykraczają poza zwyczajne krzywe probabilistyczne. Jedna z nich to jego wyniki na giełdzie. Druga to ta historia z Gilmartinem.
— Pewnie dostaje gazety o miesiąc wcześniej od innych — powiedział Lombroso.
On się roześmiał. Ja nie.
— Nie stawiam żadnych hipotez — powiedziałem. — Wiem tylko, że Carvajal i ja pracujemy w tym samym fachu i że on jest ode mnie o niebo lepszy, nie mogę się z nim nawet porównywać. Chcę ci po prostu powiedzieć, że niewiele z tego rozumiem i że jestem trochę przestraszony.
Przechadzający się po swoim dostojnym gabinecie Lombroso, którego spokój graniczył niemal z protekcjonalnością, przystanął i wpatrywał się przez chwilę w gablotę ze swymi średniowiecznymi skarbami.
— Robisz się nazbyt melodramatyczny, Lew — powiedział po dłuższej chwili, wciąż stojąc do mnie plecami. — Na świecie jest mnóstwo ludzi, którym często udają się szczęśliwe przepowiednie. Sam należysz do takich osób. Carvajal ma więcej szczęścia od innych, jasne, ale to przecież nie znaczy, że widzi przyszłość.
— W porządku, Bob.
— Mam rację? Kiedy przychodzisz do mnie i mówisz, że prawdopodobieństwo niechętnej reakcji społecznej na taką to a taką ustawę jest takie i takie, to czy widzisz przyszłość, czy po prostu przewidujesz? Nigdy nie słyszałem, żebyś przyznawał się do jasnowidztwa, Lew. A Carvajal…
— W porządku!
— Spokojnie, stary.
— Przepraszam.
— Napijesz się czegoś?
— Chciałbym zmienić temat — powiedziałem.
— A o czym chciałbyś teraz porozmawiać?
— O sprawie żelowania ropy.
Lombroso skinął uprzejmie głową i powiedział:
— Rada Miejska już na wiosnę zgłosiła do komitetu ustawę nakazującą żelowanie wszystkich zapasów ropy na pokładach tankowców wpływających do Zatoki Nowojorskiej. Oczywiście popierają ją Zieloni; kompanie naftowe są oczywiście przeciw. Organizacje konsumentów nie wyrażają zachwytu, ponieważ ustawa z pewnością podniesie koszty rafinacji, co oznacza wzrost cen hurtowych. I…
— Czy nasze tankowce nie są już wyposażone w urządzenia żelujące?
— Tak, owszem. Przepisy federalne obowiązują bodajże od 1983 roku. Od czasu kiedy zaczęło się masowe wydobycie ropy w pasie przybrzeżnym na Atlantyku. Jeśli tankowiec ulega uszkodzeniu — na przykład następuje rozdarcie kadłuba — i zachodzi groźba wycieku, system specjalnych dysz spryskuje ropę w uszkodzonym zbiorniku substancjami żelotwórczymi, które zamieniają ropę w kulę o stałej konsystencji, prawda? Dzięki temu ropa nadal pozostaje w zbiorniku i nawet jeśli statek przełamie się na pół, to bez trudności można zebrać zżelowaną ropę, pływającą w kawałkach po powierzchni wody. Potem należy po prostu podgrzać żel — do temperatury 130 stopni Fahrenheita, tak? — i znów otrzymujemy ropę. Jednak samo spryskanie ładunku w dużym zbiorniku zajmuje od trzech do czterech godzin, a na zżelowanie ropy trzeba czekać dalszych siedem — osiem godzin, czyli cały proces, podczas którego ropa wciąż pozostaje w stanie płynnym, trwa mniej więcej godzin dwanaście. Sporo ładunku może wyciec przez ten czas. Radny Ladrone opracował wiec projekt, zgodnie z którym w morskim transporcie paliw należałoby żelować ropę w ramach czynności rutynowych, a nie tylko w sytuacjach krytycznych — kiedy pęka tankowiec. Ale wiążą się z tym, niestety, takie problemy polityczne, jak…
Читать дальше