— Opłakujemy go —odpowiedzieli chórem.
— Therápōn Marcus, Czarnooki Duch. Kochanek i przyjaciel o gorącym sercu, stale młodzieńczy. Nosił w sobie dziecko nadziei. Opłakujmy go.
— Opłakujemy go —zawołali.
Wymienił wszystkich, wyobraził sobie wszystkich, wspomniał ich przerwane życie. Gdy nie znał kogoś zbyt dobrze, prosił innych, by podali imię i wygłosili inwokację. Uczczono całą załogę Cressidy.
— Innych również powinniśmy opłakiwać —rzekł Gabriel. — Nie wszystkich znamy z nazwiska. Lecz pierwszy, którego poznaliśmy z imienia to Equito Pontus, młody człowiek z dobrej rodziny. —Kiedy wymienił imię Pontusa, tamci się zdziwili. — Nie wiemy, dlaczego służył Wasalom Argosy, czy doprowadziła do tego wiara, ambicja czy zwykły przypadek. Musiałem go jednak zabić, by ratować przyjaciela i naszą wolność, byśmy mogli wypełnić naszą misję. Wyrażam z tego powodu żal i w imieniu ludzkości opłakuję go.
— Opłakujemy go.
— Piscopos Peregrino był mężczyzną leciwym —mówił dalej Gabriel — lecz nie osiągnął przychodzącej z latami mądrości. Nosił w sobie nieodparty przymus, jakiegoś daimōna, który kazał mu zadawać rany i niszczyć. Czynił zło, lecz być może wina nie leży całkowicie po jego stronie. Przyszedł na świat w tym miejscu i wychowano go bez właściwego przewodnictwa. Okoliczności zmusiły mnie, bym zabił go własnoręcznie. Wyrażam żal i w imieniu ludzkości opłakuję go.
— Opłakujemy go —słowa zabrzmiały chórem w mózgu Gabriela.
— Pozostałych nie znam. Czterej anonimowi mężczyźni, którzy dorastali w tym brutalnym świecie i z nieznanych nam przyczyn wybrali brutalne zajęcie. Wyrażam żal, że okoliczności zmusiły mnie, bym rozkazał ich zabić. W imieniu ludzkości opłakuję ich.
— Opłakujemy ich.
Zapadła chwila milczenia. Gabriel rozmyślał, słuchał głosów swych daimonów.
— Prawdopodobnie są dalsze ofiary —rzekł wreszcie. — Obecnie może już toczy się wojna, która ogarnęła ogromną część ludzkości. Musimy jeszcze raz z poświęceniem spróbować, nie bacząc, że to próba rozpaczliwa, zapobiec dalszemu niszczeniu życia. Jeśli stąd zdołamy wpłynąć na bieg wojny, musimy to zrobić i zadać wrogowi nieodwracalny cios.
— Miejmy nadzieję, że tak właśnie będzie —rzekła Clancy.
— Miejmy nadzieję — powtórzył Gabriel. — Miejmy nadzieję, że dzięki nam nie trzeba będzie opłakiwać innych ludzi.
— Miejmy nadzieję.
Gabriel dopuścił teraz Cyrusa, jego głos brzmiał jak kościany flet grający pieśń pogrzebową Gabriela. Oszczędne, pozbawione ozdobników wykonanie Cyrusa było doskonałe — nuty, flet, posępny nastrój przemawiały same za siebie.
Potem zapadła cisza. Gabriel robił plany. Najlepsze jakie w tej sytuacji potrafił.
Tej nocy, kilkanaście kilometrów od gospody, gdzie zamierzali zatrzymać się na noc, by konie odpoczęły, powóz zaatakowała grupa rabusiów na koniach, wywijając mieczami i pistoletami. Przed tymi ludźmi podróżni nie musieli skrywać swych prawdziwych możliwości. Zostawili w spokoju śmieszne, noszone na pokaz pistolety skałkowe i użyli, zamiast nich, swej prawdziwej broni. Mimo ciemności, groźne sylwetki napastników były wyraziste dla istot widzących w podczerwieni. Wszyscy jednocześnie oznaczyli cele i przez powietrze pomknęły z sykiem samonaprowadzające kule. W ciągu trzech sekund padły wszystkie konie bandytów. Ludzie, nagle spieszeni, nie potrafili zdobyć się na odwet. Wkrótce pozostawiono ich z tyłu. Podekscytowany Manfred szczekał drwiąco z okna powozu.
Gabriel czuł, że samopoczucie grupy nieco się poprawiło. Ten nic nie znaczący triumf nad grupką śmiesznych przeciwników był jednak pewnym zwycięstwem.
Remmy wyciągał już swój skałkowiec o srebrnej kolbie, spojrzał na pozostałych i z powrotem wsunął pistolet do olstra.
— To jakaś broń? — zapytał. — Nie słyszałem hałasu.
Gabriel pokazał mu mały, mieszczący się w dłoni pistolet. Krótka gruba lufa wystająca między drugim a trzecim palcem zaciśniętej dłoni, magazynek połączony z lufą jak poprzeczka litery T, zaprojektowany do trzymania w zaciśniętych palcach.
Remmy wyciągnął dłoń.
— Mogę zobaczyć? — zapytał. — Będę ostrożny.
Gabriel wręczył mu broń. Remmy popatrzył na gładką masę z twardego plastiku, gładkie czarne krzywizny, które pasowały do odpowiednich krzywizn w dłoni Gabriela. Obrócił pistolet w dłoni, potrząsnął głową.
— Widziałem pistolety kieszonkowe — oznajmił — ale były zupełnie inne. — Podniósł wzrok. — Dlaczego on nie wywołuje hałasu?
Gabriel chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią.
— Materiał miotający — rodzaj prochu, który stosujemy — został przymocowany do kuli i spala się wolniej niż proch, do którego jesteś przyzwyczajony. Kula odpala się raczej jak raca, niż jak pociski, które znasz, i wydaje syk jak fajerwerk.
Remmy zważył pistolet w dłoni.
— Wasze race muszą być malutkie. W jaki sposób potrafią czynić szkody?
— Mają w środku trochę materiału wybuchowego — wyjaśnił Gabriel. — Wchodzą w cel i wybuchają.
Gabriel postanowił nie wspominać o czujnikach w rakiecie, o oneirochronicznym systemie odpalania, połączonym z jego reno, który wystrzeliwał na wydany w myślach rozkaz, o systemie celowania w swym reno. Nie powiedział też o tym, że pistolet zawiera dwa magazynki, jeden z nabojami wybuchającymi, drugi z szybko działającym środkiem usypiającym.
— Dlaczego nie użyliście swojej broni przeciw Peregrinowi?
— To by wywołało zbyteczne komentarze — odparł Gabriel. — Po znalezieniu ciał zranionych w sposób, którego nikt nie rozumie, zaczęto by nas znacznie energiczniej szukać.
A środek usypiający w strzałkach, nawet wprowadzonych do tętnicy szyjnej, przynosił efekty dopiero po kilku sekundach. To wystarczyłoby Wasalom na wszczęcie alarmu.
Remmy usiłował wszystko zrozumieć. Gabriel zerknął na Clancy — obserwowała zamyślonego Remmy’ego. Podniosła wzrok; spojrzeli sobie w oczy.
— Nie ma spustu — rzekł Remmy. — Ani spłonki. W żaden sposób nie da się włożyć spłonki. Jestem żołnierzem i taka budowa broni przeczy wszystkiemu, czego uczyłem się o swym rzemiośle. Podejrzewam — ujął broń w rękę, celując w okno — że jeśli spróbuję z tego wypalić, nie wystrzeli.
Nie wystrzeli sam z siebie. Gabriel widział, jak od ściskania pistoletu bieleją Remmy’emu knykcie. Mężczyzna spojrzał zamyślony na Gabriela.
— Winny ci jestem życie Ghibreelu — rzekł — i również swą miłość.
Nie żywię do ciebie urazy, że wprowadziłeś mnie w błąd, lecz teraz rozumiem, że wy wszyscy nie jesteście z Nanchanu, więc wyjaśnijcie mi lepiej, kim właściwie jesteście.
Clancy przeniosła wzrok z Remmy’ego na Gabriela. Skinęła głową.
— Powiedziałabym mu to, co jest w stanie pojąć, Aristosie —doradziła.
Gabriel potwierdził szarpnięciem podbródka, wyciągnął dłoń, Remmy położył na niej broń, a Gabriel ją schował.
— Wiele z tego, co powiedzieliśmy, jest zgodne z prawdą oświadczył. — Jestem księciem swego kraju, Clansai jest lekarką, Quil Lhur moim sekretarzem, a pozostali mymi sługami.
Remmy szarpnął podbródkiem. Z ciemności patrzył na Gabriela rozszerzonymi źrenicami.
Читать дальше