Kolację podano w mniejszej rodzinnej jadalni, o ścianach wyklejonych żółtą jedwabną tapetą; stały tam wymyślne rzeźbione meble, inkrustowane białymi kawałkami muszli. P.J. i Walpurga jedli w zgodzie, choć bez okazywania uczuć, jeśli nie liczyć bezceremonialnego zwrotu Walpurgi: „Podaj mi sos, najdroższy”. Roland rozprawiał o wydarzeniach politycznych. Martinez, gdy go spytano, powiedział, że znajduje małżeństwo jako coś zaskakująco miłego — twierdziłby tak nawet wówczas, gdyby nie uważał tego za prawdę.
Kiedy Martinez wrócił do hotelu, zastał Terzę leżącą na łóżku. Ubrana nadal w lekkie spodnie i jedwabną bluzkę, którą włożyła do tropików, obejmowała kallę, wyjętą z kompozycji kwiatowej. Miała na twarzy zadowolony, dość tajemniczy uśmiech.
Martinez stanął w drzwiach i chłonął ten widok.
— O czym myślisz?
Przyjemność zadrgała w kącikach jej ust.
— O naszym dziecku.
Poczuł rozedrgane ciepło we krwi. W kilku krokach przemierzył dzielącą ich przestrzeń, usiadł ma materacu i dotknął ręki Terzy.
— Nie możesz przecież wiedzieć, czy jesteś już w ciąży.
— Nie. W zasadzie mam nawet pewność, że nie jestem. — Terza spojrzała na niego i przesunęła się, by położyć mu głowę na kolanach. — Ale będę, zanim wyjedziesz. Mam… uczucie nadchodzącej płodności, Martinez pogłaskał ją po wonnych włosach. Na dłoni czuł ciepło jej policzka.
— Cztery dni — rzekł.
Westchnęła. Szukała wzrokiem jego oczu.
— Dziękuję — powiedziała. — Byłeś dla mnie bardzo dobry.
— Dlaczego miałbym nie być? — spytał zaskoczony.
— Małżeństwo to nie twój pomysł. Mogłeś wyładować na mnie każde swoje niezadowolenie. Przecież tylko mnie miałeś pod ręką. — Ujęła i pocałowała jego dłoń. — Ale ty próbowałeś mnie uszczęśliwić. Doceniam to.
„A jesteś szczęśliwa?”. To było następne logiczne pytanie, ale Martinez zawahał się i go nie zadał. W tej chwili nastrój w pokoju stymulował do mówienia prawdy, a on nie chciał kusić losu.
— Nie mogę sobie wyobrazić, żebym chciał cię zranić — powiedział.
Znowu ucałowała jego dłoń.
— Cztery dni — powiedziała i uśmiechnęła się do niego. — Szczęściarze z nas, że mamy aż tak dużo.
— Szczęściarze. — Pogłaskał ją po policzku, a ciepła czułość wezbrała w jego krwi. — Jestem szczęściarzem.
Największym szczęściarzem we wszechświecie, pomyślał, wspomniawszy słowa Suli.
Zastanawiał się, czy teraz Sula powiedziałaby to samo.
* * *
Dzień po tym, jak Konwokacja opuściła Zanshaa, nowy gubernator wojskowy, Dowódca Floty Pahn-ko ogłosił, że jako środek bezpieczeństwa na całej Zanshaa zostanie wprowadzony stan wojenny i że pierścień akceleracyjny ma być całkowicie ewakuowany w ciągu najbliższych dwudziestu dziewięciu dni. Otaczający planetę pierścień miał ogromną objętość, żyło na nim prawie osiemdziesiąt milionów obywateli, więc ta decyzja powodowała wiele logistycznych problemów.
Mogło być gorzej, myślała Sula. Wewnętrzne przestrzenie pierścienia, wielkie, ale bez wdzięku, stanowiły naturalne pomieszczenia mieszkalne dla ubogich.. Jednakże władze nie chciały, by tak ważny obiekt jak pierścień Zanshaa, z portem, obiektami wojskowymi, centrami administracyjnymi i zapasami niebezpiecznej antymaterii, stał się przytuliskiem elementów niestabilnych społecznie. Takie akurat elementy lubiły czaić się wśród niskiego stanu. Dlatego sztucznie utrzymywano wysokie czynsze, a mieszkańcy pierścienia nieustannie byli na poziomie klasy średniej. Przyciągały ich na pierścień niektóre przywileje: wspaniałe możliwości edukacyjne dla dzieci i szanse dorobienia się na pośrednictwie w handlu międzygwiezdnym czy na transporcie wojskowym i cywilnym. Większość pierścienia była w zasadzie pusta — gdyby ktoś próbował tanio zamieszkać w niewykorzystanej przestrzeni, nie miałby wody, energii ani ogrzewania.
Teraz solidni obywatele z pierścienia mieli zjechać windami na powierzchnię Zanshaa. Codziennie miliony ludzi, każdy z torbą rzeczy osobistych i wymaganiem, by dostać dom i jedzenie. Może obecnie nie byli biedakami, ale wkrótce się nimi staną.
Światłe umysły Zarządu Konsolidacji Logistycznej zaprzęgnięto do pracy nad tym problemem.
— Prawie trzy miliony każdego dnia, przez cały miesiąc! — wykrzyknął Lai-own, szef Suli. — Niemożliwe!
— Może po prostu trzeba wykopać ich z pierścienia i niech dostają się na dół własnym sumptem — zasugerowała Sula.
Lai-own spojrzał na nią wściekłym wzrokiem — Wolałbym propozycje bardziej użyteczne, jeśli łaska — zbeształ Sulę.
Sula wzruszyła ramionami. Kiedy zaczęła pracować nad problemem, zrozumiała, że ewakuacja upraszcza sprawy. W górę na pierścień jeździli tylko najpotrzebniejsi członkowie personelu i inżynierowie; wykonywali prace przygotowawcze do rozwalenia pierścienia na części. Kiedy pierścień zostanie pozbawiony wszystkich użytecznych towarów i zapasów, ogromne wagony, które normalnie przewoziły ładunki, można dostosować do przewozu ludzi. Jeśli wagonów nie wyposaży się na czas w wystarczającą liczbę foteli akceleracyjnych — a raczej się tego zrobić nie zdąży — można umieścić pasażerów jak sardynki między cienkimi, grubo wyściełanymi ściankami działowymi.
Podróż nie będzie przyjemna, ludzie się trochę poobijają, ale to wykonalne.
— Jak znajdziemy dla nich miejsca tu na dole? — biadolił Lai-own.
— Obecnie mamy na planecie trzy miliardy ludzi — zauważyła Sula. — Osiemdziesiąt dodatkowych milionów to kropla w wiadrze.
Zaczęła pracować nad problemem, zadowolona, że władze przyjęły jej plan ewakuacji rządu i floty, oraz rozsadzenia pierścienia na kawałki. Byłoby miło, myślała, gdyby ktoś z władz docenił jej wkład. Nie obraziłaby się za następny medal. Nawet zwykłe „dziękuję” byłoby miłe.
Nie nadeszło żadne podziękowanie. Zastanawiała się, czy ten sukinsyn Martinez nie uszczknął jej części zasług.
Jej samodestrukcyjne zapędy nie przetrwały tamtej nocy, gdy słuchała derivoo. Krótki czas syciła się morderczymi zamiarami, ale szybko je odrzuciła jako niegodne.
Przecież nic ważnego się nie zmieniło. Mężczyzna, którego Sula nienawidziła, ożenił się z kobietą, którą ledwo znała — dlaczego miała się tym przejmować? Jej własna pozycja praktycznie pozostała niezmieniona: miała ten sam stopień, te same dystynkcje i żyła z tą samą wiedzą o niebezpieczeństwach co przed miesiącem. Zasadnicze sprawy pozostały te same.
Wszystko to skutecznie sobie wytłumaczyła, a wątpiła w te prawdy jedynie nocami, sama w gigantycznym łóżku Sevigny, kiedy szalały w niej wściekłość, samotność i rozpacz.
Wdzięczna była za tę robotę, a i szef był zadowolony, że przez długie, nerwowe godziny pracowała przy ewakuacji. Jeszcze bardziej się ucieszyła, gdy we flocie ogłoszono nabór ochotników. Obiecywano niebezpieczną służbę, związaną z obroną Praxis, oraz szanse na sławę i awans.
Sula sądziła, że wie, po co są ochotnicy. Plan, przedłożony przez Martineza Zarządowi Floty, wymagał armii, która by broniła Zanshaa City przed Naksydami. Było trochę za późno, żeby stworzyć armię, ale przypuszczała, że lepiej późno niż wcale.
Zastanawiała się nad swoją sytuacją — wiedziała, że cały Zarząd Konsolidacji Logistycznej miał się ewakuować za dziesięć dni. Mogła spędzić resztę życia w swojej niszy, wysyłając dostawy, a inni niech się troszczą o zwycięstwo.
Читать дальше