— Życzę panu wszelkiego szczęścia, milordzie.
Alikhan wycofał się; służbę trzymano w innej części hotelu.
Martinez zerwał z siebie pozostałe części munduru. Popatrzył przez chwilę bez zrozumienia na piżamę, a potem wrzucił ją do szuflady. Włożył szlafrok i poszedł do łazienki, by wyszczotkować zęby i uczesać włosy.
Wrócił do sypialni i zastanawiał się, czy powinien od razu wejść do łóżka, czy czekać na Terzę.
Ściemnił lampę, aż się ledwo żarzyła, i wygładził pościel. Nadzieja i uraza walczyły w jego myślach. Zsumował w pamięci godziny spędzone w towarzystwie Terzy i przekonał się, że było ich mniej niż osiem.
Pamiętał, że było kilka kobiet, które zabrał do łóżka po znajomości krótszej niż osiem godzin. Dlaczego ta okazja miałaby być inna?
A jednak była. Tych innych kobiet nie musiał już więcej widywać, z Terzą natomiast pozostanie przez resztę życia albo przynajmniej do chwili, kiedy jej ojciec nakaże jej rozwód. Dzisiejszy wieczór będzie miał trwałe konsekwencje, a tamte inne wieczory nie miały.
Odwrócił się na dźwięk otwieranych drzwi i zobaczył wchodzącą Terzę. Miała na sobie jedwabną koszulę nocną w intensywnie niebieskim kolorze, niebieską, nieco jaśniejszą lizeskę ze złotymi koronkami i futrzanym kołnierzem złotym w czarne ciapki. Na nogach pantofle z pomponami. Czarne włosy zaczesała za lewe ucho, gdzie umieściła wielki biały storczyk. Łono zdobił naszyjnik z bladych kwiatów.
Martineza wręcz zmroziło autentyczne piękno tego obrazu, czuł, jak nieoczekiwanie wpływa na jego nerwy, na reakcję mrowiącej skóry. Terza przystanęła przy wejściu i obdarzyła go nieśmiałym uśmiechem.
Martinez podszedł do niej, ujął jej dłoń i ucałował.
— Jesteś piękna — powiedział. — Nigdy nie widziałem nic równie cudownego.
W jego umyśle pojawiło się wspomnienie Suli, pamiętał, jak krew podpływała jej ku powierzchni skóry pod dotknięciem jego palców. Zdusił to wspomnienie. Objął ramieniem kibić Terzy i ucałował sprężyste wargi.
— Nie jesteś zmęczona? — zapytał.
— Oczywiście, że jestem. — Uniosła dłoń, by dotknąć jego policzka. — Ale dla pewnych rzeczy warto trochę pobyć bez snu.
Znów ją pocałował. Jej wargi rozwarły się ciepło, a jego krew rozpaliło nagłe pożądanie. Objęła go ramionami. Martinez pocałował jej obnażoną szyję i zapach perfum dotarł do jego nerwów. Krew mu zastygła i cofnął się.
— Czym pachniesz?
Spojrzała na niego z całą niewinnością.
— Zmierzch na Sandamie — odparła.
— Prze… przepraszam — powiedział. — Ale czy mogłabyś to zmyć. — Kaszlnął delikatnie. — Ja… mam alergię. Przepraszam.
Oczy Terzy rozszerzyły się ze zdziwienia.
— Oczywiście. — Ofiarowała mu szybki pocałunek i opuściła jego ramiona. — Zaraz wracam.
Martinez podszedł do łóżka i bezwładnie opadł przy ciężkim, drewnianym wezgłowiu. Serce zaczęło mu bić nierytmicznie, a czoło nagle połaskotał pot. Wspomnienie Suli w takim momencie było jak uderzenie obuchem.
Wstał, otworzył okno i wdychał nocne powietrze, czyszcząc gardło z perfum Suli. Zamęt w głowie ustał. Strach ustąpił. Kiedy Terza wróciła, równie elegancka jak poprzednio, cała spowita w zapachu mydła lawendowego, Martinez uśmiechnął się i wziął ją w ramiona.
Pociągnął ją do łóżka i siadł z nią na brzegu materaca. Rozwiązał satynową wstążkę i zsunął z Terzy lizeskę. Dziewczyna spojrzała na niego ze spokojem w twarzy, źrenicami szerokimi i głębokimi jak ocean w przyćmionym świetle.
— Rano kazałam usunąć sobie implant — oznajmiła. — Lekarka stwierdziła, że nie będzie potrzebny progesten. Powiedziała, że w ciągu miesiąca po usunięciu implantu szanse na ciążę są znacznie zwiększone. — Palcami dotknęła jego włosów na skroni. — Szanse, że wkrótce pocznę, jeśli tego zechcemy.
Martinez, obezwładniony cichym wybuchem nieoczekiwanej radości, poczuł, jak czerwienieje mu skóra.
— To cudownie — odparł. Kiedy ją całował, powziął w duchu spokojne postanowienie: nie będzie traktował tego małżeństwa ani lekko, ani jako coś narzuconego; Terza zniżyła się, by go poślubić, co więcej, by począć jego dziecko, i winien jej był przynajmniej wysiłek podtrzymania jej godności; jeśli ma być mężem, będzie się starał być mężem jak najlepszym; to minimum, by zachować szacunek dla siebie.
Wyciągnął kwiaty z okolic karku Terzy i ucałował jej szyję i ramiona. Na wargach czuł ciepło jej skóry. Pociągnął ją na łóżko. Miała bladą twarz wśród czarnego kwiecia włosów. Kiedy ją pieścił, obserwowała go spod wpółprzymkniętych powiek.
Sula to ogień i pasja, Amanda — śmiech i radość. Terza to coś głębszego, być może bardziej znaczącego. Był tam ośrodek wytwornego opanowania, który umykał Martinezowi, nawet gdy po niego sięgał. To z pewnością było efektem wychowania, choć może odzwierciedlało również istotę Terzy, rodzaj akceptacji, którą nosiła w głębi serca.
Wszystko co robił, robił dla jej przyjemności. Dążył do tego, by dłońmi i wargami zakłócić ten godny spokój, który widział od pierwszego dnia na podwórcu Pałacu Chenów, i otrzymał nagrodę: oddech Terzy przyśpieszył przy mimowolnym krzyku.
Dźwięk go rozpalił — więc ten rdzeń nie składał się z samego opanowania. Zwielokrotnił wysiłki; dostosował swój oddech do jej oddechu. Jej palce wpijały się w jego ramiona, plecy, ręce. Znowu krzyknęła. Okrzyk zagubionej duszy, zaalarmowanej, że ni stąd, ni zowąd wędruje w ciemnościach, a on pomógł jej znaleźć drogę z powrotem do światła, gdzie oczekiwał on, jej partner łoża i oddechu, jej mąż…
* * *
Pobielone ręce śpiewaczki unosiły się w powietrzu, ich widok kojarzył się z parą kochanków wirujących na parkiecie. Jej głos przypominał szczęk miecza, wznosił się lotem orła, krwawił jak rana. Publiczność bez tchu wsłuchiwała się w każde słowo i drżała z emocji, widząc kontrolowaną wściekłość w czarnych oczach pieśniarki.
Sula siedziała sama w tylnej części klubu, przed nią na stole stał nietknięty drink. Rozważała na serio, czy nie wprowadzić alkoholu do swego stylu życia.
Wiedziała, że po południu odbył się ślub Martineza; kroniki towarzyskie szczegółowo o tym donosiły. Martinez i lady Terza znajdowali się w tej chwili w łożu i Martinez grał ze swą panną młodą w te same gry, w które zaledwie kilka nocy temu grał z Sulą. Rodzina Chenów sporządzała listę gości, widocznie nie konsultując jej z młodymi, więc Sula została nawet zaproszona na uroczystości ślubne. Praca dostarczyła jej pretekstu, by tam nie pójść. Wysłała jednak pięknie opakowany prezent — parę dobranych waz Guraware, podarowanych jej wcześniej przez Martineza.
Zarząd Konsolidacji Logistycznej, pod wodzą Dowódcy Floty, Lai-owna, odwołanego na okres wojny z emerytury, miał za zadanie rozwiązywać konflikty między rozmaitymi zapotrzebowaniami wojska na ograniczone zasoby. Trzeba było podejmować decyzje, która z rządowych agend ma pierwszeństwo do majątku i Zarząd Konsolidacji właśnie te decyzje podejmował.
Zadanie było nudne i wymagało pracy w nadgodzinach. Dla Suli nie stanowiło to problemu. Im więcej czasu spędzała w biurze, oderwana od swych myśli, tym lepiej.
Wzięła niewielki kieliszek i koniuszkami palców poczuła gładką, chłodną powierzchnię. W nozdrza uderzył ją ostry, ziołowy zapach. Zamówiła iarogiit, wódkę uzyskaną z bulwiastej rośliny lai-ownowskiego pochodzenia, a następnie przyprawioną jakimś cytrusowym zielskiem. W efekcie uzyskano płyn fioletowawy z zawartością około pięćdziesięciu pięciu procent alkoholu.
Читать дальше