Słowa Wiktora zrobiły wrażenie. Przez jakiś czas wszyscy trzej szli w milczeniu, zagłębieni w myślach. Osiedle pozostało za nimi. Z daleka widniał park i budynki Instytutu, a za nimi — ogromna stalowo-szklana hala doświadczalna Biura Konstrukcyjnego.
— Chłopcy, a jak teraz będzie z Leną? — zapytał Adam i spojrzał na Kriwoszeina. Spojrzał na niego i Krawiec.
— Będzie, jak było — zdecydowanym tonem powiedział tamten. — Dla niej nic się nie zmieniło, jasne?
Adam i Krawiec nic nie odpowiedzieli. Weszli w kasztanową aleję, bardziej ocienioną i chłodniejszą.
— „Oto czym jesteś, człowieku. Oto ile możesz, człowieku. Czegóż chcesz od siebie samego, człowieku?” — powtarzał Kriwoszein.
— Efektownie powiedziane! Bardzo efektownie! Gdybym miał dużo pieniędzy, postawiłbym w każdym mieście obelisk z napisem: „Ludzie! Unikajcie płytkich pewników życiowych, które zawierają tylko półprawdy! Nie ma nic bardziej kłamliwego i niebezpiecznego od płyciutkich pewników życiowych, albowiem są one przystosowane nie do życia, ale do naszych mózgów!”
Krawiec spojrzał na niego z ukosa.
— Do czego pijesz?
— Do tego, że twoje wady, Wiciuniu, są właściwie przedłużeniem twoich zalet. Wydaje mi się, że Krtwoszein-pierwowzór trochę z tobą przedobrzył. Ja osobiście nie mogłem nigdy zrozumieć, dlaczego ludzie o dobrze rozwiniętej umiejętności logicznego myślenia są zwykle utożsamiani z mądrymi…
— A może byś trochę konkretniej!
— Mogę konkretniej, Witeczku. Zacząłeś dobrze: człowiek jest skomplikowany i wolny, nie należy go upraszczać i programować, powstanie Człowiekoznawstwo i Człowiekotechnika — i doszedłeś do wniosku, że do nas należy posuwanie naprzód tej nauki i techniki, a od reszty powinniśmy się odizolować. Niech ludzie decydują sami.
Wniosek dla nas bardzo wygodny, nie do odparcia. Ale zastosujmy twoją teorię do innej sytuacji. Istnieje na przykład nauka o jądrze atomowym i technika jądrowa. Istniejesz ty. przepełniony najlepszymi zamiarami przeciwnik broni jądrowej. Dano ci całkowitą swobodę rozwiązania tego problemu: dostałeś klucze od wszystkich magazynów z bronią jądrową, wszystkie kody i szyfry, otrzymałeś prawo wstępu do wszystkich zakładów atomowych i działaj!
Adam roześmiał się cicho.
— No i jakże wykorzystasz te wspaniałe możliwości ratowania świata? Wiem jak: będziesz stał na środku magazynu nuklearnego i ryczał z przerażenia.
— Dlaczego mam akurat ryczeć?
— Dlatego, mój drogi, że ni cholery się na tych sprawach nie znasz tak samo jak inni na naszych sprawach… Tak, będzie taka nauka i taka technika. Ale tutaj pierwszymi specjalistami jesteśmy my. A specjalista oprócz obowiązków ogólnoludzkich ma jeszcze dodatkowe: odpowiada za swoją naukę i wszelkie jej zastosowania!
Dlatego że w ostatecznym rozrachunku on wszystko to robi za pomocą swoich koncepcji, swojej wiedzy, swoich decyzji. On i nikt inny! A więc czy chcesz, czy nie chcesz, ale kierować rozwojem nauki o syntezie informacji musimy m y.
— No, powiedzmy… — Krawiec nie poddawał się. — Ale jak nią kierować? Przecież absolutnie niezawodny sposób zastosowania odkrycia z korzyścią dla człowieka, na który przysięgaliśmy rok temu — nie istnieje!
— Patrzcie, chłopcy — powiedział cicho Adam.
Wszyscy trzej spojrzeli w lewo. Na ławce pod drzewem siedziała dziewczynka. Koło niej leżał tornister, a obok stały kule. Cienkie nogi w czarnych pończochach były nienaturalnie powykręcane.
Promyki słońca, przenikające między liśćmi, iskrzyły się na jej ciemnych włosach.
— Idźcie, dopędzę was — Kriwoszein podszedł do niej i usiadł obok na brzegu ławki. — Dzień dobry, mała!
Ze zdziwieniem spojrzała na niego dużymi, jasnymi, ale wcale nie dziecinnymi oczami.
— Dzień dobry…
— Powiedz mi… — Kriwoszein uśmiechnął się tak dobrodusznie i mądrze, jak tylko potrafił, żeby nie wzięła go za pijanego i nie przelękła się — tylko nie zdziw się, dobrze? — czy w twojej szkole plują do ucha człowiekowi, który nie dotrzymał słowa?
— Nie-e-e — bojaźliwie odpowiedziała dziewczynka.
— A za moich czasów pluli, był taki barbarzyński zwyczaj… I wiesz co? Słowo ci daję: nie minie rok, a będziesz zdrowa i piękna.
Będziesz biegać i skakać, jeździć na rowerze, kąpać się w Dnieprze… Wszystko będzie! Obiecuję. Jeśli skłamię, możesz mi napluć do ucha!
Dziewczynka patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami. Na jej ustach pojawił się niepewny uśmiech.
— Ale… u nas przecież nie plują. Nasza szkoła to taka…
— Rozumiem! Takich szkół też nie będzie, będziesz biegała do zwykłej. Zobaczysz! Naprawdę Nie miał nic więcej do powiedzenia, ale dziewczynka patrzyła na niego tak sympatycznie, że trudno mu było odejść.
— Ja się nazywam Sasza. A pan?
— Wala… Walentin Wasiliewicz.
— A ja wiem, pan mieszka pod trzydziestym trzecim. A ja pod trzydziestym dziewiątym, o dwa domy dalej.
— Tak, tak… No, muszę już iść. Do pracy.
— Na drugą zmianę?
— Tak, na drugą. No, wszystkiego dobrego, Sasza. Do widzenia.
— Do widzenia…
Kriwoszein wstał, uśmiechnął się, uniósł głowę, zmrużył oczy: nie łam się, patrz weselej! Wszystko będzie dobrze! Dziewczynka w odpowiedzi też uniosła głowę, zmrużyła oczy i uśmiechnęła się: wcale się nie łamię… Mimo wszystko odszedł z uczuciem, że opuścił człowieka w nieszczęściu.
Aleja wychodziła na ulicę. Za ostatnimi kasztanami migały samochody. Skręcając w ulicę wszyscy trzej obejrzeli się: dziewczynka odprowadzała ich wzrokiem. Pomachali jej rękami, a ona uśmiechnęła się i też pomachała cienką rączką.
— Widzisz, Witku — Kriwoszein objął Krawca za ramiona — widzisz, Witeczku, ja cię jednak lubię, draniu, chociaż nie ma za co.
Dobrze byłoby złoić ci skórę pasem wojskowym, tak jak tata nas swego czasu łoił, tylkoś strasznie duży i poważny… wyrosłeś…
— Odchrzań się! — uwolnił się Krawiec.
— Widzisz, Witia, co do tego „guzika szczęścia” to miałeś rację, to faktycznie było skrzywienie zawodowe. Ludzie w ogóle spodziewają się po technice tylko tego, że pozwoli im mniej wymagać od siebie samych… Śmieszne! Łatwo zbudować „guzik szczęścia” dla szczura: wprowadzić mu elektrodę do ośrodków nagrody w mózgu, i niech sobie naciska łapą kontakt. Człowiekowi takie szczęście chyba nie wystarczy… Istnieje jednak sposób uzyskania szczęścia. Nie „guzikowy” i nie matematyczny. Ale istnieje. I empirycznie powoli go opanujemy. To, że suszymy sobie głowy nad tym, jak zastosować odkrycie z korzyścią dla ludzi, a nie tylko dla siebie, jest częścią tego sposobu. I to, że Adam potrafił przezwyciężyć samego siebie i wrócić z dobrą koncepcją — też z niego się wywodzi. I to, że Walka zdecydował się na eksperyment, wiedząc, na co idzie — też. Oczywiście, gdyby go lepiej przygotował, być może nic by mu się nie stało, ale z drugiej strony nikt z nas nie ma gwarancji ani na nieomylność, ani na uniknięcie smutnego końca. Taką już mamy pracę! I to że Walka wybrał właśnie kierunek syntezy człowieka — chociaż syntetyzowanie układów mikroelektronicznych byłoby nieporównanie prostsze i bardziej opłacalne — też jest częścią tego sposobu. I to, że nagromadziliśmy wiedzę na temat odkrycia — także. Teraz już nie jesteśmy nowicjuszami i dyletantami. Ani w pracy, ani w dyskusji nikt nas nie zagnie. My sami zagniemy każdego. A w uczciwej dyskusji wiedza jest podstawową bronią.
Читать дальше