Tym razem doktorant Kriwoszein odtworzył własny wygląd w ciągu dziesięciu sekund — wyraźny skutek wprawy.
— To znaczy… że to byłeś ty? Ty mnie zwolniłeś? Czekaj… jak ty to robisz?
— Czyżby biologia?! — poderwał się Adam.
— I biologia, i systemologia… — Kriwoszein spokojnie masował policzki. — Sprawa polega na tym, że w odróżnieniu od was pamiętam, jak byłem maszyną-matką.
— Opowiedz, jak to robisz! — nie rezygnował Krawiec.
— Opowiem, nie denerwuj się, na wszystko będzie czas. Zrobimy seminarium. Teraz będziemy te informacje wykorzystywać w pracy z maszyną-matką. A z wdrażaniem ich w życie trzeba będzie bardzo ostrożnie… — Doktorant spojrzał na zegarek, zwrócił się do Adama i Krawca. — Czas na nas. Idziemy do pracowni. Zanalizujemy doświadczenie na miejscu.
— To dopiero… och, ci uczeni! — śmiał się i kiwał głową komendant oddziału miejskiego milicji, kiedy Onisimow złożył mu ostateczne sprawozdanie dotyczące okoliczności zajścia w Instytucie Systemologii. — To znaczy, że podczas gdy pobieraliście próbki i rozmawialiście z profesorem, „trup” wylazł spod ceraty i poszedł się umyć?
— Tak jest… On był nie całkiem przytomny po uderzeniu w głowę, towarzyszu pułkowniku.
— Jasne! Mógł jeszcze więcej narozrabiać. A obok szkielet… to dopiero! Teraz widzicie, co to znaczy źle zbadać miejsce zajścia, towarzyszu Onisimow — pułkownik pouczająco uniósł palec. — Nie wzięliście pod uwagę specyfiki. To nie wyjazd do wypadku drogowego czy do topielca, to jest pracownia naukowa! Tam u nich zawsze pokręcone. Nauka! Nie popisaliście się, kapitanie!
„Opowiedzieć mu całą prawdę? — ponuro pomyślał Onisimow. — Nie. Nie uwierzy…”
— A co tam lekarz pogotowia nachrzaniła? Żywego człowieka uznać za nieboszczyka! — rozmyślał głośno pułkownik. — Czuję, że u nich z procentem wyleczeń też chyba nie najlepiej. Spojrzała — pacjent marny, tak czy owak umrze na oddziale, to niech chociaż statystyki nie psuje.
— Może po prostu omyliła się, towarzyszu pułkowniku — wielkodusznie ujął się za lekarką Onisimow. — Wstrząs, głęboka nieprzytomność, uszkodzenia ciała. No i…
— Być może. Szkoda, że naszego Zubato tam nie było: ten przynajmniej zawsze po plamach opadowych bezbłędnie rozpoznaje.
Tak… No, trudno, dobrze byłoby tą sprawą podciągnąć sobie trochę procent wykrywalności, bardzo by się nam to przydało na koniec półrocza, ale niech go diabli… Najważniejsze, że wszyscy żywi, zdrowi, wszystko w porządku. Co prawda — podniósł wzrok na Onisimowa — były tam jakieś niejasności z dokumentami tego Krawca.
No i co?
— Biegły ani wymazań, ani podklejeń, ani poprawek w dokumentach nie stwierdził, towarzyszu pułkowniku. Dokumenty jak dokumenty. Może to charkowska milicja coś tam pokręciła?
— E, niech się o to Biuro Dowodów Osobistych martwi, a nie my — machnął ręką pułkownik. — Przestępstwa człowiek nie popełnił, i w porządku. No, ale wy, kapitanie, wy! — Pułkownik odchylił się w fotelu. — Organom chcieliście przekazywać… ładnie byśmy teraz przed nimi wyglądali! A nie mówiłem, że najtrudniejsze sprawy okazują się najprostsze!
I dobroduszne zmarszczki jak promyczki otoczyły maleńkie, mądre oczka pułkownika ocienione gęstymi brwiami.
Było południe. Szli przez osiedle. Adam po prawej, Kriwoszein środkiem, Krawiec po lewej. Miękki od upału asfalt uginał się pod nogami.
— A jednak teraz będziemy mogli pracować z sensem — rozprawiał Kriwoszein. — Sporo dowiedzieliśmy się, wielu rzeczy nauczyli.
Teraz krystalizuje się wyraźny kierunek. Wiktor, czy Adam opowiedział ci o swojej koncepcji?
— Opowiedział…
— A co ty jakoś tak… obojętnie?
— Jeszcze jeden sposób. No i co?
Adam nachmurzył się, ale nie powiedział nic.
— Nie, dlaczego? Maszyna-matka wprowadza informację trwale i na długo, na całe życie, a nie na czas trwania seansu. Informacja artystyczna będzie mogła zmienić psychikę człowieka, poprawić ją, no, powiedzmy tak, jak została ulepszona twoja powierzchowność w porównaniu z moją! Oczywiście, to poważna sprawa, nie to, co pójść do kina. Będziemy uczciwie uprzedzać: człowieku, po naszym zabiegu raz na zawsze przestaniesz kłamać, gnębić słabszych, robić podłości, i to nie tylko aktywnie, ale również biernie — powstrzymując się od uczciwego postępowania. Nie gwarantujemy, że po zabiegu będziesz szczęśliwy w sensie zaspokojenia swoich potrzeb i zmysłów. Życie stanie się jaśniejsze, ale i trudniejsze. Ale za to będziesz Człowiekiem!
— Dobre! — ze smakiem powiedział Krawiec. — Sposób na odzyskanie utraconej niewinności!
— A to niby dlaczego? — jednocześnie zawołali Adam i Kriwoszein.
— Dlatego że w istocie macie zamiar za pomocą informacji artystycznej uprościć i sztywno zaprogramować ludzi! Choćbyście programowali dobro: uczciwość, ofiarność, piękne drgnienia duszy, to i tak nie będzie to człowiek, ale robot! Jeśli człowiek nie kłamie i nie podgryza drugich dlatego, że nie potrafi tego zrobić, to żadnej jego zasługi w tym nie ma. Pożyje, przyswoi dodatkową informację, nauczy się i zacznie kłamać i świnić. To żadna sztuka. Ale jeśli umie kłamać, wycwaniać się i robić świństwa (a wszyscy to umiemy, tylko nie przyznajemy się) i wie, że zastosowanie tych życiowych działań spowoduje, że będzie mu „lepiej i wygodniej, ale nie robi tego… i nie robi nie ze strachu, ale dlatego, że rozumie, że i jego, i cudze życie od tego staje się gorsze — to dopiero wtedy jest Człowiekiem.
— Bardzo to zawikłane — zauważył Kriwoszein.
— Ludzie też nie są prości, robią się coraz bardziej skomplikowani, a uprościć ich w żaden sposób się nie da. Jak możecie tego nie rozumieć? Nic na to się nie poradzi. Ludzie wiedzą, że podłość istnieje na świecie, i biorą to pod uwagę w swych myślach, słowach i postępkach. Żebyś wprowadzał nie wiem jak szlachetnie ukierunkowaną informację i obojętnie, w jaki sposób, ona i tak jeszcze bardziej ich skomplikuje. I to wszystko!
— Poczekaj — powiedział ponuro Adam. — Wcale nie trzeba koniecznie upraszczać ludzi, żeby byli lepsi. Masz rację, człowiek to nie robot i ograniczyć go przy pomocy sztywnego „programu szlachetności” nie można. Nawet więcej: nie należy. Ale można przy pomocy informacji artystycznej wprowadzić ostre rozróżnienie tego, co jest dobre na większą skalę, a nie tylko wygodne, a co złe.
— Ale cele, zamierzenia nie zmienią się i wszystko będzie im podporządkowane. A narzucać celu (nawet szlachetnego) człowiekowi nie wolno, przecież to jest droga do szlachetnego robota. — Krawiec spojrzał na dubli i uśmiechnął się. — Obawiam się, że samą techniką tu się nic nie zrobi… Czy nie przychodzi wam do głowy, że nasze poszukiwania „absolutnej” metody pochodzą nie z rozumu, ale z głębokiej „inżynierskiej” wiary, że nauka i technika mogą wszystko? A tymczasem one wcale wszystkiego nie mogą i idąc tą drogą nigdzie nie dojdziemy. Ja widzę inny kierunek: z naszych badań z czasem powstanie nowa nauka — Doświadczalne i Teoretyczne Człowiekoznawstwo. Nauka wielka i potrzebna, ale tylko nauka. Dziedzina wiedzy, która powie: oto czym jesteś, człowieku. Powstanie Człowiekotechnika… W tej chwili to na pewno brzmi przerażająco: technika syntezy i wprowadzania informacji do organizmu ludzkiego. Obejmie ona wszystko: od medycyny po matematykę, od elektroniki do sztuki, ale mimo to będzie to tylko technika. Technika, która powie: człowieku, w ten sposób możesz zmieniać samego siebie. A wtedy niech każdy myśli i decyduje: czego chcę? Czego żądam od siebie samego?
Читать дальше