…Wiktor Krawiec, który pojechał na osiemnasty kilometr po resztki motocykla, dotychczas kręci głową.
— Miałeś szczęście, aż dziw! Gdybyś ciągnął siedemdziesiątką, to teraz ze szczątków „Jawy” budowałbym ci pomnik, a na tabliczce rejestracyjnej, połykając łzy, malował napis: „Tu leży Kriwoszein — inżynier i motocyklista”.
Tak, ale gdybym ciągnął siedemdziesiątką, to nie wpakowałbym się na niego!
Ciekawe, jak przypadkowe okoliczności ogniskują się w fatalnym wypadku. Gdybym nie zatrzymał się w lesie na papierosa i aby posłuchać kukułki („Kukułko, kukułko, ile będę żył?” — wykukała mi pięćdziesiąt lat), gdybym przejechał jeden czy drugi zakręt z trochę mniejszą czy trochę większą szybkością, minęlibyśmy się i kaady pomknąłby w swoją stronę. A tak na równej drodze, przy doskonałej widoczności władowałem się w jedyny samochód, jaki pojawił się na szosie!
Przelatując nad motocyklem, zdążyłem tylko pomyśleć; „Kukułko, kukułko, ile będę żył?”
Wstałem o własnych siłach. „Moskwicz” miał wgnieciony bok.
Przestraszony kierowca wycierał krew z nie ogolonej gęby — lecąc, wybiłem łokciem szybę. Dobrze mu tak, bałwanowi! Moja biedna „Jawa” leżała na asfalcie. Od razu stała się jakby krótsza. Latarnia, przednie koło, widelec, rama, zbiornik paliwa — wszystko to było rozbite, spłaszczone, zniekształcone.
…Zatem początkową prędkość 17 metrów na sekundę wytraciłem na odcinku mniejszym niż metr. Moje ciało doznało przy tym przeciążenia równego… 15 przyspieszeniom ziemskim! Ho, ho!
Nie, człowiek jest jednak doskonałym urządzeniem! Moje ciało w czasie krótszym od jednej dziesiątej sekundy zdążyło zwinąć się i ustawić tak, aby jak najdogodniej przyjąć uderzenie — na łokieć i ramię. A Walerka dowodził, że człowiek nie nadąża za współczesną techniką. To nie takie pewne! Przecież gdyby uszkodzenia, jakie odniósł motocykl, przełożyć na terminologię biologiczną, to ma on strzaskaną głowę, połamane kończyny przednie, klatkę piersiową i kręgosłup. Dobra była maszyna, sama się o szybkość prosiła…
Co prawda, moje prawe ramię i klatka piersiowa doznały znacznych przeciążeń. Trudno mi unieść prawą rękę. Pewnie trzasnęły żebra.
Tak więc wszystko zmierza ku jednemu. Teraz już płynny układ maszyny-matki ma co we mnie naprawiać i to ni” tylko na zewnątrz, ale i wewnątrz ciała. Pod tym względem „Moskwicz” nawinął się w odpowiednim momencie. Zasłuży się nauce…”
— Proszę wypisać przepustkę na wyniesienie zwłok.
— A gdzie zwłoki?
— Zaraz będą. (Strzela do siebie.)
— Masz babo placek! A kto je wyniesie?
Z legendy singapurskiej
Milicjant Hajewoj siedział w dyżurce i rozpływając się z czułości pisał list na urzędowym papierze. „Witaj, Walu! Pisze do Pani Aleksander Hajewoj. Nie wiem, czy pani mnie pamięta, czy nie całkiem, a ja nijak nie mogę zapomnieć, jak pani na mnie patrzyła koło estrady za pomocą swoich czarnych i pięknych oczu, a księżyc był wielki i koncentryczny. Droga Walu! Niech Pani przyjdzie jutro wieczorem do parku imienia tow. T. Szewczenko, ja dyżuruję tam do 24.00…” Wszedł Onisimow z brwiami surowo zmarszczonymi. Hajewoj zerwał się hałasując krzesłem i poczerwieniał.
— Zatrzymanego Krawca doprowadzono?
— Tak jest, towarzyszu kapitanie! Doprowadzono o pół do dziesiątej zgodnie z waszym rozkazem. Znajduje się w areszcie.
— Wprowadźcie.
Wiktor Krawiec siedział w ciasnym, wysokim pomieszczeniu na ławce z oparciem, palił papierosa i dmuchał dymem w promień słońca biegnący od zakratowanego okna. Policzki jego pokrywał trzy-dniowy zarost. Spojrzał w stronę przybyłych, ale nie odwrócił się.
— Wstać powinniście, jak się należy — z naganą w głosie zauważył Hajewoj.
— A ja nie uważam się za aresztanta!
— Bo i nie jesteście aresztantem, obywatelu Wiktorze Krawiec — spokojnie powiedział Onisimow. — Byliście zatrzymani do wyjaśnienia. Obecnie sytuacja skrystalizowała się i nie uważam, aby wasze dalsze przebywanie w areszcie było konieczne. Będziecie potrzebni, to was wezwiemy. Jesteście wolni.
Krawiec wstał, niedowierzająco spoglądając na Onisimowa. Kapitan obrzucił go sceptycznym spojrzeniem. Wąskie wargi drgnęły w przelotnym uśmiechu.
— Wysokie czoło, wydatny podbródek, nos o regularnych kształtach… jednym słowem; jego piękną, krągłą, dyniowatą głowę otaczały ciemne loki. Kriwoszein-pierwowzór miał dość prowincjonalne wyobrażenie o męskiej urodzie. Zresztą, nic dziwnego. (Krawiec spojrzał szeroko otwartymi oczyma.) A gdzie motocykl?
— Ja-jaki motocykl?
— „Jawa”, numer rejestracyjny 21–11 DNA. W remoncie?
— W… w komórce.
— Jasne. A mówiąc nawiasem, depeszę — oczy Onisimowa zmrużyły się ze złością — depeszę trzeba było wysyłać przed doświadczeniem! Przed doświadczeniem, a nie po!
Krawiec stał osłupiały.
— No, dobrze. Dokumenty zwrócimy wam nieco później — ciągnął oficer urzędowym tonem. — Życzę powodzenia, obywatelu Krawiec. Nie zapominajcie o nas. Wyprowadźcie, towarzyszu Hajewoj..
Onisimow po źle przespanej nocy przyszedł do pracy z bólem głowy. Teraz siedział za biurkiem w swoim pokoju i układał plan działania na bieżący dzień. „1. Przesłać płyn na dodatkową ekspertyzę na okoliczność stwierdzenia nie rozpuszczonych resztek tkanek ludzkich. 2. Skontaktować się z organami bezpieczeństwa (przez pułkownika). 3…
— Czy można? — odezwał się miękko głos, od którego Onisimowowi przeszły ciarki po skórze. — Dzień dobry.
W drzwiach stał Kriwoszein:
— Czy właściwie mnie skierowano? Czy mam przyjemność z kapitanem Onisimowem, który prowadzi dochodzenie w sprawie zajścia w mojej pracowni? Bardzo mi miło, czy można? — Usiadł na krześle, wyjął chusteczkę i otarł błyszczące od potu czoło. — Ranek, a już taki upał, trudno uwierzyć!
Onisimow siedział osłupiały.
— Otóż moje nazwisko Walentin Wasiliewicz Kriwoszein. Jestem kierownikiem pracowni nowych systemów w Instytucie Systemologii — z absolutnym spokojem oświadczył przybyły. — Dopiero dzisiaj zawiadomiono mnie, że pan… że organa milicji interesują się tym nieprzyjemnym zajściem i natychmiast pośpieszyłem tutaj.
Oczywiście przybyłbym jeszcze wczoraj albo przedwczoraj, aby przedstawić wyczerpujące wyjaśnienia, ale… (wzruszenie ramion) do głowy mi nie przyszło, że dookoła jednego nieudanego doświadczenia zrobi się tyle hałasu, i to jeszcze z udziałem milicji! Odleżałem się w mieszkaniu, jako że po doświadczeniu nie bardzo dobrze się czułem. Widzi pan, panie… przepraszam, jak mam się zwracać?
— Kapitan Onisimow, Apollon Matwie… przepraszam, Matwiej Apollonowicz — wykrztusił ochrypłym głosem Onisimow i odchrząknął.
— Widzi pan, panie kapitanie, było tak: w trakcie eksperymentu musiałem zanurzyć się w zbiorniku z biologicznym środowiskiem informacyjnym. Niestety, zbiornik był niestabilnie zamocowany i przewrócił się. Upadłem razem z nim, uderzyłem głową o podłogę i straciłem przytomność. Obawiam się, że zbiornik przy upadku potrącił także i mojego laboranta, przypominam sobie, że w ostatniej chwili próbował powstrzymać, upadek… Oprzytomniałem pod ceratą na podłodze. Usłyszałem, że w pracowni ktoś rozmawia… — Kriwoszein uśmiechnął się czarująco. — Zgodzi się pan, panie kapitanie, że byłoby mi bardzo niezręcznie stanąć we własnej pracowni przed obcymi ludźmi w takim, delikatnie mówiąc, szokującym stanie: nago, z rozbitą głową. Do tego ten płyn… wie pan, szczypie gorzej niż mydło! Dlatego cichutko wygramoliłem się spod ceraty i wymknąłem się, przepraszam bardzo, pod prysznic, żeby się umyć i przebrać… Muszę przyznać, że w głowie mi huczało, myśli się plątały. Sądzę, że nie zdawałem sobie w pełni sprawy ze swoich czynów.
Читать дальше