Zawołała, ale nie usłyszał. Odległość była za duża.
Zeskoczyła z balustrady i nie zawracając sobie głowy wkładaniem butów, w paru susach przecięła sypialnię. Biorąc po dwa stopnie naraz, zbiegła na dół, wypadła na dwór i pognała boso po mokrej od rosy trawie. Jedwabny szlafrok lgnął do ciała, odsłaniając zarysy jej długich nóg.
Zasapana, rozsiewając wokół parę oddechu, zatrzymała się tam, gdzie przed chwilą widziała Riggsa, i ciaśniej owinęła się cienkim szlafrokiem.
Gdzie on się, u licha, podział? Coś nieprawdopodobnego. Paliki są, sznurek jest, a on jakby się pod ziemię zapadł. Patrzyła na te paliki i na przeciągnięty między nimi sznurek, jakby spodziewała się, że wyjawią miejsce pobytu tego, kto je tu rozmieścił.
– Dzień dobry.
Odwróciła się na pięcie. Riggs wychodził spomiędzy drzew z wielkim kamieniem w ręce. Położył go uroczyście pośrodku obwiedzionego palikami miejsca.
– Twój kamień węgielny – oznajmił z uśmiechem.
– Co ty wyprawiasz? – wysapała LuAnn.
– Zawsze biegasz w takim stroju? Zapalenia płuc się nabawisz. – Odwrócił dyskretnie wzrok, bo w tym momencie słońce wychynęło sponad wierzchołków drzew i w jego promieniach cienki szlafroczek stał się praktycznie przezroczysty. Pod spodem nic nie miała. – Nie wspominając już, jak to na mnie działa – mruknął pod nosem.
– Nie co dzień widuję na swoim terenie ludzi wbijających o świcie paliki w ziemię.
– Robię, co mi kazano.
– To znaczy, co?
– Chciałaś mieć studio, no to je buduję.
– Powiedziałeś, że przed zimą nie ma sensu zaczynać. I że musisz załatwić plany i zezwolenia.
– Tak bardzo podziwiałaś moją samotnię, że wpadłem na genialny pomysł wykorzystania tych samych rysunków. To oszczędzi sporo czasu. Mam poza tym znajomości w biurze inspektora budowlanego, a więc możemy przyśpieszyć też proces zatwierdzania. – Urwał i patrzył przez chwilę na drżącą z zimna LuAnn. – Nie musisz mi dziękować.
Objęła się ciasno rękami.
– Nie o to chodzi, chciałam… – Wzdrygnęła się znowu, zmrożona falą zimnego powietrza, która nadpłynęła od lasu. Riggs zdjął grubą kurtkę i zarzucił jej na ramiona.
– Takie bieganie boso po rosie nie wyjdzie ci na zdrowie.
– Nie musisz tego robić, Matthew. Już i tak nadużyłam twojego czasu i cierpliwości.
Wzruszył ramionami, spuścił wzrok i zaczął trącać czubkiem buta jeden z palików.
– Ja nie narzekam, Catherine. – Odchrząknął, zakłopotany, i spojrzał w kierunku linii drzew. – Jest wiele gorszych rzeczy niż przebywanie w towarzystwie kobiety takiej jak ty. – Zerknął na nią spod oka i odwrócił wzrok.
LuAnn zarumieniła się i przygryzła dolną wargę. Riggs wepchnął ręce w kieszenie i zapatrzył się w przestrzeń. Nieświadomie naśladowali parę nastolatków sondujących się nerwowo nawzajem na tej najważniejszej pierwszej randce.
LuAnn spojrzała na opalikowany teren.
– Czyli budynek będzie wyglądał dokładnie tak samo jak twój?
Riggs kiwnął głową.
– Mam teraz czas, bo odebrałaś mi to zlecenie na budowę ogrodzenia.
– Nie rzucałam słów na wiatr, mówiąc, że ci zapłacę.
– Wiem, że nie rzucałaś, ale ja z zasady nie przyjmuję zapłaty za niewykonaną usługę. Może to śmieszne, ale taki już jestem. Spokojna głowa, odkuję się na tym studiu.
Riggs znowu rozejrzał się po okolicy.
– Ze świecą szukać ładniejszego miejsca. Kiedy postawię ci już to studio, nie będziesz chciała go opuszczać.
– Perspektywa przyjemna, ale mało realistyczna.
Zerknął na nią.
– Wiem, dużo podróżujesz. Osoba z twoją pozycją…
– Nie o to chodzi. Ale owszem, często podróżuję. Aż za często.
– Wszędzie dobrze, ale najlepiej w domu.
– Mówisz tak, jakbyś coś o tym wiedział. – Spojrzała na niego z nowym zainteresowaniem.
Uśmiechnął się skromnie.
– Ja? Ja właściwie nigdzie specjalnie nie bywam.
– Ale też lubisz wracać do domu. Szukasz tam spokoju? – powiedziała cicho, nie spuszczając z niego oczu.
Spoważniał i spojrzał na nią z uznaniem.
– Tak – mruknął w końcu.
– Zjesz ze mną śniadanie?
– Już jadłem, ale dziękuję za zaproszenie.
– To może kawy się napijesz? – Przestępowała z jednej zziębniętej nogi na drugą.
Riggs obserwował ją przez chwilę.
– Zaniosę cię – zdecydował. Ściągnął robocze rękawice, wepchnął je do kieszeni spodni, po czym odwrócił się i pochylił. -Wsiadaj.
– Słucham?
– Wskakuj na barana. – Poklepał się po plecach. – Wiem, że daleko mi do twojej klaczy, ale popuść wodze wyobraźni.
LuAnn nie ruszała się z miejsca.
– Raczej nie skorzystam.
Riggs odwrócił się do niej.
– No wsiadasz? Zapalenie płuc to nie żarty. Poza tym zapewniam cię, że na co dzień wożę tak miliarderów.
LuAnn roześmiała się, włożyła zwisającą z ramion kurtkę Riggsa i wspięła się na jego plecy, obejmując rękami szyję. Oplótł ramionami jej nagie uda.
– Na pewno dasz radę? To dosyć daleko, a ja nie jestem zbyt lekka.
– Postaram się, ale nie dobij mnie, jeśli padnę. Ruszyli.
W połowie drogi ścisnęła go boleśnie kolanami.
– Co robisz?
– Popuszczam wodze wyobraźni, jak mi radziłeś. Wio!
– Nie przeciągaj struny. – Wygiął plecy i uśmiechnął się.
Jackson, zaczajony między drzewami niedaleko stajni, spakował sprzęt podsłuchowy i ruszył przez las w drogę powrotną do samochodu, który zaparkował przy bocznej drodze. Przyglądał się z pewnym rozbawieniem, jak Riggs dźwiga LuAnn do domu. Plany, które widział w rękach Riggsa, świadczyły chyba, że ten będzie stawiał LuAnn jakiś budynek. A z jej stroju wywnioskował, że prawdopodobnie niebawem dojdzie do intymnego zbliżenia między LuAnn a przystojnym Riggsem. To dobrze, bo będzie miała okazję, by nakłonić go do zwierzeń. Za pomocą aparatury podsłuchowej zarejestrował też głos Riggsa. Takie nagranie mogło mu się w przyszłości przydać. Dotarł do samochodu i odjechał.
Siedzieli w kuchni. Riggs sączył kawę, LuAnn żuła tost posmarowany masłem. Skończywszy, wstała i podeszła do kuchennej lady.
Riggs przyglądał się jej taksująco, kiedy stojąc do niego plecami, nalewała sobie kawy. Nie mógł się powstrzymać. Nie przebrała się i przywierający do ciała szlafrok podsuwał mu myśli, których sam się wstydził. W końcu odwrócił wzrok.
– Kiedy kupię sobie następnego konia, nazwę go chyba twoim imieniem – odezwała się LuAnn.
– Wielkie dzięki. – Rozejrzał się. – Reszta jeszcze śpi?
Nie odpowiedziała od razu. Odstawiła dzbanek z kawą i przecierała przez chwilę szmatką blat lady.
– Sally ma wolne. Charlie wyjechał z Lisa na małe wakacje.
– Bez ciebie?
Usiadła z powrotem, omiotła kuchnię wzrokiem, a potem spojrzała na niego.
– Mam tu parę spraw do załatwienia. Być może czeka mnie wkrótce wyjazd do Europy. Jeśli dojdzie do skutku, spotkam się tam z nimi. Włochy są piękne o tej porze roku. Byłeś tam?
– Jakoś się nie złożyło.
– A w swoim poprzednim życiu? – spytała, patrząc mu w oczy.
– A więc znowu wracamy do tego poprzedniego życia. Nie było wcale takie ekscytujące.
– To może mi o nim opowiesz?
– To może quid pro quo!
– Nauczyłeś się tej sentencji od swojej żony prawniczki, jak mniemam.
– Niebezpiecznie jest mniemać. Ja wolę fakty.
– Ja również. Zasyp mnie nimi.
Читать дальше