Crawford zastanowił się chwilę.
– Zgoda, Jimmy, ale pospiesz się. Kopie dla policji w Atlancie, Birmingham i do biur FBI.
– Masz to jak w banku. Ale jest jeszcze coś, co ty musisz wyjaśnić.
Crawford wywrócił oczami w kierunku sufitu.
– Zaśpiewasz mi do uszka dzienną stawkę, co?
– Zgadłeś.
– Dzisiaj, Jimmy, mój chłopcze, żadna suma nie jest dla ciebie wygórowana.
Graham patrzył przez okno, kiedy Crawford mówił im o odciskach.
– Na Boga, to niezwykłe – skomentował Springfield. Pomyślał, że twarz Grahama jest pozbawiona wyrazu, zamknięta jak twarz człowieka skazanego na dożywocie. Odprowadził Grahama wzrokiem aż do drzwi.
W korytarzu konferencja prasowa komisarza bezpieczeństwa publicznego miała się ku końcowi, gdy Crawford z Grahamem opuszczali biuro Springfielda. Dziennikarze prasowi kierowali się do telefonów. Dziennikarze telewizyjni robili wstawki, czyli stali przed kamerami i zadawali najlepsze pytania, jakie usłyszeli na konferencji, i wyciągali mikrofony, niby po odpowiedzi, które wmontują później.
Crawford i Graham schodzili już z frontowych schodów, gdy nagle mały człowieczek wyprzedził ich pospiesznie, odwrócił się i zrobił im zdjęcie. Zza aparatu ukazała się twarz.
– Will Graham! – powiedział. – Pamiętasz mnie? Jestem Freddy Lounds. Zajmowałem się sprawą Lectera dla „Tattlera". Napisałem książkę.
– Pamiętam – odpowiedział Graham. Szedł nadal z Crawfordem po schodach. Lounds trzymał się z boku, nieco ich wyprzedzając.
– Kiedy cię wezwali, Will? Co wykryłeś?
– Nie będę z tobą rozmawiał, Lounds.
– Czy ten facet jest podobny do Lectera? Czy on…
– Lounds – Graham podniósł głos i Crawford zastąpił mu drogę. – Lounds, wypisujesz śmierdzące kłamstwa, a tym twoim „Tattlerem" można sobie dupę podetrzeć. Trzymaj się ode mnie z daleka.
Crawford chwycił Grahama za rękę.
– Zjeżdżaj stąd, Lounds. No już! Will, zjedzmy śniadanie. No chodź, Will.
Maszerując spiesznie, skręcili za róg.
– Przepraszam, Jack. Nie znoszę tego drania. Kiedy leżałem w szpitalu, przyszedł do mnie i…
– Wiem, sam go wyrzucałem, choć na niewiele się to zdało.
Crawford przypomniał sobie zdjęcia w „National Tattler" pod koniec sprawy Lectera. Lounds wszedł do pokoju szpitalnego, kiedy Graham spał. Odkrył prześcieradło i zrobił zdjęcie tymczasowego sztucznego odbytu Grahama. Potem w gazecie zamieścili to zdjęcie z zaretuszowanym kwadratem w miejscu pachwiny. Podpis brzmiał: „Gliniarz, który złapał wypruwacza flaków".
W jadłodajni było jasno i czysto. Grahamowi trzęsły się ręce i rozlał kawę na spodeczek.
Zauważył, że dym z papierosa Crawforda przeszkadza parze w sąsiedniej wnęce. Jedli w grobowej ciszy, a ich oburzenie wisiało w kłębach dymu.
Dwie kobiety, najwyraźniej matka z córką, kłóciły się przy stole obok drzwi. Wymieniały uwagi cicho, ale ich twarze ziały wściekłością. Graham czuł ich złość na swojej twarzy i karku.
Crawford narzekał, że następnego dnia rano musi zeznawać na rozprawie w Waszyngtonie. Martwił się, że proces może go zatrzymać na kilka dni. Zapalił następnego papierosa, zerkając przez dym na ręce Grahama i barwę jego twarzy.
– Atlanta i Birmingham sprawdzą odcisk w ich kartotece zboczeńców seksualnych – powiedział. – My też to zrobimy. Price już raz wyszukał pojedyńczy odcisk. Wciągnie go w komputer, taki specjalny „wyszukiwacz" – nawet nie wiesz, jaki postęp zrobiliśmy w tej dziedzinie, odkąd odszedłeś. „Wyszukiwacz", automatyczny czytnik i procesor danych w FBI, może wyłowić taki sam odcisk na karcie z jakiegoś nie związanego że sprawą przypadku. Kiedy go dorwiemy, to ten odcisk i jego zęby wystarczą, zęby go posadzić – stwierdził Crawford. – Musimy tylko wpaść na to, kim on jest. Musimy zarzucić szeroką sieć. Popuśćmy wodze fantazji. Załóżmy, że złapaliśmy podejrzanego. Wchodzisz do pokoju i patrzysz na niego. Czy będzie w nim coś takiego, co cię nie zaskoczy?
– Bóg raczy wiedzieć, Jack, dla mnie on nie ma twarzy. Ludzi, których sobie wymyślimy, możemy szukać w nieskończoność. Rozmawiałeś z Bloomem?
– Wczoraj w nocy, przez telefon. Bloom wątpi w jego samobójcze skłonności, podobnie jak Heimlich. Bloom był tu tylko przez dwie godziny pierwszego dnia, ale i on, i Heimlich mają całą dokumentację. Bloom ma w tym tygodniu egzaminy doktorskie. Prosił, żeby cię pozdrowić. Znasz jego numer w Chicago?
– Tak.
Graham lubił doktora Alana Blooma, małego okrągłego człowieka o smutnych oczach, znakomitego psychiatrę sądowego – kto wie, czy nie najlepszego. Najbardziej doceniał to, że doktor Bloom nigdy nie wykazywał nim profesjonalnego zainteresowania. U psychiatrów to rzadkość.
– Bloom nie zdziwiłby się, gdybyśmy dostali wiadomość od Szczerbatej Lali. Może do nas napisze – powiedział Crawford.
– Na ścianie sypialni.
– Bloom sądzi, że on albo jest ułomny, albo się ma za takiego. Ale zastrzegł, żeby za bardzo na tym nie polegać.
„Nie wystawię wam stracha na wróble" – powiedział. „Rozproszyłoby to uwagę i osłabiło wysiłki". Mówi, że nauczyli go tego w szkole.
– Ma rację – przyznał Graham.
– Musiałeś się czegoś o nim domyślić, żeby znaleźć ten odcisk palca – zauważył Crawford.
– Wszystko powiedziały mi ślady na ścianach, Jack. Nie przeceniaj mnie. I radzę, nie spodziewaj się po mnie za wiele.
– Ale złapiemy go. Wiesz przecież, że go złapiemy.
– Tak, wiem. W ten czy inny sposób.
– Jaki jest ten pierwszy?
– Znajdziemy dowód, który przeoczyliśmy.
– A ten drugi?
– Będzie mordował i mordował, aż pewnej nocy narobi przy włamaniu za dużo hałasu i mąż szybciej złapie za broń.
– Nie ma innego sposobu?
– Może myślisz, że rozpoznam go w tłumie? Takie sztuczki robi Ezio Pinza. Szczerbata Lala będzie sobie grasował do woli, aż go przechytrzymy albo będziemy mieli fart. On nie przestanie.
– Dlaczego?
– Ponieważ jemu się to naprawdę podoba.
– No widzisz, już coś o nim wiesz.
Graham nie odezwał sie do chwili, kiedy weszli na chodnik.
– Poczekaj do następnej pełni – zwrócił się do Crawforda. – Wtedy mi powiesz, co o nim wiem.
Graham wrócił do hotelu i przespał dwie i pól godziny. Obudził się w południe, wziął prysznic i zamówił kawę i kanapkę. Należało wreszcie przestudiować akta Jacobich z Birmingham. Hotelowym mydłem wymył dokładnie swoje okulary do czytania i usadowił się z aktami pod oknem. Przez kilka minut przeszkadzał mu najmniejszy hałas: kroki na korytarzu, daleki trzask drzwi od windy. Potem zatopił się bez reszty w lekturze.
Kelner z tacą zapukał i czekał. Znów zapukał. W końcu postawił tacę pod drzwiami i sam podpisał rachunek.
Hoyt Lewis, pracownik elektrowni, zaparkował furgonetkę pod dużym drzewem w bocznej alejce i zabrał się do rozwijania kanapek. Nie rozwijał już drugiego śniadania tak chętnie, odkąd pakował je sobie sam. Koniec z dowcipnymi karteczkami powtykanymi na chybił trafił i z niespodziankami.
Właśnie wgryzał się w kanapkę, kiedy przeraził go donośny głos tuż nad uchem.
– W tym miesiącu na pewno wyświeciłem prądu za tysiąc dolarów, co?
Lewis odwrócił się i ujrzał przy oknie furgonetki czerwoną twarz. H. G. Parsons miał na sobie bermudy, a w ręku miotłę do zamiatania podwórka.
– Nie rozumiem, co pan powiedział?
– Na pewno pan powie, że w tym miesiącu wyświeciłem prądu za tysiąc dolarów. Tym razem pan mnie usłyszał?
Читать дальше