Szedł przodem w stronę światła. Z każdym ich krokiem rosło, nie w siłę, ale w średnicę, trochę jak niewyraźny świt wstający nad dalekimi wzgórzami, zmagający się z mgłą, chmurami i pozostałościami strasznej burzy. Francis pomyślał, że dążą do światła z taką samą determinacją jak ćma do migoczącego płomienia świecy. Zastanawiał się, czy nie zdziałają tyle samo.
– Idź dalej – poganiał Peter. Powiedział to przede wszystkim po to, żeby usłyszeć własny głos i upewnić się, że klaustrofobiczny, ciasny tunel grzewczy niedługo się skończy.
Francisowi słowa przyjaciela też dodały otuchy, chociaż dobiegły go z ciemności za plecami, bezcielesne, jakby wypowiedział je duch podążający jego śladem.
Obaj przedzierali się do przodu. Słabe żółte światło, które ich przyzywało, zaczęło w końcu nieco rozjaśniać drogę. Francis zawahał się. Dotknął czoła brudną ręką, jakby pomagał sobie zebrać myśli. Znów się potknął, kiedy bezkształtna bryła śmieci przylgnęła mu do nogi. Potem stanął, bo na samym skraju świadomości wyczuł coś straszliwie oczywistego i chciał to uchwycić. Peter lekko go popchnął. Zbliżyli się do otworu w ścianie, z którego wychodził kanał grzewczy. Kiedy wypadli na słabe światło, z radością witając możliwość widzenia, Francis uświadomił sobie, co takiego próbował zrozumieć.
Szli przez długi odcinek tunelu, ale ani razu nie poczuł nieprzyjemnego, lepkiego dotyku pajęczej sieci, rozciągniętej w poprzek ciemności. To mało prawdopodobne, pomyślał. W tunelu musiały mieszkać pająki.
Wtedy zrozumiał, co to oznaczało. Ktoś inny przebywał tę drogę, usuwając pajęczyny.
Uniósł głowę i postąpił do przodu. Stał na skraju następnego magazynu, przypominającego jaskinię. Tak samo jak w Amherst, pojedyncza żarówka, wetknięta w załom przy schodach po drugiej stronie pomieszczenia, zapewniała żałosną aurę światła. Dookoła też piętrzyły się stosy nieużywanych materiałów, porzuconego sprzętu. Przez chwilę Francis zastanawiał się, czy w ogóle dokądś doszli, czy raczej zatoczyli dziwaczne koło, bo wszystko wyglądało niemal identycznie. Odwrócił się i zajrzał w otaczające go cienie; odniósł niepokojące wrażenie, że wszystkie odpady przesunięto, tworząc ścieżkę prowadzącą w głąb pomieszczenia. Peter wyszedł z tunelu, przykucnięty w pozycji strzeleckiej, unosząc pistolet.
– Gdzie jesteśmy? – spytał Francis.
Peter nie zdążył jednak odpowiedzieć, bo w magazynie zapadła nagle całkowita ciemność.
Strażak sapnął i cofnął się o krok, jakby ktoś uderzył go w twarz. Jednocześnie wrzasnął na siebie w duchu, żeby teraz uważać, co było niełatwe w nagłej fali nocy, która ich ogarnęła. Obok siebie usłyszał Francisa. Chłopak krzyknął cicho ze strachu i skulił się.
– Mewa! Nie ruszaj się – rozkazał.
Francis bez trudu wykonał polecenie, bo zmroziła go nagła, totalna panika. Po wędrówce w mrokach tunelu poczuł chwilową ulgę na widok słabego światła, a wtedy w jednej chwili znów wszystko zniknęło – i to przeraziło go bardziej niż jakiekolwiek miejsce, w którym był przedtem. Czuł uderzenia serca, ale mówiły mu tylko tyle, że wciąż żyje, a zarazem wszystkie jego głosy wrzeszczały, że znalazł się na skraju śmierci.
– Cicho! – szepnął Peter i ruszył do przodu w smolistą czerń, odciągając kciukiem kurek pistoletu. Wyciągnął lewą rękę i dotknął Francisa w ramię, żeby zarejestrować jego położenie w piwnicy. Przygotowywana do strzału broń szczęknęła przerażająco w ciemności. Peter również znieruchomiał, starając się nie zdradzić żadnym dźwiękiem.
Francis słyszał w głowie krzyk: Chowaj się! Chowaj się! – ale wiedział, że nie ma się gdzie ukryć, nie w tej chwili. Przykucnął, mocno skulony; stopy przyrosły mu do betonowej podłogi, oddech wyrywał się płytkimi, nerwowymi sapnięciami i przy każdym z nich Francis zastanawiał się, czy to aby nie ostatnie. Był ledwie świadomy obecności Petera. Strażak, którego własne zdenerwowanie wzięło górę nad wyszkoleniem, zaryzykował jeszcze jeden krok do przodu. Jego stopa tupnęła cicho o beton. Peter wolno się obrócił, najpierw w prawo, potem w lewo, usiłując ustalić, z której strony nadejdzie atak.
Francis gorączkowo próbował ocenić, co się działo. Nie wątpił, że to anioł zgasił światło i czekał teraz gdzieś w czarnej dziurze, w której ich uwięził. Jedyna różnica polegała na tym, że anioł znał teren, podczas gdy Peter miał tylko sekundę czy dwie, żeby rozejrzeć się po pomieszczeniu, zanim zapadła ciemność. Francis zacisnął dłonie w pięści, potem, jak fala wodospadu, wszystkie jego mięśnie naprężyły się do granic wytrzymałości, wrzeszcząc, żeby się poruszył, ale on nie mógł. Tkwił w miejscu, jakby beton, na którym stali, był mokry, a potem zastygł wokół ich stóp.
– Cicho! – szepnął Peter. Wciąż obracał się na obie strony, z pistoletem w wyciągniętej ręce, gotów do strzału.
Francis czuł, że z każdą sekundą zmniejsza się dystans dzielący go od śmierci. Miał wrażenie; że został zatrzaśnięty w trumnie, a jedynym dźwiękiem, jaki słyszał, był hurgot brył ziemi rzucanych na wieko. Chciał płakać, skomleć, skulić się i zwinąć w kłębek jak dziecko. Krzyczące w nim głosy rozpaczliwie wołały, żeby uciekał, poszukał kryjówki. Ale Francis wiedział, że nie znajdzie bezpieczeństwa nigdzie poza miejscem, w którym stał, więc starał się wstrzymywać oddech i nasłuchiwać.
Z prawej dobiegło go szuranie. Odwrócił się w tamtą stronę. To mógł być szczur. Albo anioł. Niepewność czaiła się wszędzie.
Ciemność wszystko wyrównywała. Gołe ręce, nóż, pistolet. Jeśli przewaga początkowo leżała po stronie Petera, uzbrojonego w pistolet Lucy, teraz przechyliła się na stronę mężczyzny, bezgłośnie czyhającego w piwnicznym pomieszczeniu. Francis myślał gorączkowo, starając się przepchnąć rozsądek poza rafę paniki. Tak dużą część życia spędziłem w ciemności, pomyślał, powinienem być bezpieczny.
Wiedział, że to samo może okazać się prawdą w przypadku anioła.
A potem zadał samemu sobie pytanie: Co widziałeś, zanim zapadła ciemność?
W wyobraźni odtworzył tych kilka sekund widzenia. I zrozumiał jedno. Anioł wyczuł pościg albo usłyszał dwóch goniących go mężczyzn. Postanowił nie uciekać, ale zatrzymać się i zaczekać w ukryciu. Zostawił światło zapalone na tyle długo, żeby się upewnić, kto go ściga, a potem sprowadził ciemność. Francis wytężył pamięć, żeby wyobrazić sobie pomieszczenie. Anioł miał nadejść drogą, którą przemierzał już wcześniej, przy niejednej okazji. Nie potrzebowałby światła, by zadać śmierć. Francis stworzył obraz pomieszczenia w swojej głowie. Próbował przypomnieć sobie dokładnie, gdzie stoi. Wyciągnął szyję, nasłuchując, pewien, że jego własny oddech brzmi jak uderzenia w bęben: był tak głośny, że groził zagłuszeniem wszelkich innych dźwięków.
Peter też zdawał sobie sprawę, że są atakowani. Wszystkie włókna jego ciała krzyczały, żeby zaszarżować, ruszyć się, przygotować, wykorzystać pęd. Ale nie był w stanie tego zrobić. Przez chwilę myślał, że gęsty mrok jest jednakową przeszkodą dla wszystkich, ale potem zrozumiał, że to nieprawda. Ciemność tylko zwiększała jego bezradność.
On też wiedział, że anioł ma nóż. A więc chodziło wyłącznie o zmniejszenie dystansu między nimi. W tej sytuacji pistolet okazywał się o wiele mniej przydatny.
Читать дальше