John Katzenbach - Dzień zapłaty
Здесь есть возможность читать онлайн «John Katzenbach - Dzień zapłaty» весь текст электронной книги совершенно бесплатно (целиком полную версию без сокращений). В некоторых случаях можно слушать аудио, скачать через торрент в формате fb2 и присутствует краткое содержание. Жанр: Триллер, на польском языке. Описание произведения, (предисловие) а так же отзывы посетителей доступны на портале библиотеки ЛибКат.
- Название:Dzień zapłaty
- Автор:
- Жанр:
- Год:неизвестен
- ISBN:нет данных
- Рейтинг книги:5 / 5. Голосов: 1
-
Избранное:Добавить в избранное
- Отзывы:
-
Ваша оценка:
- 100
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
Dzień zapłaty: краткое содержание, описание и аннотация
Предлагаем к чтению аннотацию, описание, краткое содержание или предисловие (зависит от того, что написал сам автор книги «Dzień zapłaty»). Если вы не нашли необходимую информацию о книге — напишите в комментариях, мы постараемся отыскать её.
Dzień zapłaty — читать онлайн бесплатно полную книгу (весь текст) целиком
Ниже представлен текст книги, разбитый по страницам. Система сохранения места последней прочитанной страницы, позволяет с удобством читать онлайн бесплатно книгу «Dzień zapłaty», без необходимости каждый раз заново искать на чём Вы остановились. Поставьте закладку, и сможете в любой момент перейти на страницу, на которой закончили чтение.
Интервал:
Закладка:
– Chodzi o tego ochroniarza? – Tak.
– Więc się znaliście?
– Z wojny. Sto Pierwsza Spadochronowa.
– Rozumiem. Przykro mi, że tak się to skończyło…
– Co się stało?
– Miał chłop pecha. Dobrze, że nie było z nim żony i dzieciaków. Wyjechały na tydzień z miasta, by odpocząć przed szkołą, a on został sam w domu. Gliniarze uważają, że ktoś zapukał do jego drzwi, a on otworzył i wpuścił do środka napastników. Zmusili go do otwarcia sejfu i opróżnili go. Potem przeczesali dom. Facet miał piękną kolekcję broni, łącznie z automatyczną. O dziwo, miał na wszystko pozwolenie. Gliniarze twierdzą, że za każdą sztukę sprzedaną na czarnym rynku można dostać tysiące. Wygląda na to, że po dokonaniu rabunku skosili go serią z automatu we własnym domu. Cholerna jatka… Przepraszam.
– To nic – powiedział szybko Duncan – proszę mówić dalej.
– Niewiele mam do powiedzenia. Usiłował dostać się do biurka, gdzie miał schowany pistolet. Nie był typem faceta, który poddaje się bez walki, wszyscy mogą to potwierdzić. Napastnicy uciekli wkrótce po zabójstwie. Poza bronią ukradli jeszcze kilka inych przedmiotów, w tym rudą perukę jego żony. Wpadło im w ręce jakieś siedem tysięcy. Miller zawsze trzymał w domu grubszą gotówkę, co nie było zbyt mądre. Był jednym z szefów w firmie ochroniarskiej – doszedł do tego szczebel po szczeblu, od prostego dozorcy. Jego dom miał wymyślny system alarmowy. Ale elektronika nie jest warta funta kłaków, jeśli sam otwierasz drzwi mordercy. Właśnie to nie dawało spokoju policji. Czemu w ogóle otworzył drzwi.
– Może znał zabójcę?
– Tak sądzono, ale wszyscy podejrzani mają alibi. Facet był zresztą z tych, którzy są więcej warci dla rodziny żywi niż martwi. Nie miał też wykupionego jakieś szczególnie dużego ubezpieczenia.
– Więc nikt nic nie widział ani nie słyszał?
– Mieszkał w dzielnicy willowej, a tam domy są od siebie oddalone. Pewien policjant mówił mi, że broń, z której go zabili, prawie nie robi hałasu i dlatego nikt nic nie słyszał. Najwyżej cichy odgłos przypominający rozdzieranie płachty papieru. Była zresztą noc.
Duncan nie wiedział już, o co pytać. Wyobraźnia podsuwała mu obraz Olivii stojącej w drzwiach domu tego człowieka, czekającej cierpliwie na otwarcie i wpuszczenie do środka. Wiedział, że udałoby się jej to. Kto zresztą odmówiłby pomocy przystojnej, dobrze ubranej kobiecie w średnim wieku, nawet obcej. Wystarczyłby rzut oka przez wizjer i drzwi stawały otworem. Mieszkaniec mógłby jedynie zastanawiać się przez chwilę, co ją tu sprowadziło, i nie zaprzątać sobie tym więcej głowy.
Pozostawała jeszcze kwestia przyczyny tak późnej wizyty. Głos reportera sączył się ze słuchawki telefonicznej.
– …cholerna sprawa. Ma pan pojecie? Przez parę lat uchodzić z życiem spod ostrzału w Wietnamie, po powrocie do kraju oberwać podczas strzelaniny w banku, w końcu urządzić się na dobrej posadzie tylko po to, by jakiś pętak wyniuchał pieniądze i załatwił faceta na dobre. Ludzie w miasteczku poczuli się cholernie nieswojo, gdy sprzątnięto Millera. – Przekonali się, że może dotyczyć to każdego z nich.
– Przepraszam – wtrącił Duncan – co pan powiedział?
– Że to cholerna sprawa.
– A potem?
– Że facet wywija się śmierci w Wietnamie, a po powrocie do kraju obrywa w strzelaninie podczas napadu na bank…
– Ktoś napadł na bank?
– Przecież mówię, gdzieś w sześćdziesiątym ósmym. Dużo się wtedy o tym pisało. Banda zwariowanych hippisów dokonała napadu – zginęło dwóch strażników, a Miller otrzymał postrzał w nogę. Tamci też zresztą nieźle oberwali. Miller otrzymał od gubernatora medal za odwagę.
– Już sobie przypominam – powiedział Duncan.
– Pewnie. Reportaż na co najmniej dziesięć minut. W tych czasach nie brakowało tematów, jeden mocniejszy od drugiego.
– Pamiętam – rzekł Duncan.
Skulił się czując mdłości. Przez chwilę bał się, że nie zdoła pohamować wymiotów.
– Wiem – powtarzał sobie w duchu – teraz wiem już wszystko. – Z trudem przełknął ślinę i spytał: – Czy policja ma podejrzanych?
– Jedynie teorie. Uważają, że to gang działający poza granicami San Francisco. Podobno doszło do kilku napaści na domostwa w ciągu paru ostatnich miesięcy. Ale ten Miller zajmował się ochroniarstwem i licho wie, na kogo mógł się napatoczyć, wykonując swoją pracę. Trzeba też pamiętać, że tu jest Kalifornia – tu wszystko może się zdarzyć.
– Dziękuję panu – wykrztusił Duncan słabym głosem.
– Czy wie pan coś, co mogłoby pomóc policji? Firma zamordowanego wyznaczyła dwadzieścia tysięcy dolarów nagrody.
Ale Duncan już nie słuchał.
Usiadł w fotelu. Kim był Robert Miller – człowiekiem, który zabił Emily Lewis przed bankiem na ulicy w Lodi w 1968 roku.
Teraz już wiedział, czemu Miller zginał. Dosięgła go zemsta.
Sędzia Thomas Pearson uważnie obserwował wnuka.
Chłopiec stawał się mniej nerwowy, w miarę jak oswajał się z otoczeniem. Jednak na najmniejszy odgłos z dołu, który przedostawał się do ich ciemnego pomieszczenia, wzdrygał się. Widać było wyraźnie jak rosła jego frustracja, połączona z lękiem i reakcją na przymusową bezczynność. Czasem chłopiec chodził w kółko, po chwili zwijał się w kłębek na łóżku zastygając w pozycji embriona, to znów zrywał się i chodził. Wysiłki dziadka, by odwrócić jego uwagę, spełzały na niczym. Cały ranek spędzili samotnie, skazani na swoje towarzystwo, myśląc co się stanie. Gdy później Olivia zrobiła im zdjęcia, ożywili się, ale przez całe popołudnie trwali w martwej ciszy. Sędzia zastanawiał się wielokrotnie, czy są w domu sami, ale nawet gdyby tak było, nie wiedział, co robić.
Rozejrzał się po strychu – diabelska pułapka – otoczony ścianami i przytłoczony odpowiedzialnością. Gdybym stracił Tommy'ego, nie mógłbym spojrzeć w twarz Duncanowi i Megan. To by mnie zabiło.
Spojrzał na zegarek i stwierdził, że kolacja się spóźnia. Pewnie już zapadła noc, pomyślał. Nasza druga noc. Na zewnątrz gęstnieją ciemności, niebo się zachmurzyło. Robi się coraz zimniej, dzień gaśnie szybko, wszystko kryje się w cieniach.
Skinął na Tommy'ego, by podszedł i usiadł przy nim, a następnie objął go ramieniem.
– Tak tu cicho, dziadku – powiedział chłopiec, jakby chcąc się upewnić. – Czasem zdaje mi się, że nikogo tu w ogóle nie ma.
– Wiem – odpowiedział sędzia – ale gdybyśmy spróbowali wywalić łóżkiem drzwi, przekonałbyś się, że oni są i pilnują nas.
– Jak długo będziemy musieli tu siedzieć?
– Już o to pytałeś. Nie wiem.
– Zgadnij.
– To do niczego nie prowadzi, Tommy.
– Proszę.
Czuł napięcie w głosie chłopca i nie mógł się zdecydować, czy powiedzieć prawdę, czy skłamać. To główny kłopot w wychowaniu dzieci, pomyślał. Nigdy nie można być do końca pewnym, czy prawda, prawda dorosłych uwolni je, czy przytłoczy. Mignęło mu wspomnienie wycieczki samochodowej, którą odbył wspólnie z żoną i dziećmi wiele lat temu. Megan miała wtedy tyle lat co Tommy. "Jak długo jeszcze?" – wypytywała w nieskończoność. – "Aż dojedziemy" – odpowiadał. – "Ale jak długo" – upierała się. – Długo. – Ale jak długo? W końcu po dwudziestu minutach postanowił: Powiem jej prawdę. – "Megan, zostały jeszcze dwie godziny, więc zajmij się czymś, popatrz przez okno, albo zagraj w coś z mamą, ale przestań wreszcie pytać – jak długo". Dziewczynka zaczęła krzyczeć: "Dwie godziny! Chcę do domu!" A on aż zgrzytnął zębami.
Читать дальшеИнтервал:
Закладка:
Похожие книги на «Dzień zapłaty»
Представляем Вашему вниманию похожие книги на «Dzień zapłaty» списком для выбора. Мы отобрали схожую по названию и смыслу литературу в надежде предоставить читателям больше вариантов отыскать новые, интересные, ещё непрочитанные произведения.
Обсуждение, отзывы о книге «Dzień zapłaty» и просто собственные мнения читателей. Оставьте ваши комментарии, напишите, что Вы думаете о произведении, его смысле или главных героях. Укажите что конкретно понравилось, а что нет, и почему Вы так считаете.