– A tutaj – ciągnęła Sonja – chodzę z mamą do lasu i robimy zdjęcia. A potem je rysuję.
– Sonja jest Jamesem Audubonem motyli – oświadczył jej ojciec.
W drzwiach ukazała się Joan i zabrała dziecko.
– Myślisz, że się przyda? – spytał Walker, wskazując pudło.
– Nie wiem. Ale mam nadzieję, że tak. Bardzo potrzebna nam po moc.
Dance pożegnała się, dziękując za kolejne zaproszenie na kolację, i wróciła do samochodu.
Postawiła karton na siedzeniu obok. Korciło ją, by włączyć lampkę i przejrzeć kserokopie. Materiały musiały jednak zaczekać. Kathryn Dance była dobrą śledczą, tak jak dawniej była dobrą dziennikarką i konsultantką sądową. Ale była także matką i wdową. Ze względu na tak niezwykłe połączenie ról musiała się nauczyć, w którym momencie należy je rozdzielić. Nadszedł czas powrotu do domu.
To był ich Taras. Obszerna połać szarego, ciśnieniowo impregnowanego drewna, sześć na dziewięć metrów, przylegająca od kuchni i sięgająca w głąb ogrodu, zastawiona przeróżnymi krzesełkami, leżakami i stolikami. Wyposażenie stanowiły zlew i duża lodówka, a główny element dekoracji – elektryczne światełka bożonarodzeniowe i bursztynowe lampy oraz kilka anemicznych kwiatów w donicach z terrakoty. Wąskie schodki prowadziły do ogrodu, niezbyt pieczołowicie urządzonego, choć pełnego naturalnej roślinności: rosły tu skarłowaciałe dęby i klony, kropliki, astry, łubin, psianki, koniczyna i wszędobylska trawa.
Od sąsiadów oddzielało dom palisadowe ogrodzenie. Na gałęzi przy schodach wisiał karmnik i dwa baseniki dla kolibrów. Na ziemi leżały dwa dzwoneczki wietrzne, w tym samym miejscu, gdzie ubrana w piżamę Dance rzuciła je o trzeciej nad ranem podczas wyjątkowo gwałtownej burzy przed miesiącem.
Klasyczny dom wiktoriański – ciemnozielony, z szarymi, zniszczonymi przez słońce i deszcz balustradami, okiennicami i stolarką – znajdował się w północno-zachodniej części Pacific Grove; gdyby ktoś zaryzykował i wychylił się daleko z okna, mógłby dostrzec oddalony o niecały kilometr ocean.
Dance spędzała na Tarasie mnóstwo czasu. Poranki często były zbyt zimne lub mgliste, by jadać tu śniadania, lecz w leniwe weekendy, gdy słońce przedarło się przez mgłę, po spacerze z psami na plaży siadali tu w trójkę przy obwarzankach z twarożkiem, kawie i gorącej czekoladzie. Na nierównych deskach odbyły się setki przyjęć, dużych i małych.
Na Tarasie jej mąż Bill zdecydowanym tonem oznajmił swoim rodzicom, że żeni się z Kathryn Dance, odtrącając tym samym uczucia dziewczyny z dobrego domu z Napa, którą przez kilka lat gorąco popierała jego matka – co wymagało od niego większej odwagi niż udział w niejednej akcji.
Na Tarasie odbyła się ceremonia żałobna, gdy Bill zginął.
Było to także miejsce spotkań zaprzyjaźnionych stróżów prawa z całego półwyspu oraz znajomych spoza służby. Kathryn Dance lubiła ich towarzystwo, lecz od śmierci Billa najczęściej spędzała wolny czas z dziećmi, nie chcąc zabierać ich do barów i restauracji z innymi dorosłymi – Dlatego wprowadziła przyjaciół do ich świata.
W lodówce poza piwem i napojami zwykle czekała butelka czy dwie chardonnaya, pinot grigio czy caberneta z winnic środkowego wybrzeża. Pod ręką był też nieco zardzewiały, ale sprawny grill, a prosto z ogrodu można było zejść do łazienki na dole. Wracając do domu, Dance nierzadko spotykała na Tarasie matkę, ojca albo kogoś znajomego z CBI czy biura szeryfa, przy kawie lub piwie. Każdy był tu mile widziany, bez względu na to, czy gospodyni była w domu, czy nie, czy gość zapowiedział wizytę, czy wpadał niespodziewanie; nawet kiedy Dance była w domu, czasem w ogóle nie wychodziła do przybyłych. Według niepisanej zasady Taras stał dla wszystkich otworem o każdej porze dnia i nocy, natomiast dom stanowił strefę zamkniętą, z wyjątkiem organizowanych przyjęć; miejsce na prywatność, sen i pracę było święte.
Dance weszła na Taras po stromych schodkach od strony ogrodu, niosąc karton z taśmami i kserokopiami, na którym chwiało się pudełko z kurczakiem kupionym w Albertsonsie. Powitały ją psy, czarny gładkowłosy retriever i czarny podpalany owczarek niemiecki. Potarmosiła je za uszy, rzuciła im kilka wyliniałych pluszowych zabawek, po czym zbliżyła się do dwóch mężczyzn siedzących na plastikowych krzesełkach.
– Cześć, kochanie. – Stuart Dance nie wyglądał na swoich siedemdziesiąt lat. Był wysoki i barczysty, i miał bujną czuprynę niesfornych siwych włosów. Czas spędzony na morzu i wybrzeżu odcisnął swoje pięt no na jego skórze; wyraźnie było widać parę blizn po skalpelu i laserze dermatologa. Formalnie rzecz biorąc, ojciec był na emeryturze, lecz kilka razy w tygodniu pracował w oceanarium i nic na świecie nie mogło go powstrzymać od wypraw na skaliste mielizny.
Przytulił policzek do twarzy córki.
– Hm – mruknął Albert Stemple, agent z wydziału kryminalnego CBI. Zwalisty, ogolony na zero mężczyzna, był ubrany w czarną koszulkę, dżinsy i wysokie sznurowane buty. Podobnie jak jej ojciec, miał blizny na twarzy, a także – o czym aluzyjnie napomykał – w innych miejscach, które rzadko wystawiał na światło dzienne, choć w jego wypadku blizny nie były dziełem dermatologa. Agent pił piwo, siedząc ze swobodnie wyciągniętymi przed siebie nogami. Funkcjonariusze CBI nie słynęli z kowbojskiego stylu bycia, lecz Albert Stemple był typem Wild Billa Hickoka postępującego według własnych zasad. Miał na koncie najwięcej aresztowań ze wszystkich agentów, a także najwięcej wniesionych przeciw niemu skarg (z drugiego rekordu był bardziej dumny).
– Dzięki, że miałeś wszystko na oku, A). Przepraszam, jestem później niż zamierzałam. – Pamiętając, jak Pell groził jej podczas przesłuchania – i że krąży gdzieś w okolicy – Dance poprosiła Stemple’a, aby przypilnował dzieci do jej powrotu. (O’Neil polecił miejscowym funkcjonariuszom mieć dom na oku, dopóki zbieg przebywał na wolności).
– Nie ma sprawy – burknął Stemple. – Overby postawi mi kolację.
– Charles sam ci to obiecał?
– Nie. Ale postawi. U nas cisza i spokój. Zrobiłem parę rundek wokół domu. Nic się nie dzieje.
– Chcesz coś do picia na drogę?
– Pewnie. – Wyciągnął z lodówki dwie butelki piwa Anchor Steam. – Nie martw się. Zanim siądę za kółko, będą puste. Na razie, Stu. – Cięż kie kroki zadudniły po Tarasie, który jęknął pod jego ciężarem.
Zniknął, a piętnaście sekund później Dance usłyszała warkot silnika forda crown victoria i pisk opon. Nie miała wątpliwości, że obydwa piwa spoczywają między masywnymi udami agenta.
Dance zajrzała do salonu przez pokryte zaciekami okna. Jej wzrok zatrzymał się na książce leżącej na stoliku. Ten widok o czymś jej przypomniał.
– Dzwonił może Brian?
– Ach, twój przyjaciel? Ten, który był na kolacji?
– Tak.
– Jak się nazywa?
– Gunderson.
– Ten z banku inwestycyjnego.
– Ten. Dzwonił?
– Nic o tym nie wiem. Chcesz spytać dzieci?
– Nie, nie trzeba. Jeszcze raz dziękuję, tato.
– Nie ma sprawy. – Zwrot pochodził z jego pobytu na Nowej Zelandii. Ojciec odwrócił się i zastukał w okno. – Pa!
– Zaczekaj, dziadku! – Z domu wybiegła Maggie, a jej kasztanowy warkocz podskakiwał przy każdym kroku. Dziewczynka trzymała książkę. – Cześć, mamo – powitała ją z entuzjazmem. – Kiedy wróciłaś?
– Przed chwilą.
– I nic nie powiedziałaś! – wykrzyknęła dziesięciolatka, poprawiając zsuwające się okulary.
Читать дальше