Kolejne morderstwo miało miejsce dwie przecznice dalej, przy West Trade Street, na tyłach lokalu Cadillac Grill, zamkniętego tamtego wieczora z powodu morderstwa. Jeff Calley miał czterdzieści cztery lata i był pastorem baptystą. Przyjechał do Charlotte z Knoxville, w stanie Tennessee. Chciał załatwić w mieście pewną sprawę. Przeprowadzał swoją leciwą matkę do domu spokojnej starości „Pod Sosnami” i na czas trwania wszystkich formalności miał się zatrzymać w hotelu Hyatt. Nigdy tam się nie zameldował. Późno w nocy znaleziono wynajętą przez niego jettę, drzwi były otwarte, alarm działał, ten sam modus operandi.
Trzy tygodnie później koszmar się powtórzył, gdy do miasta przyjechał z Atlanty pięćdziesięciodwuletni Cary Luby. Virginia rozmawiała właśnie o tym morderstwie przez telefon, gdy w drzwiach jej pokoju pojawił się Brazil. Nie widziała go, była zbyt zajęta przeglądaniem wstrząsających fotografii z miejsca zbrodni i dyskutowała przy tym gwałtownie z zastępcą prokuratora okręgowego.
– To nie było tak, nie wiem, skąd to wytrzasnąłeś, rozumiesz? Został zabity kilkoma strzałami w głowę, z bliskiej odległości. Czterdziestkapiątka, załadowana amunicją Silvertips…Tak, tak, dokładnie. W odległości kilku przecznic od siebie. – Najwyraźniej zaczynała się irytować. – Chryste Panie, oczywiście, że posłałam w tamtą okolicę tajniaków, mają się pokręcić, pogadać z prostytutkami i naganiaczami, a w ogóle mieć oczy szeroko otwarte. Co ty sobie myślisz?
Przełożyła słuchawkę do drugiej ręki, zastanawiając się, po co w ogóle zakłada klipsy, wściekła, że ktoś śmie kwestionować jej profesjonalizm. Rzuciła okiem na zegarek, przeglądając kolejne zdjęcia. Zatrzymała się przy tym, na którym widać było wyraźnie namalowaną klepsydrę, a właściwie pomarańczową ósemkę. Podstawa znajdowała się ponad genitaliami, górna część sięgała brzucha ofiary. To robota szaleńca. Zastępca prokuratora okręgowego nadal pytał o szczegóły dotyczące śledztwa i Virginia zaczęła już tracić cierpliwość. Ten dzień i tak już był spieprzony.
– Tak jak inni – odpowiedziała z naciskiem. – Wszystko. Portfel, zegarek, obrączka. – Przez chwilę słuchała. – Nie. Nie. Żadnych kart kredytowych, niczego z nazwiskiem ofiary… Dlaczego? Bo zabójca jest inteligentny, ot co. – Westchnęła, i zaczęła nerwowo kiwać głową. – Na rany Chrystusa. John, właśnie o to mi chodzi! Jeżeli byłby to zwykły złodziej samochodów, to dlaczego nie zabrał tego wypożyczonego thunderbirda? Nie ukradziono żadnego samochodu.
Odwróciła się na obrotowym krześle i omal nie upuściła słuchawki, gdy zobaczyła w drzwiach młodego gliniarza wolontariusza, spiesznie robiącego notatki. Ten skurczybyk rozglądał się po jej gabinecie, zapisując każde słowo dotyczące najbardziej sensacyjnych, przerażających morderstw, jakie zdarzyły się w tym mieście. Jak dotąd, szczegóły zbrodni nie trafiły do prasy, bo wokół sprawy narastała coraz silniejsza presja polityczna.
– Muszę kończyć – oznajmiła kategorycznie Virginia. Rzuciła słuchawkę na widełki, przerywając rozmowę z zastępcą prokuratora okręgowego, i przeszyła Brazila groźnym spojrzeniem. – Zamknij drzwi – poleciła lodowatym głosem, który mógłby zmrozić każdego, kto dla niej pracował lub spodziewał się aresztowania.
Brazil podszedł spokojnie do biurka. Nie miał zamiaru dać się zastraszyć tej biurokratce grubego kalibru, która już go oszukała. Rzucił jej na blat skradzione raporty.
– Co ty wyprawiasz? – zapytała porucznik West.
– Jestem Andy Brazil z „Observera” – przedstawił się z zimną uprzejmością. – Webb grzebie w policyjnych papierach. Mówię na wypadek, gdyby to panią interesowało. Poza tym potrzebuję radia. Miałem się z panią spotkać o czwartej.
– I co? Miałeś podsłuchiwać? – Odsunęła krzesło od biurka i wstała. – Mam wrażenie, że już zdobyłeś swój materiał.
– Będę potrzebował radia – powtórzył jeszcze raz Brazil, ponieważ nie potrafił sobie wyobrazić, że na ulicy nie będzie mógł się kontaktować z dyspozytorem.
– Zapewniam cię, że nie. Możesz mi zaufać – odpowiedziała Virginia.
Z wściekłością upchnęła do torby akta i zamknęła ją z trzaskiem. Złapała swój notes i ruszyła w kierunku drzwi. Brazil deptał jej po piętach.
– Jesteś irytujący – rzuciła w jego stronę, jakby ten młody mężczyzna w mundurze drażnił ją od zawsze. – Jak każdy inny dupek stamtąd. Daj im trochę, to zechcą więcej. Nikomu nie można ufać.
Nie wyglądała tak, jak Brazil sobie to wyobrażał. Nie miał pojęcia dlaczego, ale oczekiwał, że zastępczyni komendant Hammer będzie otyłą i arogancką kobietą z płaskim biustem i kwadratową, męską twarzą oraz zniszczonymi włosami. Tymczasem nie. Pani porucznik West ważyła jakieś pięćdziesiąt sześć, pięćdziesiąt siedem kilogramów, miała ciemnorude włosy do szyi i drobnokościstą budowę ciała. Można powiedzieć, że była przystojna, a z pewnością atrakcyjna. Miała znakomitą figurę, bez jednego zbędnego grama tłuszczu, chociaż chyba jej na tym nie zależało. Jemu jednak bynajmniej nie wydawała się pociągająca, lecz raczej niemiła.
Otworzyła szklane drzwi, prowadzące na parking, i ruszyła w stronę swojej nieoznakowanej crown victorii.
– Mówiłam wszystkim, że to zły pomysł, ale czy ktoś mnie słuchał? – Zaczęła szukać kluczyków.
– A pani by posłuchała? – zapytał Brazil. Zamilkła i spojrzała na niego. Po chwili otworzyła samochód, ale Brazil przytrzymał ręką drzwiczki.
– Byłoby miło, gdybym mógł liczyć na uczciwy proces. – Wyciągnął w jej stronę notatnik, pokazując zapiski, które zrobił, gdy była zajęta rozmową. – Opisywałem pani gabinet i panią – oświadczył tonem zastępcy prokuratora okręgowego, z którym rozmawiała przez telefon.
Nie musiała długo patrzeć w pokazane notatki, aby zrozumieć, że źle go oceniła. Westchnęła, cofnęła się o krok i obrzuciła wolontariusza taksującym spojrzeniem, zastanawiając się, jak to możliwe, aby dziennikarz był ubrany tak jak on. Dokąd zmierza policja? Judy Hammer naprawdę straciła głowę. Brazila powinno się aresztować za odgrywanie roli policjanta, taka była prawda.
– Gdzie mieszkasz? – zapytała.
– W Davidson.
Świetnie. A zatem najbliższe półtorej godziny będą mogli spędzić w drodze do Davidson i z powrotem. Już ona postara się jeszcze wydłużyć ten czas. Im później wyjadą na ulice, tym lepiej. Wsiadając do samochodu, prawie się uśmiechała.
– Pojedziemy najpierw do ciebie, żebyś się przebrał – oznajmiła.
Przez jakiś czas nie odzywali się do siebie. Policyjne radio mrugało światełkami, dyspozytorzy i policjanci niemal bez przerwy nadawali bieżące komunikaty. Przenośny terminal danych sygnalizował zgłoszenia i wyświetlał na monitorze adresy i potrzebne informacje. Virginia i Brazil jechali przez miasto w godzinie szczytu. Zanosiło się na deszcz. Andy wyglądał przez okno. Zdjął krawat od policyjnego munduru i rozpiął kołnierzyk koszuli. Czuł się głupio i uważał, że potraktowano go niesprawiedliwie.
– Jak długo pracujesz w „Observerze?” – zapytała porucznik West.
Coś uciskało jej piersi, jakby kamizelka kuloodporna była źle dopasowana, tylko że niczego takiego na sobie nie miała. Dręczyły ją lekkie wyrzuty sumienia w związku z tą jazdą.
– Rok – odpowiedział Brazil, czując niechęć do zastępczyni komendantki i zastanawiając się, czy będzie chciała jeszcze z nim jeździć.
– Jak to się stało, że nigdy o tobie nie słyszałam? – pytała dalej.
Читать дальше