– To zobaczymy, co powie weterynarz.
– Och… hm! – ryknął koniuszy i cisnął młotem przez podwórze. Młot wpadł do zagrody dla świń rozbryzgując błoto. Świnie chrząkały i kwiczały przeklinając go w swojej świńskiej łacinie. Yosef, podobnie jak Flagg, źle znosił opór, więc nie zwrócił na nie uwagi.
Podniósł się i odszedł. Piotr patrzył za nim z obawą, że nie ma racji i czeka go chłosta za tę sprawę. Po chwili główny stajenny zatrzymał się na środku podwórza, a na jego twarzy pojawił się niechętny uśmiech, jak promień słońca w pochmurny poranek.
– Idź po tego weterynarza – powiedział. – Sam go tu przyprowadź. Znajdziesz go w izbie weterynaryjnej na końcu Trzeciej Wschodniej Alei, jak mi się wydaje. Masz na to dwadzieścia minut. Jeśli nie wrócisz w tym czasie, mój młot rozwali głowę tej klaczy, książę, nie książę.
– Tak jest, panie główny koniuszy! Dziękuję! – zawołał Piotr i ruszył pędem.
Gdy zdyszany wracał z młodym weterynarzem, był pewien, że klacz już nie żyje; słońce wskazywało, że minęło trzy razy po dwadzieścia minut. Ale Yosef, powstrzymywany przez ciekawość, czekał.
Leczenie koni i weterynaria dopiero co pojawiły się w Delainie, a młody człowiek był dopiero trzecim lub czwartym przedstawicielem tego zawodu, nic więc dziwnego, że Yosef patrzył na niego z powątpiewaniem. Sam zaś weterynarz wcale nie odczuwał zachwytu, gdy spocony książę o szeroko rozwartych oczach wyciągnął go z izby weterynaryjnej, ale niezadowolenie jego zmalało, gdy okazało się, że jest tu pacjent. Klęknął przed klaczą i łagodnie obmacywał złamaną nogę nucąc pod nosem. Klacz raz drgnęła, gdy badanie sprawiło jej ból. – Spokojnie, malutka – powiedział łagodnie doktor – spokojnie. – Klacz uspokoiła się. Piotr patrzył na to wszystko kurcząc się z niepokoju. Yosef przyglądał się stojąc z założonymi rękoma obok opartego o ścianę młota. Uznał, że facet jest młody, ale wie, co robi.
W końcu lekarz skinął głową i wstał otrzepując z rąk stajenny kurz.
– No i co? – zapytał z niepokojem Piotr.
– Zabij ją powiedział krótko lekarz do Yosefa, zupełnie nie zwracając uwagi na Piotra.
Yosef natychmiast uniósł młot, gdyż nie spodziewał się innego zakończenia tej sprawy. Ale nie odczuwał też satysfakcji, że racja okazała się po jego stronie; rozpacz malująca się na twarzy chłopca przemówiła mu do serca.
– Zaczekaj! – zawołał Piotr i chociaż jego drobna buzia wyrażała wielki smutek, jego głos stał się znów niższy, tak że sprawiał wrażenie należącego do kogoś znacznie, znacznie starszego.
Weterynarz spojrzał na niego z zaskoczeniem.
To znaczy, że ona umrze na zakażenie krwi? – zapytał Piotr.
– Co? – zapytał weterynarz patrząc na chłopca z uwagą.
– Czy umrze na zakażenie krwi, jeśli się ją zostawi? Pęknie jej serce? Dostanie szału?
Lekarz najwyraźniej w świecie nic z tego nie rozumiał.
O czym ty mówisz? Zakażenie krwi? Nic tu takiego nie ma. Prawdę mówiąc złamanie zrasta się bardzo ładnie. – Popatrzył na Yosefa z lekkim niesmakiem. – Znam te historie. To wszystko nieprawda.
– Jeśli tak myślisz, to jeszcze się musisz wiele nauczyć, przyjacielu – powiedział Yosef.
Piotr nie zwrócił na niego uwagi. Teraz on nic nie rozumiał. Zapytał więc młodego weterynarza: – To dlaczego powiedział pan głównemu koniuszemu, żeby zabić konia, który może wyzdrowieć?
– Wasza Wysokość – odparł lekarz energicznie. – Ta klacz powinna mieć kładzione okłady codziennie rano i wieczorem co najmniej przez miesiąc, żeby nie wdała się infekcja. Można to robić, ale jaki będzie skutek? Ta klacz na zawsze pozostanie kulawa. A klacz, która kuleje, nie może pracować. Kulawa klacz nie może biegać, żeby próżniacy mogli stawiać na nią pieniądze. Koń, który kuleje, może tylko jeść i jeść i nigdy nie zarobi na swoje utrzymanie. Dlatego też należy go zabić.
Uśmiechnął się z zadowoleniem. Udało mu się zgrabnie przedstawić argumenty.
Gdy jednak Yosef znów chwycił za młot, Piotr powiedział: – Ja będę kładł okłady. A jeśli któregoś dnia nie będę mógł, zrobi to za mnie Ben Staad. A ona wyzdrowieje, bo będzie moim koniem i będę jej dosiadał nawet wówczas, gdy będzie tak kulała, że przyprawi mnie o chorobę morską.
Yosef wybuchnął śmiechem i klepnął chłopca w plecy tak, że aż mu szczęknęły zęby.
– Masz dobre serce i odwagę, chłopcze, ale w twoim wieku łatwo składa się obietnice, a potem się tego żałuje. Moim zdaniem nie dotrzymasz jej.
Piotr spokojnie popatrzył na koniuszego.
– Dotrzymam słowa.
Yosef natychmiast przestał się śmiać. Przyjrzał się chłopcu i zobaczył, że rzeczywiście ma on zamiar to zrobić… a przynajmniej tak mu się wydaje. Twarz jego miała zdecydowany wyraz.
– Hm, nie mogę tu tkwić przez cały dzień – powiedział weterynarz wracając do swej poprzedniej energicznej postawy. – Przedstawiłem wam moją diagnozę. Rachunek prześlę zwykłym trybem do skarbu państwa… Może zapłacisz go ze swojej pensji, Wasza Wysokość. Ale to już nie moja sprawa. Do widzenia.
Piotr i główny koniuszy patrzyli, jak odchodzi przez podwórze rzucając długi popołudniowy cień.
– Gada bzdury – powiedział Yosef, gdy weterynarz znalazł się za bramą, poza zasięgiem głosu, a więc nie mogąc mu zaprzeczyć. – Posłuchaj mnie, Wasza Wysokość, to oszczędzi ci zmartwienia. Żadna klacz z rozwaloną nogą nigdy nie uchroni się przed zakażeniem. Bóg to tak urządził.
– Chciałbym porozmawiać o tym z ojcem – rzekł Piotr.
– Musisz, moim zdaniem – powiedział poważnie Yosef… ale gdy Piotr już odszedł, uśmiechnął się. Uważał, że chłopiec dostanie konia. Ojciec ma obowiązek złoić mu skórę za mieszanie się w sprawy starszych, ale główny stajenny wiedział, że Roland, osiągnąwszy już późny wiek, liczył ogromnie na swoich synów, może trochę bardziej na Piotra niż na Tomasza, sądził więc, że chłopiec otrzyma swojego konia. Oczywiście czeka też go smutek, kiedy klacz zemrze, ale jak słusznie zauważył weterynarz, to już nie jego problem. Znał się na hodowli koni, a wychowanie książąt wolał pozostawić innym.
Piotr rzeczywiście dostał chłostę za mieszanie się do spraw głównego koniuszego, ale chociaż nie stanowiło to wielkiej pociechy dla jego obolałego siedzenia, rozum podpowiadał mu, że fakt, iż chłostę sprawił mu osobiście ojciec zamiast zlecić to podwładnemu, który usiłowałby przez jej złagodzenie uzyskać dla siebie jakieś przyszłe korzyści, był dla niego wielkim zaszczytem.
Piotr nie mógł spać na plecach przez trzy dni i jeść na siedząco przez prawie tydzień, ale główny koniuszy trafnie ocenił także sprawę klaczy – Roland pozwolił Piotrowi ją zatrzymać.
– Nie stracisz na nią dużo czasu, Piotrze – rzekł Roland. – Jeśli Yosef mówi, że ona umrze, to tak się na pewno stanie. – Twarz Rolanda trochę zbladła, a ręce drżały mu lekko. Bicie sprawiło mu większy ból niż Piotrowi, który był jego ukochanym synem, chociaż Roland naiwnie myślał, że nikt poza nim samym o tym nie wie.
– Nie jestem pewien – powiedział Piotr. – Myślę, że ten lekarz od koni zna się na rzeczy.
I okazało się, że tak. Klacz nie dostała zakażenia krwi i przeżyła, a w końcu kulała tak nieznacznie, że nawet Yosef musiał to przyznać. – Przynajmniej kiedy nie jest zmęczona – dodał. Piotr był bardziej niż skrupulatny w robieniu okładów. Zmieniał je trzy razy dziennie i jeszcze czwarty raz przed pójściem spać. Ben Staad zastępował go kilkakrotnie, ale zdarzało się to bardzo rzadko. Piotr nazwał klacz Peonią i od tego czasu stali się wielkimi przyjaciółmi.
Читать дальше