Flagg niewątpliwie miał rację w jednej sprawie – gdy radził Rolandowi, żeby nie pozwolił Piotrowi bawić się domem dla lalek: służący są wszędzie, widzą wszystko i lubią gadać. Kilkoro służby widziało scenę na stajennym podwórcu, ale jeśli każdy sługa, który utrzymywał potem, że był jej świadkiem, rzeczywiście się tam znajdował, tego gorącego letniego dnia podwórzec musiałby być pełen ludzi. Nic takiego oczywiście nie miało miejsca, więc wielu z nich musiało kłamać, co oznaczało, że Piotr został uznany za postać godną uwagi. Mówili o tej sprawie tyle, że stała się ona czymś w rodzaju ósmego cudu w Delainie. Yosef też o niej opowiadał; no i nie należy zapominać o młodym weterynarzu, ale słowo Yosefa znaczyło wiele, jako że cieszył się on wielkim szacunkiem. Zaczął nazywać Piotra „młodym królem”, czego nigdy przedtem nie robił. – Moim zdaniem Bóg ocalił klacz, bo młody król tak dzielnie się za nią wstawiał – powiedział. – A i harował jak niewolnik przy okładach. Jest dzielny; ma serce smoka. Pewnego dnia zostanie królem jak się patrzy. Aj! Trzeba by wam słyszeć jego głos, gdy powiedział mi, żebym wstrzymał młot!
Była to wspaniała opowieść i na jej konto Yosef pił przez następne siedem lat, aż Piotr został aresztowany za dokonanie ohydnej zbrodni, osądzony i skazany na uwięzienie w celi na szczycie Iglicy przez resztę życia.
Pewnie zastanawialiście się już, jaki jest Tomasz, i niektórzy z was zdążyli może go obsadzić w roli czarnego charakteru, jako chętnego współuczestnika w intrydze Flagga mającej na celu odebranie korony jej prawowitemu dziedzicowi.
Ale naprawdę wcale tak nie było, chociaż mogło się tak wydawać, a Tomasz oczywiście odegrał pewną rolę. Nie sprawiał wrażenia, muszę przyznać, dobrego chłopca, przynajmniej na pierwszy rzut oka. No i oczywiście nie był dobrym chłopcem w taki sposób jak Piotr, ale żaden brat nie potrafiłby sprawić bardzo dobrego wrażenia przy Piotrze, co Tomasz zrozumiał, gdy osiągnął lat cztery – było to w rok po słynnym wyścigu w workach, a dokładnie wtedy, gdy miał miejsce incydent na stajennym podwórzu. Piotr rzadko kłamał i nigdy nie oszukiwał. Piotr był inteligentny i dobry, wysoki i przystojny. Wyglądem przypominał matkę, którą tak kochał król i cały lud Delainu.
Jak mógł Tomasz dorównać komuś tak znakomitemu? Proste pytanie i prosta odpowiedź. Nie mógł.
W odróżnieniu od Piotra Tomasz kropka w kropkę przypominał swojego ojca. Sprawiało to starszemu panu pewną przyjemność, ale nie taką jak większości mężczyzn, których synowie są do nich bardzo podobni. Patrząc na Tomasza miał wrażenie, że przygląda się sobie w krzywym zwierciadle. Wiedział, że cienkie blond włosy szybko posiwieją i zaczną wypadać; w wieku lat czterdziestu Tomasz będzie łysy. Wiedział, że Tomasz nigdy nie osiągnie wysokiego wzrostu, a jeśli odziedziczył też po ojcu zamiłowanie do piwa i miodu, urośnie mu wielki brzuch, zanim dojdzie do lat dwudziestu pięciu. Już teraz stawiał krzywo stopy i Roland podejrzewał, że chód Tomasza będzie równie kaczy jak jego własny.
Tomasz nie był kimś, kogo można by nazwać dobrym chłopcem, ale to nie oznaczało wcale, że stawał się z tego powodu chłopcem złym. Czasami był smutnym chłopcem, często chłopcem zmieszanym (odziedziczył po ojcu także i to, że nadmierne myślenie powodowało zatykanie się nosa, a w głowie krążyły wielkie głazy), niejednokrotnie chłopcem zazdrosnym, ale zły nie był na pewno.
Komu zazdrościł? No jak to, oczywiście swojemu bratu. Zazdrościł Piotrowi. Nie chodziło tylko o to, że Piotr ma zostać królem. O nie! Nie chodziło też o to, że ojciec wolał Piotra albo że służący woleli Piotra, albo że nauczyciele woleli Piotra, bo zawsze umiał lekcje i nie trzeba go było zmuszać do nauki. Nie chodziło też o to, że wszyscy woleli Piotra albo że Piotr miał przyjaciela od serca. Była jeszcze jedna sprawa.
Ilekroć ktokolwiek patrzył na Tomasza, a zwłaszcza jego własny ojciec, Tomaszowi wydawało się, że myśli tak: Kochaliśmy twoją matkę, a twoje nadejście ją zabiło. No i co dostaliśmy w zamian za ból i śmierć, o którą ją przyprawiłeś? Nieciekawego chłopczyka z okrągłą, pozbawioną podbródka twarzą, nierozgarniętego chłopca, który nie potrafił nauczyć się wszystkich wielkich liter przed ukończeniem ośmiu lat. Twój-brat Piotr umiał je, gdy miał sześć lat. Co więc dostaliśmy? Niewiele. Po co się pojawiłeś, Tomku? Na co możesz się przydać? Jako zabezpieczenie sukcesji? Tylko do tego? Jako zabezpieczenie sukcesji na wypadek, gdyby Bezcenny Piotr spadł ze swojej kulawej klaczy i skręcił kark? To wszystko? No cóż, nie jesteś nam potrzebny. Nie chcemy cię. Nie chcemy cię…
Tomasz odegrał bardzo brzydką rolę w uwięzieniu swojego brata, ale mimo to naprawdę nie był zły. Jestem o tym przekonany i mam nadzieję, że z czasem wy także się ze mną zgodzicie.
Pewnego razu, mając już siedem lat, Tomasz spędził cały dzień nad modelem żaglówki dla Rolanda. Pracował nie mając pojęcia, że Piotr okrył się tego dnia chwałą na strzelnicy łuczniczej, czego świadkiem był ojciec. Zazwyczaj Piotr nie miewał świetnych wyników w łucznictwie – przynajmniej w tej dziedzinie Tomasz okazał się o wiele lepszy od swego starszego brata – ale tego właśnie dnia Piotr jak w natchnieniu trafiał do celu. Tomasz bywał smutny, zmieszany, no i bardzo często miewał pecha.
Tomaszowi na myśl przyszła łódź, bo czasami, w niedzielne popołudnia, ojciec lubił chodzić nad fosę otaczającą pałac i bawić się modelami najrozmaitszych jednostek pływających. Takie niewyszukane rozrywki sprawiały Rolandowi wielką przyjemność, a Tomasz nigdy nie zapomniał dnia, kiedy ojciec zabrał go – i nikogo więcej – ze sobą. W owych czasach ojciec miał doradcę, do którego zadań należało uczyć Rolanda, jak się robi łodzie z papieru, czym król zajmował się z ogromną satysfakcją. Tego dnia stary, omszały karp wychynął z mętnej wody i połknął w całości jedną z Rolandowych łodzi. Roland śmiał się jak dzieciak i oznajmił, że to jest lepsze niż opowieść o morskich potworach. Mówiąc to mocno przytulił Tomasza. Tomek nigdy nie zapomniał owego dnia – blasku słońca, wilgotnego, lekko tracącego pleśnią zapachu wody w fosie, ciepła ojcowskich ramion i jego drapiącej brody.
Tak więc pewnego dnia, gdy czuł się szczególnie samotnie, przyszedł mu do głowy pomysł, żeby zrobić dla ojca żaglówkę. Nie wyszła ona zbyt doskonale, z czego Tomasz zdawał sobie sprawę – był prawie tak samo nieudolny w pracach ręcznych, jak w uczeniu się lekcji. Ale wiedział też, że ojciec mógłby zatrudnić każdego rzemieślnika w Delainie – nawet samego wielkiego Ellendra, który teraz już prawie kompletnie oślepł – do robienia dla siebie łodzi gdyby mu się tak spodobało. Zasadnicza różnica, jak sądził Tomasz, polegała na tym, że własny syn Rolanda spędzi cały dzień na rzeźbieniu dla niego łodzi na niedzielę.
Tomasz cierpliwie siedział przy oknie wydobywając łódź z kawałka drewna. Używał ostrego noża i zadrasnął się nim wiele razy, a raz skaleczył się całkiem poważnie. Ale mimo że bolały go ręce, nie ustawał w pracy. Rozmyślał przy tym, jak to on i ojciec pójdą niedzielnym popołudniem i spuszczą łódź na wodę, tylko we dwójkę, bo Piotr będzie albo jeździł po lesie na Peonii, albo bawił się z Benem. A on się nawet wcale nie przejmie, jeśli przypłynie ten sam karp i pożre jego drewnianą łódkę, bo wtedy ojciec wybuchnie śmiechem, przytuli go i powie, że to jest lepsze niż opowieść o morskich potworach, które pożerały w całości anduańskie klipry.
Читать дальше