– Nie wygłupiaj się – powiedział niecierpliwie Piotr. – To moja wina, a nie twoja. Wstawaj szybko. Doganiają nas.
Dwaj chłopcy zamienieni w niezgrabnego trójnogiego stwora przez worek, którym mocno związano prawą nogę Piotra i lewą Bena, zdołali się podnieść i niezręcznie ruszyli dalej. Obu upadek pozbawił tchu, a co więcej, spowodował, że stracili prawie całą przewagę. Do linii mety, gdzie tłoczyli się rolnicy (no i oczywiście Roland stojący pośród nich i czujący się jak najbardziej na swoim miejscu) i radośnie wiwatowali, zbliżało się dwu wiejskich chłopców. Wydawało się całkiem pewne, że wyprzedzą Piotra i Bena na ostatnich dziesięciu jardach wyścigu.
– Szybciej, Piotrek! – ryknął Roland, wychylając wielki kufel miodu z takim entuzjazmem, że większość wylał na siebie. W podnieceniu wcale tego nie zauważył. – Jak zając, synu! Kicaj jak zając! Te chłopaki są tuż za wami!
Matka Bena zaczęła pojękiwać cichutko przeklinając los, który sprawił, że jej syn znalazł się w jednej parze z księciem.
– Jeśli przegrają, wrzuci naszego Bena do najgłębszego lochu na zamku – jęknęła.
– Milcz, kobieto – powiedział Andy. – Nie zrobi nic takiego. To dobry król. – Był o tym przekonany, ale jednak się bał. W końcu jak pech to pech.
Tymczasem Ben zaczął chichotać. Sam nie wierzył własnym uszom, ale właśnie to robił.
– Kicać jak zając?
Piotr też się zaśmiał. Nogi bolały go okropnie, a krew ciekła mu po prawej ręce, pot spływał po twarzy, która zaczęła przybierać ładny śliwkowy kolor, ale nie mógł się powstrzymać.
– Tak właśnie powiedział.
– No to skaczemy!
Nie bardzo przypominali zające, gdy przekraczali linię mety; przypominali parę dziwacznych, kulawych wron. Tylko cudem nie upadli. Udało im się zrobić trzy niezręczne skoki. Trzeci przeniósł ich przez linię mety, gdzie upadli wyjąc ze śmiechu.
– Zajączek! – zawołał Ben wskazując na Piotra.
– Sam jesteś zajączek! – odkrzyknął Piotr, wskazując na Bena.
Objęli się ramionami i wciąż jeszcze się śmiali, gdy krzepcy farmerzy (a pośród nich Andrzej Staad, który na całe życie zapamiętał połączony ciężar obu chłopców) ponieśli ich do Rolanda, który założył im na szyję błękitne wstęgi. Potem niezgrabnie ucałował każdego z nich w policzek i wylał im na głowy resztki zawartości swego kufla, co wywołało istną burzę wiwatów. Nawet najstarsi dziadkowie nie pamiętali takiego wyścigu.
Resztę dnia chłopcy spędzili razem i rychło doszli do wniosku, że jest to przyjaźń na całe życie. Jednak nawet chłopiec ośmioletni ma pewne obowiązki (a jeśli kiedyś ma zostać królem, to tym bardziej), więc nie spędzali ze sobą tyle czasu, ile by chcieli, ale czynili to, ilekroć nadarzała się okazja.
Niektórzy krzywili się na tę przyjaźń twierdząc, że nie jest rzeczą właściwą, aby przyszły król przyjaźnił się z chłopcem wywodzącym się z rodziny nie lepszej niż zwykli przerzucacze gnoju. Większość jednak aprobowała ten stan rzeczy; niejeden raz mówiło się w delaińskich miodopitniach, że Piotrowi dostało się samo najlepsze – rozum po matce i miłość ludu po ojcu.
Piotr nie miał w sobie nic małostkowego. Nie przechodził okresu, w którym wyrywa się skrzydła muchom albo podpala psom ogony, żeby potem patrzeć, jak uciekają. Co więcej, włączył się w sprawę konia, który miał zostać zlikwidowany przez Yosefa, głównego królewskiego koniuszego… i właśnie wtedy, gdy wieść o tym dotarła do Flagga, czarnoksiężnik zaczął bać się starszego syna królewskiego i zastanawiać, czy rzeczywiście zostało mu tyle czasu na usunięcie go z drogi, jak mu się przedtem wydawało. Albowiem w sprawie klaczy ze złamaną nogą Piotr wykazał się odwagą i poświęceniem, które Flaggowi wcale się nie spodobały.
Przechodząc przez stajenny dziedziniec Piotr zobaczył konia przywiązanego do ogrodzenia tuż za główną stodołą. Koń unosił jedną ze swoich tylnych nóg. Piotr patrzył, jak Yosef splunął w dłonie i chwycił ciężki drewniany młot. Było jasne, co zamierza zrobić. Przerażony i skonsternowany chłopiec podbiegł do Yosefa.
– Kto kazał ci zabić tego konia? – zapytał.
Yosef, krzepki sześćdziesięciolatek, miał w pałacu bardzo pewne stanowisko. Nie zamierzał znosić, żeby jakiś smarkacz mieszał się w jego sprawy, nawet jeśli był księciem. Zmierzył więc Piotra ciężkim spojrzeniem, które miało zmieść go z powierzchni ziemi. Chłopiec mający wtedy dopiero dziewięć lat zdołał je wytrzymać. Wydawało mu się, że łagodne brązowe oczy klaczy przemawiają do niego. „Kimkolwiek byś był, jesteś moją ostatnią szansą. Proszę, zrób, co tylko możesz”.
– Mój ojciec, ojciec mojego ojca, a jeszcze przedtem jego ojciec – rzekł Yosef widząc, że musi coś powiedzieć, chce, czy nie chce. – Właśnie oni mi to powiedzieli. Koń ze złamaną nogą nie przyda się żadnej żywej istocie, a najmniej sobie samemu. – Uniósł odrobinę młot. – Ten młotek wydaje ci się narzędziem zbrodni, ale gdy dorośniesz, zrozumiesz, że w takich przypadkach jak ten zadaje on cios łaski. A teraz odsuń się, żebyś się nie pochlapał.
Uniósł oburącz młot.
– Odłóż go – powiedział Piotr.
Yosef stał jak skamieniały. Nikt nigdy nie wtrącał się do jego spraw w taki sposób.
– Ejże! Co ty mi tu mówisz?
– Słyszałeś. Powiedziałem, żebyś odłożył ten młot. – Gdy Piotr wymawiał te słowa, głos jego stał się niższy. Yosef nagle zrozumiał – ale tak naprawdę – że stoi przed nim, na jego zapylonym podwórcu, przyszły król i wydaje mu rozkaz. Gdyby Piotr rzeczywiście to powiedział, gdyby wykrzykiwał: – „Odłóż to, odłóż to, powiedziałem przecież, pewnego dnia zostanę królem, słyszysz, królem, więc odłóż ten młot!” – Yosef zaśmiałby się tylko pogardliwie, splunął i zakończył życie klaczy ze złamaną nogą jednym ruchem swych muskularnych ramion. Ale Piotr nie musiał nic takiego mówić; ton jego głosu i wyraz oczu stanowiły rozkaz.
– Twój ojciec dowie się o tym, książątko – rzekł Yosef.
– A jak mu o tym powiesz, usłyszy o tym po raz drugi – odparł Piotr. – Pozwolę ci dokończyć swoją pracę bez przeszkód, panie główny koniuszy, jeśli odpowiesz mi pozytywnie na jedno pytanie.
– Zadaj je więc – powiedział Yosef. Musiał przyznać, że wbrew jego woli chłopiec wywarł na nim wrażenie. Gdy Piotr oznajmił mu, że pierwszy powie o całej sprawie ojcu, Yosef uwierzył mu – prawda lśniła w oczach chłopca. No i nigdy nie nazwano go jeszcze panem głównym koniuszym, co mu się raczej spodobało.
– Czy konia tego widział weterynarz? – zapytał Piotr. Yosefa zatkało.
– To jest twoje pytanie?
– Tak.
– Na wszystkich bogów, nie! – zawołał, a widząc, że Piotr drgnął, zniżył głos, kucnął przed chłopcem i spróbował mu wyjaśnić. – Koń ze złamaną nogą jest stracony, Wasza Wysokość. Zawsze. Kość nigdy się dobrze nie zrasta. Może wdać się zakażenie krwi. Konia to okropnie boli. Okropnie. A w końcu albo pęknie mu serce, albo dostaje zapalenia mózgu i wpada w szał. Rozumiesz teraz, co miałem na myśli, mówiąc, że jest to cios łaski?
Piotr spuścił głowę i zastanawiał się z powagą przez dłuższy czas. Yosef milczał kucając przed nim i podświadomie przyjmując pozę wyrażającą szacunek, pozwalając mu rozmyślać tak długo, jak tylko zechce.
Piotr podniósł głowę i zapytał:
– Mówisz, że wszyscy tak uważają?
– Wszyscy, Wasza Wysokość. Mój ojciec…
Читать дальше