Ale w mrokach kaptura biała twarz Flagga pozostała daleka i zamyślona, więc Anna zaczęła znowu się bać.
– Czym możesz mi zapłacić za taki cud? – zapytał.
– Wszystkim – szepnęła i rzeczywiście gotowa była na wszystko. – O, panie Flagg, wszystkim!
– Chcę jednej uprzejmości – rzekł. – Czy zrobisz to dla mnie?
– Z radością!
– Jeszcze nie wiem, co to będzie, ale gdy nadejdzie pora, dam ci znać.
Upadła przed nim na kolana, a on pochylił się w jej stronę. Kaptur opadł ukazując jego okropne oblicze. Była to blada twarz trupa z czarnymi dziurami zamiast oczu.
– Ale jeśli mi odmówisz, kobieto…
– Nie odmówię! O, panie, nie odmówię! Nigdy! Nigdy! Przysięgam na imię mego drogiego męża!
– W porządku. Przyprowadź tu syna jutro wieczorem, gdy już zapadnie zmrok.
Przywiodła biednego chłopca następnego wieczoru. Trząsł się i drżał, głowa kiwała mu się głupawo i przewracał oczami. Po brodzie ciekła mu ślina. Flagg podał jej ciemnooliwkowego koloru napój w kielichu. – Niech to wypije – powiedział – poparzy mu usta, ale ma wypić co do kropli. A potem zabierz go z moich oczu.
Szepnęła coś chłopcu do ucha. Drżenie wzmogło się na chwilę, gdy próbował skinąć głową. Wypił wszystek płyn, a potem z krzykiem zwinął się z bólu.
– Zabierz go stąd – rozkazał Flagg.
– Właśnie, zabierz go stąd! – zawołała jedna z głów papugi.
– Zabierz go stąd, tu nie wolno krzyczeć! – wrzasnęła druga.
Zaprowadziła go do domu pewna, że Flagg go zamordował. Ale następnego dnia drżączka minęła i chłopiec wrócił do zdrowia.
Mijały lata. Gdy rozpoczął się poród Tomasza, Flagg wezwał ją i coś jej szepnął do ucha. Byli sami w jego tajemnych komnatach, ale mimo to takie polecenie lepiej wygłosić szeptem.
Twarz Anny Crookbrows śmiertelnie pobladła, pamiętała jednak słowa Flagga: „Jeśli odmówisz”…
W końcu król będzie miał dwoje dzieci. A ona miała tylko jedno. Jeśli zaś król zechce się znowu ożenić i mieć jeszcze więcej – proszę bardzo. W Delainie kobiet nie brakowało.
Poszła tedy do Sashy i przemawiała pokrzepiająco, a w krytycznym momencie w ręku jej zabłysł maleńki nóż. Nikt nie zauważył, jak zrobiła nieduże nacięcie. Chwilę później Anna zawołała:
– Przyj, królowo! Przyj, dziecko nadchodzi!
Sasha parła. Tomasz pojawił się na świecie z taką łatwością, jak dziecko zjeżdżające na zjeżdżalni. Ale życie Sashy wypłynęło razem z jej krwią na prześcieradła. Dziesięć minut po przyjściu Tomasza na świat jego matka nie żyła.
Tak więc Flagg nie przejmował się zbytnio drobną sprawą domku dla lalek. Najważniejsze, że Roland starzał się, nie było już żadnej wścibskiej królowej, a on miał nie jednego syna, lecz dwu do wyboru. Piotr oczywiście był starszy, ale tak naprawdę nie miało to większego znaczenia. Można się go pozbyć, jeśli okaże się niezdatny do celów Flagga. W końcu to dziecko, które nie potrafi się obronić.
Mówiłem już wam, że Roland podczas całego swojego panowania zastanawiał się dłużej i usilniej jedynie nad tym, czy pozwolić Piotrowi bawić się domkiem lalek Sashy tak sprytnie wykonanym przez wielkiego Ellendra. Powiedziałem też, że rezultatem owego namysłu była decyzja niezgodna z życzeniem Flagga. Wyjaśniłem też, że Flagg uważał całą sprawę za drobną.
Ale czy było tak naprawdę? O tym musicie sami zdecydować, gdy już wysłuchacie mnie do końca.
A teraz niech w mgnieniu oka minie wiele lat – jedną z zalet opowiadań jest to, że czas może mijać bardzo szybko, gdy nie dzieje się nic ciekawego. W prawdziwym życiu nigdy to się nie zdarza, co prawdopodobnie można by poczytać za zaletę. Czas mija szybciej tylko w opowiadaniach, a czym jest historia jak nie wielką opowieścią, w której wieki zastępują upływające lata?
Podczas owych lat Flagg obserwował obu chłopców z uwagą – przyglądał się im zza pleców starzejącego się króla, planując, który z nich powinien go zastąpić, gdy Rolanda już nie stanie. Nie potrzebował wiele czasu, żeby wybrać młodszego Tomasza. Gdy Piotr osiągnął siedem lat, Flagg wiedział na pewno, że mu się nie podoba. Gdy miał lat dziewięć, Flagg dokonał dziwnego, nieprzyjemnego odkrycia: nie tylko nie lubił, ale także bał się go.
Chłopiec rósł silny, prosty i przystojny. Miał ciemne włosy, ciemnoniebieskie oczy, jak u ludzi z Zachodniej Baronii. Czasami gdy nagle podnosił wzrok w pewien sposób przechylając głowę, przypominał swojego ojca. Ale poza tym był synem Sashy tak pod względem wyglądu, jak i zachowania. Odwrotnie niż krzywonogi i niezgrabny ojciec (Roland poruszał się z wdziękiem tylko na koniu) Piotr był wysoki i zręczny. Lubił i umiał polować, ale nie stanowiło to dla niego wszystkiego. Również nauka sprawiała mu przyjemność – zwłaszcza lekcje geografii i historii.
Jego ojciec nie rozumiał i nie miał cierpliwości do dowcipów; większość z nich trzeba mu było wyjaśniać, co psuło całą zabawę. Roland lubił, gdy trefnisie udawali, że poślizgnęli się na skórce od banana albo zderzyli się głowami, albo gdy aranżowali obrzucanie się ciastem w wielkiej sali. Roland uważał to za dobrą zabawę. Piotr błyskawicznie chwytał o wiele subtelniejsze dowcipy, tak jak ongiś Sasha, a jego radosny chłopięcy śmiech często rozbrzmiewał w pałacu; słysząc to służący uśmiechali się z aprobatą.
O ile większość chłopców na miejscu Piotra, poznawszy swoją wybitną pozycję w systemie społecznym, nie chciałoby bawić się z nikim spoza swojej klasy, Piotr zaprzyjaźnił się z chłopcem o imieniu Ben Stada, gdy obaj osiągnęli wiek lat ośmiu. Rodzina Bena nie wywodziła się z królewskiego rodu i chociaż Andrzeja Stada, ojca Bena, łączyło po stronie matki bardzo odległe pokrewieństwo z jakimś szlachetnym rodem, to nawet nie można ich było zaliczyć do szlachty. „Człowiek wolny” to prawdopodobnie najpochlebniejsze określenie, jakie dałoby się zastosować do Andrzeja Staada i „syn człowieka wolnego” do jego chłopaka. Co więcej, niegdyś zamożna rodzina Staadów przeżywała ciężkie czasy i chociaż książę mógłby znaleźć sobie dziwniejszych przyjaciół, nie znalazłoby się takich wielu.
Spotkali się na zabawie dla farmerów, gdy Piotr miał osiem lat. Zabawa dla farmerów odbywała się co roku i większość królów i królowych w najlepszym razie uważała ją za męczący obowiązek; zazwyczaj pokazywali się tylko na chwilę, wypijali tradycyjny toast, a potem oddalali się życząc farmerom dobrej zabawy i dziękując im za kolejny urodzajny rok (to też należało do obyczaju, nawet jeśli zbiory okazały się kiepskie). Gdyby Roland należał do tego rodzaju monarchów, Piotr i Ben nie mieliby nigdy szansy poznać się. Ale, jak już się zapewne domyśliliście, Roland uwielbiał zabawę dla farmerów, oczekiwał jej co roku z niecierpliwością i zazwyczaj zostawał do samego końca (i nieraz wynoszono go pijanego i chrapiącego rozgłośnie). A więc tak się złożyło, że Piotr i Ben stanowili parę w wyścigu w workach na trzy nogi i wygrali go… chociaż zwycięstwo okazało się znacznie trudniejsze, niż na to wyglądało. Prowadząc prawie o sześć długości wywrócili się niebezpiecznie, a Piotr rozciął sobie ramię.
– Przebacz mi, książę! – zawołał Ben. Zbladł i być może wyobrażał już sobie lochy (a na pewno robili to jego rodzice z niepokojem obserwując wyścig; Andy Staad lubił mawiać, że ze szczęścia mieli tylko jego brak), ale raczej przykro mu było, że, jak sobie wyobrażał, sprawił komuś ból, albo zaskoczyło go, że krew przyszłego króla okazała się czerwona jak jego własna.
Читать дальше