– Jasne – przytaknął Johnny, wstając ze stołka i myśląc o psie, rzucającym się na ludzi na rozkaz i o wymarzonym hippisie-narkomanie, włamywaczu.
– No, to przekaż kumplom, że tu jestem.
– Zrobi się.
– Hej, Dick! – wrzasnęła jedna ze starych bab. – Słyszałeś kiedyś, że klientów obsługuje się z uśmiechem?
– Każ się wypchać! – O'Donnell aż się zaczerwienił.
– Pieprz SIĘ! – krzyknęła Clarice i zachichotała. Johnny cicho wyszedł w śnieżycę.
Zatrzymał się w Holiday Inn w Portsmouth. Kiedy wrócił do hotelu wieczorem, poprosił recepcjonistę, by przygotowano mu rachunek na jutro.
W swym pokoju usiadł za biurkiem, wyjął papeterię i wziął hotelowy długopis. Głowa go bolała, ale musiał napisać listy. Jego chwilowy bunt – jeśli był to rzeczywiście bunt – już minął, a sprawa ze Stillsonem pozostała nie dokończona.
Oszalałem, pomyślał. O to chodzi. Zgubiłem piątą klepkę. Oczami wyobraźni widział nagłówki: JASNOWIDZ ZABIJA POSŁA Z NEW HAMPSHIRE. SZALENIEC MORDUJE STILLSONA. SERIA KUL KŁADZIE TRUPEM POSŁA Z NEW HAMPSHIRE. Inside View doczeka się, oczywiście, swego wielkiego dnia. FAŁSZYWY „PROROK" ZABIJA STILLSONA. DWUNASTU PSYCHIATRÓW WYJAŚNIA, DLACZEGO SMITH TO ZROBIŁ. I może komentarz Deesa opisujący, jak to Johnny chciał „ustrzelić sobie intruza".
Wariat.
Rachunek za szpital został wprawdzie uregulowany, ale po tym pozostanie inny, szczegółowy rachunek, za który będzie musiał zapłacić jego ojciec. I on, i jego nowa żona spędzą mnóstwo czasu w światłach reflektorów, odbitych od jego wątpliwej sławy. Dostaną ziejące nienawiścią listy. Dziennikarze przeprowadzą wywiady ze wszystkimi, których znał: z Chatsworthami, z Samem, z szeryfem George'em Bannermanem. Z Sarą? Nie, być może nie dotrą do Sary. W końcu przecież nie planował zabójstwa prezydenta. W każdym razie jeszcze nie prezydenta. I wielu ludzi boi się powiedzieć o tym głośno, ale ja do nich nie należę. Każdemu powiem: pewnego dnia Greg Stillson może zostać prezydentem.
Johnny potarł skronie. Ból pulsował mu w głowie długimi, powolnymi falami, a listy pozostały nie napisane. Przysunął do siebie pierwszą kartkę papieru, podniósł długopis i napisał Kochany Tato. W okna z suchym szelestem uderzył śnieg. W końcu pióro ruszyło po kartce, najpierw powoli, potem coraz szybciej.
Johnny wszedł po drewnianych schodach, wyczyszczonych ze śniegu i posypanych solą. Przeszedł przez dwoje podwójnych drzwi do holu wytapetowanego wynikami głosowań i informacjami o zebraniach rady miejskiej, które miały odbyć się w Jackson dnia trzeciego stycznia. Była wśród nich informacja o spotkaniu ze Stillsonem i zdjęcie Samego Wielkiego Człowieka w zsuniętym na tył głowy kasku, z tym jego krzywym, kpiącym uśmieszkiem, mówiącym: „przechytrzymy ich, nie, stary?" A po prawej stronie drzwi prowadzących bezpośrednio do sali spotkań stał znak, którego Johnny absolutnie się nie spodziewał; przyglądał mu się przez chwilę w milczeniu.
EGZAMIN NA PRAWO JAZDY – głosił znak stojący na drewnianej podpórce. PROSZĘ, PRZYGOTOWAĆ DOKUMENTY.
Johnny otworzył drzwi, wszedł i poczuł oszałamiającą falę ciepła bijącą od starego pieca. Pierwsze, co zobaczył, to siedzący za biurkiem policjant, ubrany w rozpiętą narciarską kurtkę. Na biurku leżały rozrzucone papiery, stało tam także urządzenie do badania ostrości wzroku.
Gliniarz przyjrzał mu się i Johnny poczuł się tak, jakby tonął.
– Czym mogę panu służyć?
Johnny sięgnął dłonią ku wiszącemu mu na szyi aparatowi fotograficznemu.
– Chciałem się tutaj trochę porozglądać. Zaangażował mnie magazyn Yankee. Przygotowujemy rozkładówkę o architekturze miejskiej w Maine, New Hampshire i w Vermont. Przewidujemy mnóstwo zdjęć, rozumie pan?
– Ależ proszę bardzo. Moja żona bez przerwy czyta Yankee. Ja tam przy nim zasypiam. Johnny uśmiechnął się.
– Architektura Nowej Anglii jest nieco… surowa.
– Surowa… – powtórzył policjant z powątpiewaniem i przestał się interesować całą sprawą. – Następny, proszę!
Do biurka, za którym siedział, podszedł młody mężczyzna. Wręczył policjantowi arkusz egzaminacyjny, gliniarz wziął go i powiedział:
– Proszę spojrzeć we wziernik i nazwać znaki drogowe i inne oznaczenia, które będę panu pokazywał.
Młody mężczyzna spojrzał we wziernik. Policjant przykrył wręczoną mu kartę przezroczystą folią z zaznaczonymi prawidłowymi odpowiedziami. Johnny poszedł głównym korytarzem ratusza w Jackson i zrobił zdjęcie stojącego na środku podium.
Za jego plecami młody mężczyzna mówił:
– Znak stopu. Następny znak to ulica podporządkowana… a następny to znak informacyjny… zakaz skrętu w prawo, zakaz skrętu w lewo…
Johnny nie spodziewał się, że spotka w ratuszu policjanta; nie zatroszczył się nawet o to, by kupić film do aparatu służącego mu za rekwizyt. Ale już było za późno, nie mógł się wycofać. Był piątek, a Stillson przyjedzie w sobotę, jeśli wszystko pójdzie tak, jak powinno. Będzie odpowiadał na pytania i przyjmie rady od dobrych ludzi z Jackson. Będzie tu spory tłum. Kilku doradców, kilku ekspertów… i kilku młodych mężczyzn w ciemnych garniturach i sportowych kurtkach, którzy niedawno nosili dżinsy i jeździli motocyklami. Greg Stillson nadal otaczał się ochroniarzami. Na mityngu w Trimbull mieli upiłowane kije bilardowe. Czy teraz nosili broń? Czy poseł Stanów Zjednoczonych miałby kłopoty z załatwieniem pozwolenia na noszenie ukrytej broni? Johnny nie sądził, by miał jakieś trudności. Mógł liczyć na jedną tylko szansę i będzie musiał ją wykorzystać. Stąd tak ważne jest obejrzenie tego miejsca, by spróbować podjąć decyzję – czy dopaść Stillsona tutaj, czy czekać na parkingu z otwartymi oknami i karabinem na kolanach.
Dlatego przyszedł tu i oceniał miejsce zamachu, a niecałe dziesięć metrów dalej policjant prowadził egzamin na prawo jazdy.
Po jego lewej ręce wisiała tablica z ogłoszeniami i Johnny wymierzył w nią swój pusty aparat – na miłość boską, dlaczego nie poświęcił dwóch minut i nie kupił filmu? Tablica była pokryta typowymi małomiasteczkowymi ogłoszeniami dotyczącymi charytatywnej kolacji, zbliżającego się szkolnego meczu, opłat za posiadanie psów i – oczywiście – kolejnymi informacjami o Gregu. Wypisane na fiszce ogłoszenie informowało, że pierwszy radny miejski poszukuje asystenta z umiejętnością stenografii i podczas gdy jego mózg pracował na wysokich obrotach, Johnny wpatrzył się w nie, jakby interesowała go ta posada.
Oczywiście, gdyby Jackson wyglądało beznadziejnie, a choćby nawet ryzykownie, mógłby odczekać do przyszłego tygodnia, gdy Stillson będzie odstawiał identyczny cyrk w miasteczku Upson. A w następnym tygodniu w Trimbull. Albo jeszcze później. Albo nigdy.
To powinien być t e n tydzień. To musi być jutro.
Wymierzył aparat w piec, a później zerknął w górę. Był tam balkon, a może raczej galeria z sięgającą pasa balustradą na szerokich, drewnianych, malowanych na biało podporach wycinanych w diamenty i inne skomplikowane, dekoracyjne wzory. Można byłoby skryć się za balustradą i przyglądać się wszystkiemu przez jeden z tych wymyślnych otworów. We właściwym momencie wystarczyłoby tylko wstać i…
– Jaki to aparat?
Johnny obejrzał się przekonany, że to gliniarz. Zechce pewnie obejrzeć sobie pusty aparat… a później poprosi o jakiś dokument… a potem wszystko się skończy.
Читать дальше