– To tylko kilka metrów. Dam radę.
Rachael otworzyła tylne drzwi samochodu, a on położył swojego przyjaciela na tylnym siedzeniu. Zdjął kurtkę i wręczył jej. Dwie kurtki wystarczyły, żeby całkowicie przykryć Timothy'ego.
Jack pochylił się, oparł o maskę samochodu i zamknął oczy. Lewa strona jego twarzy była pokryta zaschniętą krwią.
– Która godzina?
– Niedługo będzie ósma.
– Poluzuj opaskę na mojej nodze – poprosił, nie otwierając oczu. Tak zrobiła.
– Dobrze, krwawienie ustało. Wyprostował się i powiedział:
– No dobrze, a teraz obejrzę twój samochód. Może to nic poważnego i będę w stanie go naprawić. Raczej nie, pomyślała Rachael. Nic w jej życiu nie było łatwe.
Gdy Jack wyprostował się, uderzył głową o podniesioną maskę samochodu i pomyślał, że zemdleje. Oparł się o brudny błotnik, mocno zacisnął powieki i pozwolił, by świat wirował. Może nie byłoby tak źle znowu położyć się na ziemi, to mogłoby uratować jego głowę przed eksplozją. Poczuł jej ramiona oplatające jego tors.
– Nie ruszaj się przez chwilę – powiedziała. – Już cię trzymam. Gdy w końcu się pozbierał, zapytała:
– W porządku?
– Bywało lepiej. Choćby wczoraj. Dzięki. Uśmiechnęła się do niego i chciała powiedzieć: U mnie też.
– Powiesz mi, co się zepsuło w moim samochodzie? Potrafisz go naprawić?
– Może zabrakło ci paliwa?
– Nie. Zatankowałam w Hamilton.
– Dobrze, przewody nie są uszkodzone. Uruchom samochód.
Przekręciła kluczyk, ale nic się nie stało. Spróbowała jeszcze raz. Nadal nic.
– Nie ma paliwa w układzie zasilania. Popsuła się pompa paliwowa. Trzeba ją wymienić. Czy miasteczko Parlow jest wystarczająco duże, by mieć przyzwoitego mechanika?
Kiwnęła głową.
– Tak, ma około trzech tysięcy mieszkańców. To tylko dwa kilometry stąd. Czy pompa paliwa jest taka ważna?
– Tak, ale nie jest zbyt droga.
– Ruszyłam w stronę Parlow, kiedy usłyszałem twój samolot. Mówisz, że to była bomba? Nie rozumiem. Czy nie za dużo powiedział?
– Prawdopodobnie myliłem się. Już po wszystkim, nie martw się o to.
Jeszcze raz sprawdził swój telefon komórkowy, wiedząc, że w żaden magiczny sposób nie pojawił się sygnał, tak samo, jak nie było go, kiedy sprawdzał ostatnio.
– Masz rację, nie będę zaprzątać sobie tym mojej ślicznej, małej główki. Kretyn. Uśmiechnął się pomimo przejmującego bólu głowy.
– Nikt nie nazwał mnie kretynem, odkąd zapomniałem prezerwatyw i Luise Draper mnie rzuciła.
– No proszę – powiedziała. – Zapomnij o telefonie komórkowym. Jesteśmy w górach i, jak mówiłam, nie ma tutaj zasięgu.
A więc Parlow w stanie Kentucky, oto nadchodzimy! – Spojrzał raz jeszcze na wciąż nieprzytomnego Timothy'ego leżącego na tylnym siedzeniu, z upiornie bladą twarzą. Ale Timothy był żywy, dzięki Bogu, i Jack musiał zadbać, by tak pozostało. Brzmiało to jak dobry żart, kiedy prawie padał twarzą na asfalt.
Jeszcze tego brakowało, myślała Rachael, ale co jeszcze mogła zrobić? Nie mogła go tu zostawić, by sam sobie radził. No dobra, najwyżej przybędzie do Slipper Hollow trochę później, niż planowała. Wuj Gilette nie wie, że przyjeżdża, więc nie będzie się martwił.
– Myślę, że w tej sytuacji najrozsądniej będzie jak jedno z nas pójdzie do Parlow i sprowadzi pomoc – powiedziała.
– Byłaś tu wcześniej?
Na krótką chwilę jej twarz znieruchomiała, zanim odpowiedziała:
– Nie, nie byłam.
Przyglądał się jej przez mgłę bólu, patrzył na jej twarz osłoniętą przez włosy, gdy spuściła wzrok, na warkocz na policzku, po czym skinął głową.
– Ja też nie byłem. – Nie był głupi. W jej oczach dostrzegł panikę, usłyszał kłamstwo i nie był zdziwiony. Kogo obchodziło, czy była w małym miasteczku w Kentucky? Przeczesał palcami ciemne włosy, które umazane krwią stanęły na sztorc.
– W Parlow mają chyba jakiegoś lekarza albo karetkę.
– Raczej tak – powiedziała i w ten sposób kolejny raz skłamała.
W Parlow pewnie jest komisariat policji albo szeryf, pomyślał Jack. Nie chciał w to mieszać lokalnych służb, ale biorąc pod uwagę stan jego i Timothy'ego wątpił, że będzie miał wybór.
Wolno szli wzdłuż dwupasmowej drogi. Jack był dużym i ciężkim mężczyzną, a ona musiała przejąć sporą część jego ciężaru, żeby utrzymać go w pionie. Po dwudziestu krokach zdyszana Rachael powiedziała:
– Zatrzymajmy się na chwilę. – Pomogła mu się oprzeć o dąb obok drogi. – Nie mamy dużo do przejścia, damy radę.
– Przepraszam, zapomniałem, jak masz na imię?
– Rachael… a, nazwisko nie ma znaczenia, prawda?
Jego policyjny zmysł po raz kolejny go zaalarmował, chociaż diabeł wbijał mu gwoździe w głowę. Chciał ją zapytać, kim jest i czego się obawia, ale powiedział tylko:
– To zależy od tego, dlaczego nie chcesz mi powiedzieć. Myślisz, że będę cię podrywał i nie chcesz, bym jechał za tobą do domu?
Podrywać ją? Ją?
– Domyślam się, że uraz głowy pozbawił cię wzroku.
– O nie, mężczyzna nigdy nie jest ślepy, kiedy chodzi o kobietę. No chyba, że jest martwy.
Śmiała się, potrząsając nad nim głową, i założyła włosy za ucho. Warkocz znów znalazł się z przodu i zwisał obok policzka. Powiedziałby jej, że jest bardzo seksowny, gdyby miał dość siły.
– Dość tego, przypominam, że wyratowałam cię z opresji. Wychodzi na to, że jesteś mi coś winien – powiedziała.
– Tak jest, proszę pani. Zastanawiam się, czy w Parlow jest szpital.
– Nie – to znaczy, kto wie? Prawdopodobnie niedaleko stąd jest szpital publiczny. Zobaczymy. Przyłapałem cię, mała.
– Mam nadzieję, że nie jesteś niebezpieczny – rzekła, patrząc prosto przed siebie. Bolały ją ramiona i plecy. Spojrzała w górę i zobaczyła jego rozbawione spojrzenie. – Gdybyś nie uwieszał się na mnie jak pijany, mógłbyś wyglądać groźnie z czarną twarzą, niczym komandos podczas nocnej operacji.
– Tak, jasne – odparł z goryczą. Miał ochotę przewrócić się na te przyjaźnie i miękko wyglądające krzaki na poboczu drogi. Nie, musiał sprowadzić pomoc dla Timothy'ego, ale uporczywy ból ciągnął go w dół. Wstrząs mózgu, znał to, pamiętał aż za dobrze, jak na studiach dostał w głowę podczas gry w futbol. Nieprzyjemne, ale przeżył.
– Hej, widzę dom – powiedziała. – Już prawie jesteśmy, Jack. Trzymaj się. Raczej nie powiesz mi, jak masz na nazwisko?
– Nie. Pomożesz mi jeszcze przez pięćdziesiąt metrów?
– Jasne, w liceum byłam w drużynie zapaśniczej – dyszała ciężko.
Roześmiał się. Ból w jego głowie był tępy i dokuczliwy i wydawało mu się, że głowa zaraz mu eksploduje. W końcu dotarli do małego, białego domu, który bardzo dobrze pamiętała.
Dwie kozy przyglądały im się z niewielkim zainteresowaniem, gdy przechodzili przez zarośnięty chwastami podjazd. Zapamiętała psy, kilka wylegujących się na słońcu kundli.
– Dzięki ci, dobry Boże, widzę linię telefoniczną – powiedział Jack.
Rachael chciała mu powiedzieć, żeby nie spodziewał się zbyt wiele, że w czasach jej dzieciństwa pan Gurt był znany z niepłacenia rachunków, dopóki wierzyciele nie stanęli na jego progu.
Nie ma mowy, żeby pan Gurt mnie rozpoznał i nazwał mnie po imieniu, nic z tych rzeczy. Problem w tym, że nigdy nie byłam dobrym kłamcą, a sądząc po reakcji Jacka, muszę być w tym fatalna. No i wracam do punktu wyjścia. Muszę spróbować mówić jasno i szczerze i pomyśleć, zanim zwyczajnie wszystko wygadam. Zrobię to, nie mam wyboru.
Читать дальше