Proszę, nie umieraj. Tylko nie umieraj. Nie zniosłaby więcej śmierci.
Rachael delikatnie położyła dłoń na jego ramieniu i lekko nim potrząsnęła, ale nadal się nie ruszał. Dotknęła jego rąk i nóg. Nic nie wyglądało na złamane, ale wewnątrz mógł mieć poważne obrażenia. Był znacznie młodszy od tamtego mężczyzny, mniej więcej w jej wieku, wysoki i wysportowany. Miał na sobie czarną skórzaną kurtkę, pod spodem białą koszulę i krawat, oraz czarne spodnie i czarne półbuty. Delikatnie poklepała go po policzku.
– Proszę, obudź się.
Jęknął i lekko się poruszył. Zbliżyła się i jeszcze raz poklepała go po policzku.
– No, dalej, obudź się. Wiem, że możesz to zrobić. Sama nie dam rady cię podnieść, a nikogo więcej tutaj nie ma. Ten drugi mężczyzna jest nieprzytomny i potrzebuje twojej pomocy. Proszę, obudź się.
Tym razem mocno uderzyła go w policzek. Mężczyzna złapał ją za nadgarstek. Krzyknęła, ale jej nie puścił. Jack otworzył oczy. Długie proste włosy w kolorze słońca muskały jego twarz. Złotobrązowe z cienkim warkoczykiem zwisającym po jednej stronie. Próbował podnieść rękę, żeby go dotknąć, ale nie dał rady.
– Podoba mi się ten warkocz. Nigdy wcześniej takiego nie widziałem. Niezły cios.
– Cóż, przepraszam, ale musiałam pana obudzić. Muszę sprowadzić pomoc dla pana i pana przyjaciela. Gdzie jest pan ranny? Co się stało?
Ku jej zdziwieniu uśmiechnął się.
– Czyja umarłem? A pani jest aniołem? Nie, nie może pani być aniołem, ma pani zbyt ładne włosy i ten warkoczyk – anioły takich nie mają. I ubrudziła pani sobie nos.
– Chciałabym być aniołem, ale to chyba znaczyłoby, że pan mnie sobie wyobraża, a dzięki Bogu tak nie jest. Jestem Rachel. Nad lewą skronią ma pan ranę, która krwawi. Widziałam, jak część ogona samolotu w pana uderzyła i powaliła na ziemię. Pana prawe biodro też bardzo krwawi. Powinniśmy założyć opaskę uciskową.
– Proszę użyć mojego krawata.
Wzięła jasnoczerwony krawat w kolorowe wzorki i podłożyła pod jego nogę.
– Proszę powiedzieć mi, kiedy będzie odpowiednio ciasno – powiedziała i zacisnęła.
– Wystarczy. Proszę porządnie zawiązać. Czy coś jest złamane?
– Raczej nie, przynajmniej z tego, co mogę stwierdzić, ale nie jestem lekarzem.
– Zwykle złamane kości widać gołym okiem.
– Chodzi o pana wnętrzności. Coś złego może się tam dziać. Przez chwilę milczał.
– Jak dotąd czuję się dobrze.
– To dobrze. Nie jestem też pilotem, ale widziałam, jak sprowadził pan samolot na ziemię. Nie mam pojęcia, jak pan sobie z tym poradził, ale się udało. To było niesamowite. Nigdy nie byłam tak przerażona. No, może jeden raz. Właściwie to całkiem niedawno, zaledwie w piątek w nocy. Paradoksalnie chciało jej się śmiać.
Spojrzał na nią, zmuszając się do uśmiechu.
– Ale skoro udało mi się uciec, to raczej nie była katastrofa, ale to, co nazywam przymusowym lądowaniem – zmarszczył brwi. Zauważyła, że był ledwie żywy. – Nie mogłem uwierzyć, kiedy zobaczyłem tę dolinę. Pomyślałem, że w końcu rozbijemy się o górę i za kilkaset lat archeologowie znajdą nasze szczątki.
– Nie wydaje mi się, żeby mógł pan jeszcze kiedyś w życiu liczyć na takie szczęście. Przykro mi, ale pański samolot jest zniszczony. Tak samo jak pański szałowy krawat.
Puścił jej nadgarstek.
– Bomba – powiedział słabym głosem.
– Nie, proszę mi tu znowu nie zemdleć. Musi pan się obudzić i mi pomóc – pochyliła się nad nim. – Proszę na mnie spojrzeć. Jak ma pan na imię? Proszę się skoncentrować.
Bomba? Mówił coś o bombie! No, no, coraz lepiej.
– Mam na imię Jack.
– No dobrze, Jack. Trzymaj się, pójdziemy do mojego samochodu, przynajmniej będzie pan tam bezpieczny i jest tam cieplej niż tutaj.
Jack Crowne miał wrażenie, że głowa mu za chwilę eksploduje, tak bardzo go bolała. Co do jego nogi, ciągle doskwierała i pulsowała, ale to było do zniesienia. Może gdyby miał więcej szczęścia, ta część samolotu nie uderzyłaby go tak mocno.
– Grabieżca to dobry samolot – powiedział, po czym zaklął pod nosem i dodał: – A raczej był. Skupił się.
– Mówiła pani coś o moim przyjacielu? Znalazła pani drugiego mężczyznę? Lekko dotknęła dłonią jego ramienia.
– Tak, jest tam. Jest nieprzytomny, ale żyje. Ma zakrwawioną głowę i klatkę piersiową. Nie wiem, czy ma jakieś złamania. Przykro mi, ale jestem sama. Kiedy zaprowadzę pana do mojego samochodu, pomogę mu.
– Nie, sam sobie poradzę. Teraz musimy pomóc jemu. Moja komórka, gdzie ona jest? Zadzwonię po pomoc.
– Niestety, to niemożliwe. Telefony komórkowe tutaj nie działają, za dużo gór i zero nadajników. Zajmiemy się nim, proszę się nie martwić. Proszę nie zamykać oczu. Sama nie dam rady pana podnieść. Pójdziemy pomóc pańskiemu przyjacielowi.
Jack zacisnął zęby i pomyślał o Timothym, który mógł teraz umierać, tutaj, na tym pustkowiu. Z jej pomocą zdołał podeprzeć się na łokciach i rozejrzał się wokół.
– Czy ja ciągle jestem w Kentucky?
– Tak, blisko granicy ze stanem Wirginia. Wylądował pan w dolinie Cudlow, jedynej przerwie w paśmie górskim ciągnącym się przez wiele kilometrów. Jeżeli nie udałoby się panu wylądować tutaj… cóż, ale udało się panu. Lepiej teraz o tym nie myśleć. Ma pan szczęście i talent. A pana przyjaciel…
– Proszę pomóc mi wstać. Przeniosę go do pani samochodu. Rachael nie była w stanie wyobrazić sobie, żeby ten człowiek był w stanie pomóc komukolwiek, jednak objęła go za klatkę piersiową i pociągnęła do góry. Podniósł się na kolana i oparł się o nią. Na chwilę zastygł w bezruchu, opierając głowę na jej ramieniu.
– Dobrze się pan czuje?
– Kręci mi się w głowie i chce mi się wymiotować, ale poza tym czuję się dobrze. Proszę dać mi jeszcze chwilę. Jack oddychał szybko i płytko. Na szczęście mdłości ustąpiły. Bolała go głowa, ból był ostry i przenikliwy, ale do zniesienia.
– No dobrze, możemy iść. Muszę zobaczyć, co z Timothym.
Zajęło mu to jakieś pięć minut, ale w końcu wstał i ruszył, a Rachael pomagała mu jak tylko mogła, służąc za podporę.
– Oto Timothy. Nie rusza się.
Z pomocą Rachael Jack uklęknął obok doktora Timothy'ego MacLeana. Sprawdził jego puls, dotknął głowy, potem obmacał mu ręce i nogi. Oddał Rachael jej skórzaną kurtkę.
Ma sporą ranę ciętą klatki piersiowej, dzięki Bogu daleko od serca. Rana nie wygląda na głęboką i już nie krwawi. Moim zdaniem ma też parę złamanych żeber. Był nieprzytomny już wtedy, kiedy wyciągałem go z samolotu.
– Widziałam, jak uderzył głową o kamienie. Zaklął pod nosem.
– To moja wina, potknąłem się i wtedy on upadł.
– Tak, jasne, obwinianie się na pewno poprawi jego stan. Zmrużył oczy i kilka razy głęboko odetchnął. Patrzyła, jak podniósł mężczyznę i przełożył go sobie przez ramię. Zachwiał się, ale utrzymał się na nogach.
– Cieszę się, że jest taki lekki – powiedział, zdyszany. – No dobrze, Rachael, podeprzyj mnie pod lewe ramię i ruszajmy.
Nie trzymał się zbyt pewnie na nogach, ale razem dali radę zrobić jeden krok, później kolejny i ruszyli w stronę auta.
– Mój samochód stoi na poboczu drogi. Zepsuł się, a ja nie znam się na samochodach.
– Ja się znam – powiedział, zaciskając zęby. Znowu chciało mu się wymiotować. Timothy może i ważył niewiele, ale nadal było to sześćdziesiąt parę kilogramów bezwładnego ciała. Zatrzymał się, odczekał chwilę, aż mdłości ustąpiły.
Читать дальше