– Ale jest przy tym bardzo miła. Pracowałam z wieloma pacjentkami chorymi na Alzheimera, które wcale nie były miłe. Które z wiekiem robiły się coraz złośliwsze. Myślę, że pani mama taka nie będzie.
– Nie. Nigdy taka nie była.
Jane zebrała resztę czasopism i Daniel Day-Lewis zniknął w jej plecaczku. Toby dostrzegła wśród pism „Modern Bride”. [„Współczesna panna młoda”.]
Czasopismo marzycielek – pomyślała. Według dokumentów Jane była niezamężna. Miała trzydzieści pięć lat i jak tyle innych kobiet, które Toby znała, robiła wrażenie osoby z nikim nie związanej, mimo to wciąż mającej nadzieję. Chętnej, lecz nie zdesperowanej. Kobiety, której idol filmowy wystarczy do chwili, kiedy w jej życiu pojawi się mężczyzna z krwi i kości. O ile kiedykolwiek to nastąpi.
Odprowadziła ją do drzwi.
– A więc wszystko poszło dobrze.
– O, tak. Świetnie mi się z Ellen układa. – Jane przystanęła w progu. – Byłabym zapomniała. Dzwoniła pani siostra. I ktoś z urzędu anatomopatologa. Powiedział, że jeszcze zadzwoni.
– Doktor Dvorak? Mówił, o co chodzi?
– Nie. Powiedziałam, że wróci pani późno. – Uśmiechnęła się i pomachała jej na pożegnanie. – Dobranoc.
Toby szczęknęła zasuwą i weszła do sypialni, by zadzwonić do siostry.
– Myślałam, że masz dzisiaj wolne – zaczęła Vickie.
– Bo mam.
– Zdziwiłam się, kiedy odebrała Jane.
– Prosiłam ją, żeby przyszła na kilka godzin. Pewnie tego nie zrozumiesz, ale raz na pół roku chciałabym wieczorem gdzieś wyjść.
Vickie westchnęła.
– Znowu jesteś na mnie wściekła. Jesteś, prawda?
– Nie, nie jestem.
– Jesteś, jesteś. Toby, ja doskonale wiem, że mama jest dla ciebie ciężarem. Wiem, że to niesprawiedliwe. Ale co ja na to poradzę? Dzieci doprowadzają mnie do szału. Wykładam w college’u, ale i tak najwięcej roboty mam w domu. Ledwie powłóczę nogami.
– Vickie, czy to zawody z cyklu: Kto bardziej cierpi?
– Nawet nie wiesz, jak trudno jest radzić sobie z dziećmi.
– Fakt, nie wiem.
Zapadło długie milczenie. Nie wiem – pomyślała Toby, ponieważ ich nie mam, bo nie było okazji. Ale nie, nie mogła obwiniać za to siostry. To ambicja pchała ją do kariery, to przez ambicję nie interesowała się niczym innym. Cztery lata medycyny, trzy lata rezydentury. Nie miała czasu na romans. A potem Ellen zaczęła tracić pamięć i Toby musiała stopniowo przejmować jej obowiązki. Nikt tego nie planował. Nie wkroczyła na tę ścieżkę z rozmysłem. Po prostu tak chciało życie.
Nie, nie miała prawa się na nią złościć.
– Posłuchaj, mogłabyś wpaść do nas w niedzielę na kolację? – spytała Vickie.
– W niedzielę pracuję.
– Nie mogę się połapać w tych twoich dyżurach. Cztery noce pracujesz, trzy masz wolne, tak?
– Z zasady. W przyszłym tygodniu mam wolny poniedziałek i wtorek.
– O Boże. Zupełnie nie pasuje. W poniedziałek jest dzień otwarty w szkole, we wtorek Hannah ma recital fortepianowy.
Toby milczała. Czekała, aż siostra skończy ograną litanię na temat wypełnionego kalendarza i trudności w zestrojeniu rozkładu tygodnia czterech osób. Jak wszystkie dzieci w ich wieku, również Hannah i Gabe byli ostatnio bardzo zajęci, wypełniając każdą wolną godzinę dzieciństwa lekcjami muzyki, gimnastyką, pływaniem i zajęciami komputerowymi. Trzeba odwieźć je tu, trzeba odwieźć je tam, tak że pod koniec dnia Vickie już nie wiedziała, gdzie ma nogi, a gdzie głowę.
– Nie szkodzi – powiedziała w końcu Toby. – Może umówimy się kiedy indziej?
– Naprawdę bardzo bym chciała, żebyś do nas wpadła.
– Tak, wiem. Mam wolny drugi tydzień listopada.
– Zaraz to zapiszę. Ale najpierw upewnię się, czy pasuje to mojej gromadce. Zadzwonię do ciebie w przyszłym tygodniu, dobrze?
– Dobrze. Dobranoc, Vickie. – Odłożyła słuchawkę i ze znużeniem przeczesała palcami włosy. Jesteśmy zbyt zajęte, zbyt zajęte. Nie mamy nawet czasu, żeby połatać spalone mosty… Wyszła na korytarz i uchyliła drzwi do pokoju matki.
Spała w świetle nocnej lampki. Wyglądała jak dziecko: lekko rozchylone usta, twarz gładka i spokojna. Bywało, że w chwilach takich jak ta Toby dostrzegała w niej cień małej dziewczynki, jaką mama kiedyś była, dziewczynki z twarzą i lękami Ellen. Co się z tą dziewczynką stało? Uciekła, by zamknąć się w paraliżującym kokonie dorosłości? Czyżby wychodziła z niego dopiero teraz, pod koniec życia, gdy krępujące ją ścianki zaczynały się powoli złuszczać?
Dotknęła jej czoła, odgarnęła miękki lok siwych włosów. Ellen poruszyła się, otworzyła oczy i spojrzała na nią nieprzytomnie.
– To tylko ja, mamo, śpij.
– Zakręciłaś gaz?
– Tak. I sprawdziłam, czy drzwi są zamknięte. Dobranoc – pocałowała ją i wyszła z pokoju.
Postanowiła jeszcze się nie kłaść. Nie było sensu zakłócać ustalonego rytmu pracy i odpoczynku, już za dwadzieścia cztery godziny czekał ją przecież kolejny dyżur. Nalała sobie kieliszek brandy i zaniosła do salonu. Włączyła stereo i puściła płytę Mendelssohna. Odezwały się solowe skrzypce, czysto i żałobnie. Ulubiony koncert Ellen. Ulubiony koncert Toby.
W kulminacyjnym punkcie crescendo zadzwonił telefon. Przyciszyła muzykę i podniosła słuchawkę.
Dvorak.
– Przepraszam, że tak późno.
– Nie szkodzi. Przed chwilą wróciłam do domu – usiadła wygodnie na sofie z kieliszkiem w ręku. – Podobno dzwonił pan do mnie.
– Tak, rozmawiałem z gosposią. – Umilkł. W tle słyszała muzykę operową. Don Giovanni. No i tak – pomyślała. Dwoje obcych sobie ludzi siedzi samotnie w domu, tylko w towarzystwie wież stereo. – Miała pani przejrzeć karty choroby tych pacjentów z Brant Hill. Ciekawi mnie, czy coś pani znalazła.
– Przeglądałam kartę Harry’ego Slotkina. Nie ma tam żadnej adnotacji, która wskazywałaby na możliwość kontaktu z chorobą Creutzfeldta-Jakoba.
– A iniekcje hormonów?
– On ich nie dostawał. Chyba nie przechodził tej kuracji, a przynajmniej ani słowa nie ma o tym w karcie.
– A Parmenter?
– Nie mogliśmy znaleźć jego dokumentów, toteż nie wiem, czy przechodził jakieś zabiegi chirurgiczne. Mógłby pan spytać o to Wallenberga.
Dvorak nie odpowiedział. Muzyka Don Giovanniego dobiegła końca i w słuchawce zapanowała cisza.
– Żałuję, że nie mogę powiedzieć panu nic więcej. To czekanie na diagnozę musi być straszne.
– Owszem, miewałem już przyjemniejsze wieczory – przyznał. – Odkryłem, że polisy ubezpieczeniowe to bardzo nudna lektura.
– O Boże. Chyba nie spędził pan nad nimi całego wieczoru?
– Pomogła mi butelka wina.
Mruknęła ze współczuciem.
– Po ciężkim dniu zwykle zalecam kieliszek brandy. Szczerze mówiąc, właśnie je sączę. – Umilkła, potem od niechcenia dodała: – Wie pan co? I tak już nie zasnę. Nie sypiam nocami, odwykłam. Zapraszam pana do siebie. Napijemy się razem.
Dvorak milczał, a ona zamknęła oczy i pomyślała: Boże święty, po co ja to powiedziałam?! Dlaczego się tak napraszam?
– Dziękuję, ale dzisiaj nie miałaby pani ze mnie pociechy. Może innym razem.
– Dobrze. Innym razem. Dobranoc.
I czego się spodziewałam? Że natychmiast do mnie przyleci? Że spędzimy noc, patrząc sobie w oczy?
Westchnęła i puściła koncert od początku. Skrzypce grały, a ona sączyła brandy i liczyła godziny do samego świtu.
Pogrzeby zaczynały Bigelowa nużyć. W tylu już uczestniczył, a ostatnio bywał na nich coraz częściej, tak często, że przywodziły na myśl wciąż szybsze i szybsze uderzenia bębna, odmierzające upływ czasu. To, że stracił tylu przyjaciół, nie było niczym nieoczekiwanym; ostatecznie miał siedemdziesiąt sześć lat i przeżył większość z nich. Śmierć szła teraz po niego. Czuł, jak się skrada, słyszał jej ciche kroki, a oczyma wyobraźni widział dokładny obraz swego sztywnego ciała w otwartej trumnie: przypudrowana twarz, starannie zaczesane włosy, szary wełniany garnitur, porządnie odprasowany i zapięty. I tłum tych samych co teraz ludzi, którzy przechodzili obok trumny, w milczeniu składając hołd zmarłemu. To, że na katafalku stała trumna Angusa Parmentera, a nie Jamesa Bigelowa, było tylko kwestią czasu. Jeszcze miesiąc, jeszcze rok i w zakładzie pogrzebowym wystawią na widok publiczny trumnę z jego zwłokami. Wszyscy muszą kiedyś dotrzeć do…
Читать дальше