W parku był tłok. Zakochani, ludzie z psami, rodziny z bawiącymi się dziećmi. Catherine i Nathan szli brzegiem stawu, po którym w lecie pływały łodzie i łabędzie. Kupiła popcorn i zaczęli karmić kaczki. Usiedli na ławce na skraju polany, gdzie dzieci w wieku Nathana, ale dużo wyższe od niego, biegały, wywracały się i śmiały w gasnącym świetle słońca.
Nathan nawet nie próbował się do nich przyłączyć. Choć miał dopiero cztery lata, znał już swoje miejsce w szyku.
– Nathanie? – zaczęła Catherine cicho. – Teraz, kiedy wróciłeś do domu… pewni ludzie będą chcieli z tobą porozmawiać.
Spojrzał na nią z tak pobladłą twarzą, że odruchowo pogładziła go po policzku. Jego skóra była chłodna i sucha, znak, że za dużo czasu spędzał pod dachem.
– Pamiętasz, co było w czwartek? – spytała łagodnie. – W tę złą noc?
Nie odpowiedział.
– Tatuś miał pistolet, prawda, Nathanie?
Powoli pokiwał głową.
– Kłóciliśmy się.
Znów przytaknął.
– A pamiętasz o co? – Catherine wstrzymała oddech. To największa niewiadoma. Co wystraszony czterolatek mógł zapamiętać, czy choćby zrozumieć?
Nathan powoli pokręcił głową,
Catherine głośno wypuściła powietrze i powiedziała spokojnie:,
– Wystarczy, by wszyscy wiedzieli, że tatuś miał pistolet. I że się baliśmy. Resztę sami zrozumieją.
– Tatuś nie żyje.
– Tak.
– Tatuś nie wraca do domu.
– Nie, już nigdy nie wróci.
– A ty?
Catherine znów pogładziła go po policzku.
– Postaram się zawsze wracać, Nathanie.
– A Pradence?
– Ona też wróci.
Po chwili Nathan pokiwał głową.
– Tatuś miał pistolet – powtórzył. – Bałem się.
– Dziękuję, Nathanie.
Nathan wrócił do obserwacji pozostałych dzieci. Usiadł jej na kolanach. Catherine przytuliła go i oparła policzek na jego główce.
Po powrocie do domu Bobby zastał pod drzwiami nie jednego, lecz troje gości. Robi się coraz ciekawiej, pomyślał.
– Nie powinieneś być teraz w kościele? – spytał zastępcę prokuratora okręgowego, Ricka Copleya, otwierając drzwi. Po chwili uniósł dłoń. – Moment. Zapomniałem, że zaprzedałeś duszę diabłu.
Copley zmarszczył brwi na ten nieudany żart i wszedł za Bobbym do mieszkania. Za nim ruszyła D.D. Warren, skrupulatnie unikając wzroku przyjaciela, a korowód zamykał śledczy z prokuratury, którego Bobby mgliście pamiętał z pierwszego przesłuchania, ale za żadne skarby nie mógł sobie przypomnieć jego nazwiska.
Poznał je pół minuty później. Śledczy Casella. Copley przedstawił go, kiedy weszli do salonu Bobby’ego. Był to mały pokój z wysłużonymi meblami, zawalonymi pustymi pudełkami po jedzeniu i stertami serwetek. Wszyscy rozglądali się, niepewni, gdzie usiąść.
Bobby postanowił im nie pomagać. Nie chciał, żeby za bardzo się rozgościli.
Poszedł do kuchni, wziął colę i wrócił do salonu, nie pytając, czy ktoś oprócz niego chce się napić. Podstawił sobie drewniane krzesło i usiadł. D.D. spojrzała na niego spode łba i poprzesuwała leżące na sofie pudełka po pizzy tak, by zrobić miejsce dla całej trójki. Usiedli i zapadli się na dziesięć centymetrów w poduszki. Bobby przyłożył puszkę do ust, by nie zauważyli, że się uśmiecha.
– No dobrze – zaczął Copley, starając się przybrać na tyle srogi ton, na ile to możliwe, kiedy ma się kolana pod brodą. – Musimy wrócić do kilku pytań, które zadaliśmy w czwartkowy wieczór.
– Proszę bardzo. – Bobby spodziewał się, że Copley zacznie od samego początku i zmusi go do powtórzenia całej historii, by wyłowić jakieś nieścisłości. Dlatego jego pierwsze pytanie zbiło go z tropu.
– Wiedziałeś, że Catherine i Jimmy Gagnon byli wielkimi miłośnikami Bostońskiej Orkiestry Symfonicznej?
Bobby zesztywniał. Wiedział już, do czego Copley zmierza, i wcale mu się to nie podobało.
– Nie – powiedział po namyśle.
– Często bywali na koncertach.
– Naprawdę?
– Na imprezach charytatywnych też. Aktywnie działali w tych kręgach.
– I bardzo dobrze.
– Zwłaszcza dla twojej dziewczyny – skwitował Copley.
Bobby nie odpowiedział.
– Susan Abrahms. Tak się nazywa, prawda? Jest wiolonczelistką w orkiestrze.
– Chodziliśmy ze sobą.
– Dziś ucięliśmy sobie z nią miłą pogawędkę.
Bobby upił duży łyk coli. Żałował, że to nie piwo.
– Bywałeś z nią na przyjęciach – powiedział Copley.
– Spotykaliśmy się przez dwa lata.
– Dziwne, że na żadnym z nich nie poznałeś Catherine ani Jimmy’ego Gagnona.
Bobby wzruszył ramionami.
– Jeśli nawet, nie przypominam sobie tego.
– Poważnie? – powiedział Copley. – Bo Susan pamięta ich doskonale. Powiedziała, że spotkała ich przy kilku okazjach. Wygląda na to, że Gagnonowie byli wielkimi fanami muzyki poważnej.
Bobby nie wytrzymał i spojrzał na D.D. Nie tylko unikała jego wzroku, ale wręcz wierciła oczami dziurę w dywanie.
– Detektyw Warren – rzucił Copley – może powie pani panu Dodge’owi, czego jeszcze dowiedzieliśmy się od Susan Abrahms.
D.D. odetchnęła głęboko. Bobby wiedział już, co się zaraz stanie. I przypomniał sobie coś jeszcze – dlaczego z D.D. ze sobą zerwali. Bo oboje stawiali pracę na pierwszym miejscu.
– Panna Abrahms pamięta, że poznał pan Gagnonów na przyjęciu jakieś osiem, dziewięć miesięcy temu. Catherine zadała panu wówczas wiele pytań dotyczących pańskiej pracy w jednostce antyterrorystycznej.
– Wszyscy wypytują mnie o moją pracę – powiedział Bobby spokojnie. – Nie co dzień spotyka się snajperów policyjnych, zwłaszcza w tych kręgach.
– Według panny Abrahms, później powiedział pan, że nie podobało mu się to, jak Jimmy na nią patrzył.
– Panna Abrahms – powiedział Bobby z naciskiem – jest niezwykle piękną i utalentowaną kobietą. Nie podobało mi się to, jak wielu facetów na nią patrzyło.
– Zazdrosny? – mruknął śledczy Casella.
Bobby nie dał się zwabić w pułapkę. Dopił colę, odstawił puszkę i pochylił się do przodu, opierając łokcie na udach.
– Czy panna Abrahms wspomniała, jak długo to rzekome spotkanie trwało?
– Kilka minut – powiedziała D.D.
– Aha. Pomyślmy więc. W pracy co dzień spotykam około piętnastu nowych osób, co daje w przybliżeniu czterysta pięćdziesiąt osób miesięcznie. A więc przez dziewięć miesięcy mam do czynienia z iloma? Z czterema tysiącami różnych ludzi? Cóż więc dziwnego, że nie przypominam sobie dwóch osób, z którymi rozmawiałem przez kilka minut na jakimś przyjęciu, na którym, szczerze mówiąc, nie znałem nikogo?
– Trudno się połapać, który nadziany skurczybyk jest który? – palnął śledczy Casella.
Bobby westchnął. Zaczynał wpadać w złość. Niedobry znak.
– Nigdy nie miał pan złego dnia? – spytał zirytowany. – Nigdy nie powiedział pan czegoś, czego później żałował?
– Susan Abrahms miała pewne obawy dotyczące waszego związku – powiedziała D.D. cicho.
Bobby zmusił się, by oderwać oczy od Caselli.
– Tak?
– Mówiła, że ostatnio wydawał się pan nieobecny. Zamyślony.
– Tak to jest w tym fachu.
– Zastanawiała się, czy nie ma pan kogoś na boku.
– Szkoda, że mi o tym nie powiedziała.
– Catherine Gagnon to piękna kobieta.
– Catherine Gagnon nie dorasta Susan do pięt – rzekł Bobby poważnie. Przynajmniej tak mu się wydawało.
Читать дальше